Aktualności

Najtrudniejszy mecz Adriana Liberackiego. Bój o to, by syn mógł podnosić główkę

Rozgrywki22.01.2021 
Przez lata zmagał się z problemami czysto sportowymi. – Rodzice nieraz powtarzali, że jak będziesz miał swoje dziecko, to się przekonasz, jak to jest... – zawiesza głos Adrian Liberacki. 26-letni piłkarz Bałtyku Gdynia na boisku nieraz musiał toczyć twarde boje z rywalami, teraz przychodzi mu jednak mierzyć się z największymi przeciwnościami.

– Czasem zadaję sobie pytanie: dlaczego ja? Dlaczego nasze dziecko? Najgorsza jest ta bezsilność – mówi były piłkarz Ruchu Chorzów czy Stali Mielec, który od kilku tygodni walczy z chorobą syna.

Zdrowy. W skali Apgar

Adrian Liberacki nie miał nigdy łatwo na boisku piłkarskim. Zaliczył cztery poważne kontuzje. Mięsień czworogłowy, pachwina, brzuch, więzadła krzyżowe. – Zerwane więzadła w Chorzowie pamiętam doskonale. Wracałem do zdrowia po wcześniejszych problemach, wróciłem na mecz ze Stalą Mielec, moim poprzednim klubem. W ostatniej minucie spotkania zerwałem więzadła, bo nie chciałem wejść ostro w Mateusza Gancarczyka, z którym kolegowałem się od czasów gry w Mielcu. Upadłem nienaturalnie – wspomina obrońca, który ostatecznie w Ruchu Chorzów zagrał tylko to jedno spotkanie. Latem ubiegłego roku był bliski awansu do pierwszej ligi z Bytovią Bytów, teraz jednak priorytety ma zupełnie inne.

26-letni piłkarz niespełna pięć miesięcy temu został ojcem. Ogromna radość z okazji narodzin syna szybko jednak przerodziła się w niepokój i strach. U małego Teodora zdiagnozowano padaczkę z napadami zgięciowymi. Pierwsze ataki odnotowano, gdy miał trzy tygodnie. – Gdy teraz sobie to analizujemy, to były chyba one jednak już wcześniej. Zauważaliśmy takie delikatne spięcia, rączki drżały, ale żartowaliśmy, że wychodzi z niego potworek – uśmiecha się tata Teodora. – Po trzech tygodniach byliśmy już pewni, że to są ataki padaczki, mimo że początkowo lekarze jeszcze próbowali sprawę bagatelizować – dodaje.

Zresztą rodzice nie ukrywają pretensji do medyków. – Według nich syn był po porodzie zdrowy, Teoś dostał 9 na 10 w skali Apgar. Ciąża przebiegała idealnie, ale niestety potem pojawiły się komplikacje. Syn za długo był przetrzymamy bez wód płodowych co spowodowało, że urodził się podduszony i po nagłym cięciu cesarskim trafił od razu na OIOM. Będziemy chcieli coś z tym zrobić, ale teraz skupiamy się na zdrowiu naszego syna – mówi piłkarz, który – mimo początkowych komplikacji – stosunkowo szybko mógł powitać syna w domu. Błyskawicznie jednak problemy zdrowotne ponownie się pojawiły.



Droga prób i błędów

Obecnie mały Teodor jest leczony lekami, a lekarze starają się dostosować te najbardziej odpowiednie. Dotychczas nie pomogło pięć zestawów. – Oby tylko to nie była padaczka lekooporna – wznoszą wzrok ku górze rodzice. – Lepiej jest jedynie po sterydach, a to najsilniejsze leki. Przez kilka dni mały jest w domu, gdy jest pod wpływem sterydu, to jest dobrze, gdy jednak lekarze starają się wprowadzić jakieś słabsze leki, to ponownie zaczynają się ataki – tłumaczy piłkarz Bałtyku Gdynia.

– Przez moment myśleliśmy, że jest dobrze, ale niestety... Teoś właściwie całymi dniami wypoczywa, starając się spać, bo te ataki strasznie go męczą. A niekiedy dochodzi nawet do kilkuset napadów. Z tego też powodu nie rozwija się tak, jak należy. Mały w tym momencie wykonuje takie ruchy, jakby miał 2,5 miesiąca. W tym wieku nie widać jeszcze wielkiej różnicy, ale jednak powinien już głowę podnosić, a tego nie robi. Im więcej wyładowań, tym większe ubytki w mózgu. Syn ma także ubytek wzroku. Widzi, ale potrzebuje więcej czasu, by się skupić – tłumaczy piłkarz. – Dalsze leczenie? Lekarze nazywają to drogą prób i błędów. Leki będą mieszane, tak by znaleźć ten najbardziej skuteczny. Wizyty w szpitalach, wyniszczające sterydy i czekanie oraz obserwowanie, jak się zachowuje organizm – opisuje.

Kluczowe mogą jednak okazać się badania genetyczne. – Mogą wykazać co było przyczyną choroby, jaki dobrać lek i dietę – tłumaczą rodzice. – Wolałbym, by się okazało, że to jednak moje geny są winne aniżeli na przykład lekarze... bo nie daruję sobie, jeżeli okaże się, że zawinił człowiek – mówi Liberacki. Szansą może być również wyjazd do kliniki do Niemiec, która specjalizuje się w leczeniu najmłodszych dzieci. Dwutygodniowy pobyt to jednak kwota rzędu 14 tysięcy euro. – Dzieci są tam pod stałym nadzorem kamer. Ale kwota to jedna sprawa. Trzeba się zakwalifikować, niczym w klubie piłkarskim przejść testy – Adrian stara się cały czas pamiętać o futbolu.

Pomoc ze środowiska

W tej sytuacji rodzice postanowili zwrócić się o pomoc. Zbiórka prowadzona jest na portalu zrzutka.pl. Potrzeby są ogromne. Niezbędna rehabilitacja i lekarze, to kwota 3-4 tysięcy złotych miesięcznie, do tego dojdzie już wkrótce specjalna dieta. A jeszcze jest codzienna, trwająca 90 minut rehabilitacja. – Żona nie może pracować, oszczędności się kończą. Postanowiliśmy zwrócić się o pomoc, chociaż to nie jest łatwa kwestia – przyznaje Liberacki, który może liczyć także na środowisko piłkarskie.



Adrian już uruchomił swoje kontakty w byłych klubach, włącznie ze znajomymi z czasów gry w Italii, chociażby z Piotrkiem Zielińskim. – Pozytywny odzew mam także z innych klubów, koledzy z Bałtyku również mi pomagają. Dla nas jest to jednak bardzo ważne, w obecnej sytuacji każdy grosz jest cenny – mówi Adrian, który pracuje w firmie cateringowej, popołudniami trenuje natomiast w szóstej drużynie trzeciej ligi. Ale piłka dla niego jest także sposobem na oderwanie od codziennych problemów. – Prawdziwym bohaterem jest natomiast moja narzeczona. To ona zmaga się ze zdrowiem syna przez 24 godziny na dobę – podkreśla.

Dla samego Adriana choroba syna to kolejna lekcja. Najtrudniejsza. Najbardziej kosztowna. – Ojciec mówił, że kiedyś wyjrzy słońce. Może jeszcze nie teraz – uśmiecha się gorzko piłkarz ze Słupska, który próbował swoich sił chociażby w Italii. Jak sam przyznaje, mógł więcej wycisnąć ze swojej piłkarskiej kariery. – Narobiłem trochę głupot we Włoszech. Gdybym miał obok siebie narzeczoną, to może byłoby inaczej i grałbym wyżej, zainwestowałbym w siebie. Żyłem w sielance włoskiej, że jestem na topie. Nie wiedziałem wtedy, że piłka polega na wyciskaniu cytryny na maksa, bo jak pociąg odjedzie, to już będzie za późno. A na lewych obrońców zawsze był deficyt. Mogłem to wykorzystać – podkreśla nasz rozmówca. – Jak się ocknąłem, to było już za późno – rozkłada ręce.

– Teraz mnie już nic nie zaskoczy, piłka mnie sporo nauczyła. Najgorsze, że choroba dotyczy dziecka, ciężko to sobie wytłumaczyć, odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nas to dotknęło – mówi Adrian. – Ale staramy się myśleć pozytywnie. Cieszymy się z małych rzeczy, żyjemy z dnia na dzień. Gdy Teoś chociażby delikatnie podnosi główkę, to jestem mega szczęśliwy – dodaje na zakończenie.

Tadeusz Danisz

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności