Aktualności

[WYWIAD] Rafał Wolsztyński: Chcę się odbudować, a potem zmierzyć z bratem

Rozgrywki07.02.2019 
– Nasze drogi się rozeszły i teraz każdy będzie walczył o swoje imię, bo nazwisko mamy takie samo, nawet w innych klubach. Oby było tak, że będzie się mówiło i pisało o obydwu Wolsztyńskich – mówi o sobie i bracie bliźniaku Łukaszu Rafał Wolsztyński, który zimą odszedł z Górnika Zabrze do Widzewa Łódź.

Kto jest lepszym piłkarzem: Łukasz czy Rafał Wolsztyński?
Rafał Wolsztyński:
Każdy z nas ma wady i zalety. Nigdy piłkarsko nie odbiegałem od Łukasza. Bardziej bym powiedział, że się uzupełniamy. Ja jestem lewonożny, Łukasz prawonożny. On lepiej gra w powietrzu i to nie tylko dlatego, że jest trzy centymetry wyższy. Jak go piłka znalazła w polu karnym, to potrafił ją skierować głową we właściwym kierunku. Ja lepiej czuję się w grze kombinacyjnej i technicznej.

Szybkość można zmierzyć…
Była na podobnym poziomie. Czasem ja byłem szybszy, czasem Łukasz. To były różnice w ułamkach sekund. Genetycznie jesteśmy do siebie podobni, więc tę cechę mamy na tym samym poziomie.

A kto więcej razy podbiłby piłkę nogą?
Tego nie wiem. Nigdy akurat w tym nie rywalizowaliśmy. Musimy to z bratem sprawdzić, ale wierzę, że to ja byłbym lepszy.

To może powinniście wystąpić w programie „Turbo Kozak” w Canal+?
Padła już taka propozycja, jak sił próbował Szymon Żurkowski. Mamy sprawdzić się za pół roku, ale nie wiem, czy do tego dojdzie, bo Łukasz został w ekstraklasie, a ja jestem teraz w drugiej lidze.

Na co dzień ze sobą rywalizujecie czy jesteście zgodnym rodzeństwem bliźniaków?
Oczywiście, że konkurujemy i to prawie we wszystkim, w czym się tylko da. Nienawidzimy przegrywać. Zawsze jeden chce, by jego było na wierzchu. Każdy chce grać w podstawowym składzie nawet kosztem drugiego. Jeśli chodzi o sprawy pozaboiskowe, to pójdziemy za sobą w ogień. Jak walczymy o skład, to nie odstawiamy nogi i nie odpuszczamy sobie. Zawsze była rywalizacja i nie brakowało w niej dokuczania. Wciąż tak jest i pewnie to się nie zmieni. W cokolwiek byśmy nie grali, liczy się zwycięzca. Czasem nawet jak z żonami siedzimy przy w planszówkach, to one cierpią przez naszą nadmierną ambicję i zdarza się, że się na nas obrażą, bo tak chcemy wygrać.



Zdarzało wam się w szkole próbować przechytrzyć nauczycieli i zamieniać przy odpowiedziach?
Nie wykorzystywaliśmy tego z prostej przyczyny. Nie byliśmy orłami w nauce, zbyt dobrze się nie uczyliśmy i nie było sensu, by jeden szedł za drugiego do odpowiedzi, bo efekt pewnie byłby podobny. Dojeżdżaliśmy do szkoły w Zabrzu i wstawaliśmy o 5 rano, po lekcjach mieliśmy trening i do domu wracaliśmy koło godziny 20. Zbyt dużo czasu na naukę nie było. Na szczęście szkołę ukończyliśmy bez problemów.

Przez lata byliście zawsze w tym samym klubie. Nawet na wypożyczenia do Limanovii i Legionovii szliście razem.
Zdarzało się tylko, że wcześniej byłem brany do pierwszego zespołu, ale zawsze byliśmy w tym samym klubie. Zwykle trenerzy chcieli nas pozyskać dwóch. W Legionovii najpierw ja byłem w pierwszej drużynie, a dopiero później Łukasz dołączył z rezerw. Okazało się, że z korzyścią dla zespołu.

Jesteście pomocnikami czy napastnikami?
Zdecydowanie wolimy występować w ataku. Lubię grę kombinacyjną, cofnąć się, by piłkę rozegrać. Na boisku pozycja numer 9 lub 10 nie ma dla mnie różnicy, byle z przodu. Łukasz na początku był często środkowym pomocnikiem, a w Górniku, w pierwszej lidze, nawet biegał na boku drugiej linii. Też jednak woli strzelać gole.

Zadebiutowałeś w ekstraklasie i od razu zdobyłeś bramkę na wagę remisu. Dla wychowanka to musi być coś specjalnego.
Tak naprawdę to jestem wychowankiem Concordii Knurów, a do Górnika trafiłem w liceum. Ten klub był dla nas celem. Trenowaliśmy w małym mieście, niedaleko Zabrza i to naturalne, że chcieliśmy trafić do jednego z najbardziej utytułowanych klubów w Polsce, cenionym w Europie. Każdy chłopak z okolicy o tym marzy. Nam się to udało, pokonywaliśmy kolejny szczeble: juniorzy, rezerwy i w końcu pierwsza drużyna. Byliśmy chyba jedynymi zawodnikami z naszego rocznika, którzy przebili się do ekstraklasy. To była wielka radość i szczęście z debiutu, a na dodatek z gola. Byłem tak zaskoczony, że nawet nie wiedziałem jak się cieszyć. Życzę każdemu, by mógł tego doświadczyć w swoim klubie. Teraz już tego nie rozpamiętuję i chcę strzelać gole w Widzewie.



Zdarzyło się wam zagrać razem w ataku?
Był taki wyjazdowy mecz z Termalicą Nieciecza. Dopiero wróciłem po kontuzji, zdobyłem dwie bramki w Pucharze Polski, potem w ekstraklasie z Arką Gdynia i razem z Łukaszem strzeliliśmy po golu przeciwko Cracovii. Pierwszy raz razem w podstawowym składzie w ataku zagraliśmy jednak w Niecieczy. Długo na to czekaliśmy. Niestety doznałem w tym spotkaniu kontuzji więzadeł krzyżowych i jeszcze przed przerwą zszedłem z boiska. Szkoda, że więcej to się już nie wydarzyło, ale na pewno jeszcze zagramy razem. Wszystko przed nami.

Dzisiaj z twoim zdrowiem już wszystko OK. Operował cię wtedy wybitny specjalista – profesor Paolo Mariani. Ten sam, który dwa razy zajmował się już Arkadiuszem Milikiem.
I wieloma innymi świetnymi zawodnikami. Gdy byłem na konsultacji w Rzymie, w gabinecie spotkałem Francesco Tottiego. Oczywiście znałem tego napastnika i wiedziałem, że jest legendą Romy, przykładem przywiązania do jednego klubu. Jak się jest piłkarzem czy kibicem, to trudno go nie znać. W Rzymie są dwie najważniejsze osoby: papież i Totti. Akurat mi było dane spotkać tego drugiego. Uścisnęliśmy sobie dłonie, zrobiłem zdjęcie, a doktor Mariani opowiedział Tottiemu, kim jestem i w jakim klubie grałem. Od razu skojarzył, że Roma grała kiedyś z Górnikiem. Zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Z czym kojarzy ci się data 30 maja 2009?
Nie wiem. Może jakaś podpowiedź?

Jesteś teraz w Widzewie razem z Danielem Mąką.
To już wiem! Tego dnia Górnik grał z Polonią Warszawa. Gdyby wygrał, zostałby w ekstraklasie. Tymczasem w 89. minucie jedyną bramkę zdobył właśnie Daniel. Kilka dni temu wspominałem to z nim. Miałem 15 lat, byliśmy z bratem i mamą na trybunach. I co tu dużo ukrywać – płakaliśmy. Wypomniałem mu, że właśnie przez niego leciały mi łzy. Czasem chodziliśmy też do młyna na tzw. Torcidę, ale wtedy bez mamy (śmiech).



Ale z Danielem nie masz problemu?
Jasne, że nie. To były fajne, choć już stare czasy. Teraz bardziej liczę na to, że czegoś się od niego nauczę, bo to bardzo doświadczony zawodnik.

Wraz z odejściem do Widzewa, rozeszła się twoja ścieżka kariery z bratem.
Tak się potoczyło życie. Po dwóch kontuzjach kolana szukałem klubu, w którym mógłbym się odbudować i grać dużo częściej niż do tej pory. Łukasz ma pewną pozycję w Górniku, ja raczej czułem się niedoceniony, bo uważam, że sportowo się broniłem. Rozmawiałem z bratem i obaj zdawaliśmy sobie sprawę, że to nie będzie trwało wiecznie i nie zawsze będzie tak pięknie. Zdarzają się kontuzje i inne niezależne sytuacje, które sprawiają, że trzeba coś zmienić. Nie będziemy szczęśliwi, gdy jeden będzie grał w pierwszej drużynie, a drugi w rezerwach. Drogi się rozeszły i teraz każdy będzie walczył o swoje imię, bo nazwisko mamy takie samo. Oby było tak, że będzie się mówiło i pisało o obydwu Wolsztyńskich.

Schodzisz z ekstraklasy do II ligi. To nie jest krok do tyłu?
Osoba, która nie śledzi tego, co dzieje się w polskiej piłce, może tak pomyśleć. Dla mnie siedzenie na ławce czy występy w rezerwach nie mają sensu. Wolę być tam, gdzie mnie chcą i to nawet w drugiej lidze. Przede wszystkim jednak mówimy o Widzewie, który ma wielkie tradycje i sukcesy. W Polsce chyba wszyscy zainteresowani piłką wiedzą, co się dzieje w tym klubie. Piękny stadion, karnety sprzedawane w kilkanaście minut, dobra organizacja i ogromne zainteresowanie kibiców. To wszystko skłoniło mnie do tego, by przyjść do Widzewa. Warto zostać częścią tego klubu. Na dodatek czułem, że działacze i sztab szkoleniowy chcą mnie tutaj. Dzięki temu będę miał szansę, by grać i się rozwijać.



Widzew jest wiceliderem II ligi, a Górnik znajduje się w strefie spadkowej. Słyszałeś pewnie złośliwości, że za rok możesz spotkać się w lidze z bratem?
Wolałbym, by do pojedynku doszło dopiero w sezonie 2020/2021, już w ekstraklasie. Taki jest właśnie plan i tego chciałbym dla siebie, a także brata.

W Górniku grałeś przed 22 tysiącami kibiców. Stadion Widzew regularnie wypełnia się 16-17 tysiącami fanów. Presja stadionu nie powinna ci więc przeszkadzać?
Każdy przypadek jest inny. To, że było w porządku w jednym klubie, nie jest gwarancją, że tak samo będzie w kolejnym. Mam jednak nadzieję, że nie będzie to miało na mnie wpływu, bo przyzwyczaiłem się do takiej frekwencji. Najważniejsze jest, by pokazać na boisku umiejętności, a także charakter i determinację. Chcę przekonać wszystkich, że trener postawił na mnie nie dlatego, że przyszedłem z ekstraklasy, ale ze względu na to, że potrafię gać w piłkę i walczyć za ten klub.

Rozmawiał Robert Cisek

Fot: Cyfrasport, Widzew.com

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności