Aktualności

Starszy z Rozwandowiczów w cieniu brata

Rozgrywki09.08.2019 
Zapowiadał się bardzo dobrze, trenował z największymi klubami w Polsce, jednak gry w ekstraklasie nie doświadczył. Od kilku lat występuje na boiskach III ligi, do czego został zmuszony, podczas gdy jego brat Maksymilian przeciera szlaki w najwyższej klasie rozgrywkowej w barwach Łódzkiego Klubu Sportowego. Kariera Jakuba Rozwandowicza nie potoczyła się tak, jak zakładał. Obecnie 27-latek „pilnuje” rodzinnego biznesu. Te obowiązki łączy z grą w RKS-ie Radomsko.

Między Maksymilianem, a Jakubem są dwa lata różnicy. Jakub urodził się w 1992 roku, Maksymilian to rocznik 1994. Długo to starszy z braci miał lepsze CV, pracował ze znanymi szkoleniowcami, lecz ekstraklasa nie była mu pisana. Im bliżej był występów w niej, tym dalej, aż w końcu zaczął spadać w ligowej hierarchii. W tym czasie Maksymilian zaliczał kolejne awanse z ŁKS-em, lądując ostatecznie w ekstraklasie.

Nie mam z tym problemu, że młodszy brat robi większą karierę. Nie przeszkadza mi, że żyję w jego cieniu, a wręcz przeciwnie: cieszę się z tego powodu i mocno mu kibicuję. Jemu się udało, zasłużył na to ciężką pracą i wytrwałością. Ja tego szczęścia nie miałem, tak to już w życiu bywa mówi Łączy Nas Piłka Jakub Rozwandowicz.

W piłkę zaczynasz grać po Legii

Widoki były bardzo dobre: najpierw Włókniarz Pabianice, potem juniorzy GKS-u Bełchatów i młode drużyny Legii Warszawa. W pewnym momencie drogi wszystko się rozminęło z oczekiwaniami dziś 27-letniego piłkarza. Nie chcę zrzucać niczego na brak szczęścia, niemniej ono jest potrzebne w każdej dziedzinie życia. Potrzebne równie mocno co wsparcie odpowiednich osób, które postawią na ciebie. No i potem idzie się siłą rozpędu. Mnie wyhamowały kontuzje oraz błędne decyzje, częste zmiany klubów w młodym wieku, kiedy piłkarz najbardziej się rozwija i potrzebuje stabilizacji – podkreśla Rozwandowicz.

– Spędziłem wspaniałe trzy lata w Legii, teraz tak myślę co by było, gdybym został w Bełchatowie. Miałem za sobą trenera Kamila Kieresia, który prowadził mnie w juniorach. Szybko awansował na trenera pierwszej drużyny. Nawet w czasach mojej gry w Warszawie pojawił się temat powrotu do GKS-u – opowiada zawodnik.



Kiedyś usłyszał od Wojciecha Trochima zdanie, w pewnym sensie opisujące to, co przeżył jako początkujący piłkarz. – Wiadomo jak to jest: Legia, stolica, nic lepszego w kraju nie może spotkać młodego adepta futbolu. Trochim powiedział: „Zaczynasz grać w piłkę w momencie, kiedy odejdziesz z Legii”. Mój kolejny błąd, że nie zostałem w Legii, choć była opcja występów w Młodej Ekstraklasie. Wtedy to mnie nie zadowalało. Miałem świadomość, że koledzy z mojego rocznika – Rafał Wolski, Michał Efir, Dominik Furman, Michał Żyro – wszyscy debiutowali w pierwszej Legii, nawet wyjechali na zachód, a ja cały czas byłem tym młodym. Trzeba coś było z tym zrobić. Dlatego pojawiłem się w Widzewie. Dałem się namówić trenerowi Radosławowi Mroczkowskiemu. Rozmowy, jakie wspólnie przeprowadziliśmy, były pod kątem gry w pierwszym zespole. Zapewniał mnie, że dostanę szansę, mam po prostu walczyć. Niestety, trafiłem do rezerw – wspomina Jakub Rozwandowicz.

Krótki epizod ze Śląskiem

W dalszej części opowieści jest mowa o niefortunnej kontuzji. Z perspektywy czasu zamknęła ona Rozwandowiczowi drogę do marzeń. – Przebywałem na testach w Motorze Lublin, zadzwonił Widzew, że ponownie chcą dać mi szansę. Mówili o zmianie polityki. Wówczas kończyłem studia w Łodzi, piękniej więc ułożyć się nie mogło. Pojechałem i... zaczęło się wszystko, co złe. Finalne rozmowy w sprawie nowego kontraktu miały zapaść w poniedziałek, kilka dni po powrocie z testów w Motorze. Szkoda, że nie posłuchałem innych. Tata i starsi koledzy podpowiadali: „Nie trenuj, dopóki nie złożysz podpisu pod kontraktem. Musisz być 100 procent pewny”. No i wykrakali. W trakcie jednego z treningów naderwałem mięsień czworogłowy, z kontraktu nici. Najgorsze, że do zamknięcia okienka pozostał tydzień. Byłem bez klubu, z kontuzją. Wtedy na ratunek przyszedł trener Jacek Berensztajn z Włókniarza Zelów – dodaje starszy z braci Rozwandowiczów.

I tak zadomowił się na czwartym szczeblu rozgrywkowym, występując kolejno w Omedze Kleszczów, Lechii Tomaszów Mazowiecki, Sokole Aleksandrów Łódzki. – Wróciłem do formy, grałem na swoim normalnym poziomie, pojawiło się zaproszenie na testy do Śląska, gdy występowałem w Omedze (11 goli w sezonie 2013/14, tuzin bramek w następnych rozgrywkach: cztery gole dla Omegi, osiem dla Lechii). W tamtym momencie w Śląsku działy się cuda. Jeden trener chciał mnie sprawdzić, kiedy się u nich pojawiłem zmienił się szkoleniowiec, a ten nowy miał inną wizję – podkreśla napastnik.



Nie udało mu się w Śląsku, zakotwiczył w Tomaszowie Mazowieckim. – I tam nasze kariery [sezon 2015/16]: moja oraz Maksa, spotkały się w tym samym punkcie. Przed następnym sezonem wyjechaliśmy razem na obóz, po czym zadzwonił do niego Ireneusz Mamrot z Chrobrego Głogów. Maks nie zastanawiał się, spakował się i wyjechał. No i nasze drogi rozjechały się w przeciwnych kierunkach. On piął się w górę, a ja systematycznie w dół. Zacząłem układać sobie życie pozapiłkarskie. Miałem świadomość, że z futbolem niedługo mogę skończyć, trzeba zatem szukać jakiegoś innego punktu zaczepienia. Moim zabezpieczeniem finansowym była praca w rodzinnej firmie. Produkujemy preformy pet. To półprodukt do butelek przeznaczonych na wodę i inne napoje, chemii, czy szamponów. Nie mam wykształcenia w tym kierunku, ale zdołałem się wszystkiego nauczyć. Jestem kimś w rodzaju przedstawiciela handlowego. Jeżdżę do klientów, przedstawiam oferty, obsługuję stronę internetową. Zajmuję się całą otoczką pozaprodukcyjną. Firma była na miejscu, zostałem w domu, miałem gwarancję stałego dochodu, a że nie mogłem tak nagle zrezygnować z piłki, zdecydowałem się grać w okolicznych drużynach z niższych lig – stwierdza 27-latek.

Ponownie Legia...

W ostatni weekend zaliczył debiut w RKS-ie Radomsko w spotkaniu z Legią II. – Przy okazji tego spotkania mogłem pożartować sobie z kierownikiem Marcinem Muszyńskim. Śmiał się: „Cały czas jesteś w tej III lidze, tylko zmieniasz kluby”. Odpowiedziałem: „Robię to tylko dlatego, żeby móc zagrać przeciwko wam i strzelić Legii gola”. Bramki z nimi zdobywałem. I to trafiałem przeciwko trenerowi Dębkowi, a on akurat prowadził mnie w akademii warszawskiego klubu – tłumaczy Rozwandowicz, który czuje, że tym razem fortuna mu sprzyja.

– Nie wyobrażam sobie, że mogę skończyć z piłką, a przecież takie myśli pojawiły się po Widzewie, tym bardziej, że zdrowie dopisuje. Jestem jeszcze w stanie pomóc jakiejś drużynie. Historię Radomska związaną z ekstraklasą znam z opowiadań kolegów. Trener Sławomir Majak, przed laty piłkarz RKS-u, pojawił się na naszym spotkaniu. Sam RKS to klub dążący do poukładania, widać głód powrotu na wyższy szczebel. Miło być tego częścią, tym bardziej, że dużo kibiców przychodzi na nasze spotkania. Z Legią było 1500 widzów. W końcu jakiś pozytywny akcent. Nie spodziewałem się, że tak potoczy się moja kariera, że zadowolę się III ligą. Stawiałem sobie najwyższe cele, ale trzeba brać co jest, bo za chwilę nawet to nie wróci – podsumowuje Jakub Rozwandowicz.

Piotr Wiśniewski

Fot: Cyfrasport, 400mm.pl

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności