Aktualności

[WYWIAD] Mateusz Wrzesień: Chcę grać i robić na boisku swoje, czyli zdobywać bramki

Rozgrywki24.11.2018 

W drugiej lidze w tym sezonie zdobył pięć bramek. Może nie jest to liczba rzucająca na kolana, lecz gdy do tego dodamy dwie bramki w Pucharze Polski, a wszystko to w okresie od połowy września, to robi się z tego imponująca średnia. – A trafień mogło być jeszcze więcej – mówi Mateusz Wrzesień, 25-letni gracz Rozwoju Katowice.

Jesteś zaskoczony?

Liczbami? Nie, wiedziałem, że potrafię strzelać. Nie jestem zaskoczony, ale na pewno zadowolony. Ale na tych siedmiu bramkach nie poprzestanę.

Najlepsza taka Twoja seria w karierze?

Tak, zdecydowanie. Do tej pory najwięcej w jednym sezonie miałem na koncie sześć bramek. Teraz już mam siedem, a jeszcze przecież trwa runda jesienna. Nigdy nie miałem takiej serii.

Może to dlatego, że napastnikiem jesteś od niedawna.

Dokładnie. Całe życie grałem na skrzydle, czy to w Zagłębiu Sosnowiec czy też w pierwszej lidze we Flocie Świnoujście. Dopiero w Rozwoju Katowice trener Mirosław Smyła dwa lata temu postawił na mnie w ataku i potrafiłem się odnaleźć. Pierwsze sygnały odnośnie mojej gry na tej pozycji trener Smyła dawał mi podczas pobytu w Zagłębiu Sosnowiec. Sygnalizował, że widziałby mnie w ataku. Później spotkaliśmy się w Katowicach, był problem z napastnikami, wskoczyłem więc w wolne miejsce i zacząłem strzelać. W Odrze Opole grałem ponownie jako skrzydłowy, ale po powrocie do Katowic zostałem już nominalnym napastnikiem. Teraz już nie chciałbym wracać do tyłu. Lepiej czuję się w ataku, chociaż zapewne poradziłbym sobie na skrzydle. Ale ważna jest stabilizacja.

Tylko z nowej pozycji wynika ta twoja udana jesień?

Na pewno po trochu stabilizacja w klubie, trochę też szczęście. Jak idzie, to idzie, trochę prawo serii. Nawet sytuacja bramkowa na Widzewie pokazuje ten fakt. Futbolówka mi spadła pod nogę, nie pozostało nic innego jak tylko wpakować piłkę do siatki. Ale też trzeba było w to wszystko dużo pracy włożyć. Rok temu byłem kontuzjowany, miałem zerwane więzadła przednie. Dużo pracy i cierpliwości.

Stosunkowo szybko wróciłeś do pełni zdrowia.

Od maja jestem w systematycznym i ciężkim treningu. Szybko po kontuzji doszedłem do siebie, dzięki doktorowi Marcinowi Domżalskiemu, który mnie operował i rehabilitantowi Leszkowi Similowskiemu, z którym na zajęciach spędziłem wiele godzin. Chciałem jak najszybciej wrócić do treningu, wiedziałem, że wrócę do optymalnej dyspozycji.

Masz w swoim CV wiele uznanych śląskich firm, bo i grałeś w juniorach Ruchu Chorzów, Górnika Zabrze czy też w „dorosłych” drużynach Zagłębia Sosnowiec i Odry Opole. Trochę klubów zwiedziłeś. Czy te częste zmiany nie przeszkadzały?

Ciężko powiedzieć. Są zawodnicy, którzy często zmieniają kluby. Ja teraz wiosną byłem zdecydowany na zostanie w Rozwoju Katowice i, jak na razie, to się opłaciło. Wcześniej najmilej wspominam pobyt w Sosnowcu. Awansowaliśmy do pierwszej ligi, mimo, że grałem na skrzydle to bramkami pomagałem drużynie. Kibice odwdzięczali się dużym szacunkiem. Fajnie to wyglądało w Zagłębiu.

Jesteś typem napastnika, którego piłka szuka w polu karnym?

Chyba tak. Ja zawsze, nawet grając z boku, znajdowałem się w sytuacjach podbramkowych. Kilka lat temu skuteczność była jednak mniejsza. Teraz już jednak, gdy to doświadczenie jest większe, na spokoju staram się strzelać. Każdy ma chyba podobnie. W wieku 18-19 lat tylko wybitne jednostki nie mają problemu z wykorzystywaniem sytuacji. Jak debiutowałem na szczeblu centralnym miałem sytuacje, ale piłka nie wpadała. Teraz jest lepiej, ale też cały czas wiele nauki przede mną, bo gdybym wszystkie dogodne sytuacje wykorzystał, to miałbym zapewne około dziesięć bramek w drugiej lidze.

Czyli są rezerwy.

Oczywiście. Są sytuacje, gorzej gdy ich nie ma. Nienawidzę meczów i momentów, gdy nie ma okazji. Zawsze bardziej po takim meczu się wkurzam niż po spotkaniu, gdy gola nie strzelę. Lepiej martwić się tym, że się sytuacji nie wykorzystało niż tym, że ich w ogóle nie ma.

W tej kwestii strzelania goli chyba pomocny jest trener Marek Koniarek.

Prawdziwa legenda. Jakim cieszy się szacunkiem można było się przekonać przy okazji meczu na Widzewie. Trener przekazuje dużo wskazówek, szczególnie właśnie napastnikom. By schodzić na słupek, o grze głową, jak mamy wyprzedzać obrońcę, że ważne jest obserwowanie przeciwnika i poruszanie się po linii spalonego. Nauka ta później procentuje w meczach.

Rywale teraz więcej uwagi Tobie poświęcają, zauważyłeś to?

Mam nadzieję, że tylko nie tak jak jeden z naszych rywali w ubiegłym sezonie. Tak mocno poświęcał mi uwagę na analizie, że aż zapomniał o mojej kontuzji i fakcie, że jeszcze nie jestem w stanie grać. A tak zupełnie serio, to nawet z rozmów z zawodnikami rywali można odczuć, że przeciwnicy mocniej mnie obserwują, zwracają większą uwagę. Ale na boisku zawsze jest ciężko i nie myśli się już w trakcie gry o tym, kogo się obserwowało i kto jest kim. Wszystko samo się dzieje.

Masz swój cel na końcówkę jesieni?

Jest jeszcze kilka meczów, bo gramy również w Pucharze Polski z Górnikiem Zabrze, ale najgorsze co mógłbym teraz zrobić, to nakładać sobie dodatkową presję liczbami i jakimiś założeniami. Chcę grać i robić na boisku swoje, czyli zdobywać bramki. 

Rozmawiał Tadeusz Danisz

Fot. 400mm.pl

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu Regulamin portalu 25.05.2018 Regulamin sklepu Regulamin sklepu (2014) Polityka prywatności
Wzór odstąpienia od umowy sprzedaży