Aktualności

[WYWIAD] Marcin Urynowicz: Cały czas ciągnie mnie do ekstraklasy

Rozgrywki06.11.2020 
W wieku 19 lat zadebiutował w ekstraklasie w Górniku Zabrze. Pięć lat późnej gra jednak tylko w drugiej lidze. W tym sezonie Marcin Urynowicz imponuje skutecznością i strzelił już siedem goli. – Na przeszkodzie stanęły kontuzje. W ciągu pół roku cztery razy naderwałem ten sam mięsień dwugłowy. Teraz od ośmiu miesięcy jestem zdrowy, na dodatek gram na ulubionej pozycji i są efekty – podkreśla pomocnik GKS Katowice.

Najpierw pytanie niezwiązane ze sportem. Podobno chciał pan zostać strażakiem i nie wyklucza, że zrealizuje ten zamiar po zakończeniu kariery piłkarskiej.

Tak, od dziecka miałem taki pomysł, choć nie do końca wiem skąd się to wzięło. Może zobaczyłem jakiś film i mi się spodobało. Chyba wynika to też z tego, że po prostu chciałbym pomagać ludziom. A zawód strażaka właśnie na tym polega. Moja żona studiuje pielęgniarstwo też w tym celu, by pomagać potrzebującym. Zobaczymy, czy po zakończeniu kariery nie będę na przykład zbyt stary, by zostać strażakiem.

Na razie to w GKS Katowice trzeba było ostatnio gasić sporo pożarów. Najpierw w 2019 roku niespodziewanie spadliście z pierwszej ligi. W poprzednim sezonie byliście o krok od awansu, ale nic z tego nie wyszło.

Przyszedłem do GKS już po spadku. To była już całkiem inna drużyna niż ta, która nieoczekiwanie nie utrzymała się w pierwszej lidze. Wszystko trzeba było budować od nowa. Zdarzało się, że mieliśmy serie bez wygranych nawet u siebie. To nam ciążyło. W końcówce sezonu było widać poprawę i mogliśmy nawet bezpośrednio awansować do pierwszej ligi. W ostatniej kolejce z Resovią mieliśmy mnóstwo sytuacji, trafiliśmy w słupek, w sytuacji przed pustą bramką piłka przeskoczyła nad nogą. Po prostu nie chciała wpaść. W barażu trafiliśmy na Stal Rzeszów, która była bardzo dobrze zorganizowana. Do tego pogoda była fatalna, lało tak, że nie było nic widać, a telewizja chciała nawet przerwać spotkanie. Przegraliśmy i prysły szanse na awans. Oczywiście rozmawialiśmy o tych meczach. Byliśmy załamani, ale nie było się co mądrować, tylko trzeba było podnieść głowy i zacząć pracować.



Wydaje się, że praca przynosi efekty. Poza porażką na inaugurację sezonu z Hutnikiem Kraków i wpadką ze Skrą Częstochowa dobrze sobie radzicie i w dziesięciu kolejkach zdobyliście 20 punktów. Co jest waszą siłą?

Wygraliśmy dwa ostatnie spotkania i jesteśmy rozpędzeni. Szkoda, że przełożyli nam najbliższy mecz z rezerwami Śląska. Wcześniej przegraliśmy ze Skrą, ale w Częstochowie na sztucznej murawie zawsze jest ciężko. Gospodarze są tam dobrze zorganizowani i potrafią wykorzystać atut własnego boiska. Mamy pomysł na granie. Z przodu są mocni zawodnicy, indywidualności. Dobrze spisujemy się też w obronie i potrafimy wyprowadzać kontrataki. Do tego radzimy sobie także w ataku pozycyjnym. To było już widać w poprzednim sezonie, ale wtedy często brakowało konkretów. Teraz poprawiliśmy skuteczność i strzelamy sporo bramek. Mam nadzieję, że to jest ten sezon, w którym GKS wreszcie odniesie sukces. Staramy się nie wychodzić jednak daleko w przyszłość, tylko skupiać się na wygraniu najbliższego spotkania.

W 2015 roku, wieku 19 lat, zadebiutował pan w ekstraklasie w Górniku Zabrze. Potem był spadek do pierwszej ligi, a po roku powrót i kolejny świetny sezon zakończony awansem do europejskich pucharów. Potem jednak grał pan coraz mniej i odszedł do Odry Opole.

Awansowaliśmy zespołem, w którym było sporo młodych zawodników. Potem z rozpędu wywalczyliśmy prawo gry w eliminacjach Ligi Europy. Kiedy przychodziłem z Gwarka Zabrze, trener widział mnie na pozycji nr 10 lub w ataku. W juniorach zwykle grałem jednak jako ofensywny pomocnik, byłem skuteczny i chyba to spowodowało, że Górnik się mną zainteresował. Zacząłem mieć problemy z regularnymi występami, dlatego zdecydowałem się na odejście do Odry. Liczyłem, że tam będę grał dużo więcej. Tymczasem zaczęły trapić mnie kontuzje. Trzy razy naderwałem mięsień dwugłowy w tej samej nodze. Zdecydowałem się na drugoligowy GKS, a tu jeszcze przed rozpoczęciem sezonu przytrafił mi się ten sam uraz. Mało tego na początku rozgrywek w meczu z Bytovią po zderzeniu z rywalem miałem pęknięte cztery kości twarzoczaszki. Kiedy wróciłem, grałem w masce. To było niewygodne, bo kiedy piłka była w powietrza, ograniczała mi pole widzenia. Dopiero po miesiącu mogłem ją zdjąć. Na początku była niepewność, czy ta kontuzja nie sprawi, że będą bał się walczyć w powietrzu. Na szczęście szybko udało mi się wyrzucić to z głowy.



Urazy się skończyły i wróciła forma? W dziesięciu meczach strzelił pan siedem bramek.

Regularne występy były mi potrzebne. Do tego rzeczywiście od ośmiu miesięcy nie ma problemów ze zdrowiem. Ciężko pracowałem i wierzyłem, że efekty przyjdą. Lubię włączyć się do ataku z drugiej linii i to się na razie sprawdza.

To jednak druga liga, a nie ekstraklasa….

Chcę tam wrócić. Jak raz się do ekstraklasa, to ciągnie do niej cały czas. Wierze, że uda mi się to zrealizować.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot. Cyfrasport; Tomasz Błaszczyk/GKS Katowice

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności