Aktualności

Zdzisław Radulski i Maciej Świdzikowski, czyli „zielone serca”

Rozgrywki18.11.2016 
Dwie postaci, które dla Radomiaka znaczą bardzo dużo. Jedna – prawdziwa legenda, człowiek związany z klubem od 56 lat. Druga – kapitan, który zielone barwy przywdziewa od ponad siedmiu lat, a w miniony weekend rozegrał 200. mecz w koszulce klubu znad Mlecznej. Dla kibiców znaczą wiele, a Radomiaka noszą głęboko w sercu.

Zdzisław Radulski od wielu lat nie jest nazywany w Radomiu inaczej niż „Hrabia”. Na majestatyczny tytuł zasłużył swoim przywiązaniem do barw i całkowitym oddaniem klubowi. Nikt nie wyobraża sobie Radomiaka bez Radulskiego, podobnie jak on sam nie wyobraża sobie życia bez Radomiaka. – Nie znam osoby, która mogłaby powiedzieć na jego temat choćby jedno złe słowo. Powinien dostać medal od prezydenta – przekonuje Jacek Kacprzak, uczestnik Ligi Mistrzów z Legią Warszawa, przez wiele lat przywdziewający barwy Radomiaka, a później jego trener.

Radulski w klubie funkcjonuje od 1960 roku. Jego masywna, świetnie po dziś dzień wyrzeźbiona sylwetka jest doskonale znana wszystkim kibicom. W przeszłości był kulturystą, jednym z najlepszych w Polsce. Wielokrotnie przyznawano mu tytuł Mistera Radomia. – Zawsze się śmialiśmy, pompowaliśmy go, że jechał na sterydach, choć tak oczywiście nie było. Odgryzał się, co chwila z nas żartował – wspomina Kacprzak.

Fot. Radomiak TV

Radulski do drzwi Radomiaka zapukał 56 lat temu i pozostał w nim do dziś. Nadal pełni rolę fizjoterapeuty, a jego napar z dzikiej róży przeszedł wśród zawodników do legendy. Doskonale rozgrzewa i świetnie smakuje, co sprawiło, że piłkarze piją go w okresie zimowym zamiast izotoników. – Napar to nie wszystko. Zdzisiu zawsze lubił kombinować, szukać nietypowych rozwiązań. Chyba jako jeden z pierwszych w Polsce mieszał maści, szukał alternatyw. Podczas wyjazdów na postojach przytulał się do drzew, czerpiąc z nich energię – mówi z uśmiechem były piłkarz Radomiaka.

Gdy klubem targały problemy finansowe, a gracze przez dłuższy czas nie otrzymywali wynagrodzeń, na ratunek ruszał właśnie Radulski. Robił zawodnikom kanapki, którymi ci żywili się podczas meczów wyjazdowych i przed treningami. Często był to ich jedyny posiłek w ciągu dnia. – Człowiek-złoto. Nawet, gdy wszystko było w porządku, rozdawał swoje racje zawodnikom, a sam nie jadł – dodaje Kacprzak.

O szacunku, jakim darzą go fani, świadczy flaga z wizerunkiem Radulskiego, wywieszana podczas meczów Radomiaka, a także hasła skandowane podczas każdego spotkania. Ostatnio zmagał się z problemami zdrowotnymi, przeszedł operację wycięcia krwiaka, ale krótko po niej powrócił na stadion. Gdy opuszczał szpital, nie mówił, że wraca do domu. – Wreszcie wychodzę do Radomiaka – powiedział wzruszony.


Fot. Radomiak.pl

Jeszcze bardziej wzruszył się, gdy ponownie zjawił się na meczu. Podczas starcia z Gryfem Wejherowo kibice powitali go owacją na stojąco. – Trudno rozdzielić Radomiaka od Pana Zdzisia. To wielka postać i wzór przywiązania do klubu. Jest z nim na dobre i na złe od ponad pół wieku, a zawodnicy ufają mu jak mało komu – mówi Michał Szprendałowicz, jeden z dziennikarzy od lat zajmujących się tematyką klubową.

Inną postacią, która zasłużyła na duży szacunek kibiców, jest Maciej Świdzikowski. Kapitan zespołu, z Radomiakiem związany od ponad siedmiu lat. Do kariery startował w innym radomskim klubie, Beniaminku. Później przez AON Rembertów trafił do Legii Warszawa, gdzie próbował przebić się do pierwszego zespołu. Nie było mu jednak dane w nim zagrać. Prym na środku obrony wiedli wówczas Inaki Astiz i Dickson Choto, a w odwodzie pozostawali między innymi Artur Jędrzejczyk, Jakub Rzeźniczak i Marcin Komorowski. W Młodej Ekstraklasie dzielił natomiast szatnię z Maciejem Rybusem i Arielem Borysiukiem.

Po dwóch sezonach spędzonych przy Łazienkowskiej wrócił do Radomiaka, którego od zawsze był wielkim kibicem. – Maciek to człowiek, który miał i ma zielone serce. W naszym mieszkaniu na honorowym miejscu wisiał szalik Radomiaka – mówi Kamil Majkowski, który ze Świdzikowskim wynajmował lokum przy ulicy Hożej w Warszawie. – Nasze losy się splotły jeszcze w AON-ie Rembertów, gdzie graliśmy u trenera Marcina Sasala. Potem trafiliśmy razem do Legii, ale Maciek miał trochę pecha. Byliśmy razem na testach w Pogoni Szczecin, gdzie ja zostałem, a „Świdzik” nie – wspomina „Majka”.

Zamiast wyjechać do Szczecina, Świdzikowski wrócił do Radomiaka. Przywdział ukochane barwy, ale zespół występował tylko w III lidze. Charyzmatyczny obrońca pomógł mu awansować ligę wyżej, a teraz walczy z nim o promocję na zaplecze ekstraklasy. – Mam nadzieję, że mu się uda i wreszcie pogra w I lidze. Mamy cały czas kontakt, okazało się nawet, że niezależnie od siebie nadaliśmy synom takie samo imię, Marcel – mówi z uśmiechem Majkowski.

Wspomniany potomek Świdzikowskiego także jest bardzo dobrze znany kibicom Radomiaka. Tata po każdym spotkaniu wychodzi z nim na murawę, aby jeszcze chwilę pokopać piłkę. Niewiele jednak brakowało, aby kapitan Radomiaka już nigdy nie pojawił się na boisku. Przed sezonem miał bardzo poważne problemy zdrowotne, związane z kontuzją pleców. Żaden z lekarzy nie potrafił dokładnie określić, co mu dolega, a ból się nasilał. Z pomocą przyszedł jednak trener Verner Licka. Zabrał swojego podopiecznego do czeskiej kliniki pod Ostrawą, a po kilku tygodniach Świdzikowski cieszył się ze zdobycia zwycięskiej bramki w meczu z Polonią Warszawa.

Fot. Emil Ekert


Ubiegłotygodniowe spotkanie z Gryfem Wejherowo było dla Świdzikowskiego wyjątkowe. Po raz 200. przywdział wówczas barwy ukochanego klubu, a jubileusz drużyna uczciła piątym ligowym zwycięstwem z rzędu. W tym czasie świetnie grający głową defensor zdobył 21 bramek dla swojego zespołu i z pewnością nie zamierza na tym poprzestać. 

Emil Kopański

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu Regulamin portalu 25.05.2018 Regulamin sklepu Regulamin sklepu (2014) Polityka prywatności
Wzór odstąpienia od umowy sprzedaży