Aktualności

[WYWIAD] Jacek Trzeciak: Szybkość jest wskazana przy łapaniu pcheł

Rozgrywki20.04.2019 

Jest jednym z symboli Polonii Bytom. Z klubem tym przeżył zarówno radosne chwile, ale też bardzo trudne, w roli piłkarza, jak i trenera. Teraz Jacek Trzeciak, bo o nim mowa, jest szkoleniowcem II-ligowego ROW-u Rybnik, który wiosną przegrał tylko jeden mecz. – Znowu patrzę na wszystko pozytywnie – mówi 47-letni szkoleniowiec. 

Istnieje życie poza Polonią Bytom?

Tak. W pewnym momencie zostałem zaszufladkowany, a to dobre nie jest, bo człowiek w ten sposób może być ograniczony. W pewnym momencie wydawało się, że zostanę w Polonii do końca życia, ale wyszło inaczej. Odszedłem i zaczęło się nowe życie trenerskie. Nowy klub, nowe środowisko. To nowe życie jest całkiem przyjemne. Pozytywnie mnie przyjęto w Rybniku, myślałem, że będzie gorzej. Jest normalnie, można egzystować poza Polonią i Bytomiem. Wyniki też nie są najgorsze, chociaż zawsze jest jakiś niedosyt.

Dlaczego trener obawiał się zmiany środowiska?

Ja jestem konserwatystą. Każda zmiana to dla mnie wielka niewiadoma, każda taka zmiana, nawet mała, jest dla mnie w pewnym sensie drastyczna i wiąże się z niepewnością. Ale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Można żyć całkiem dobrze w nowym środowisku, a tego się trochę obawiałem.

Skoro trener nie lubi zmian… to wybrał sobie jednak fach, który nie sprzyja stabilizacji.

Zmian nigdy nie będę lubił. Ale obecny przykład pokazuje, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Więc jeżeli coś nie wyjdzie, to mam świadomość specyfiki mojego zawodu. Nic nie jest stałe i jestem w pewnym sensie na przeprowadzki już gotowy.

Praca w Rybniku to w pewnym sensie także nauka dla Jacka Trzeciaka, jako człowieka?

Jasne. Ale dodajemy, że chcę by ta nauka i przygoda tutaj trwała jak najdłużej. Co najmniej tyle, co w Bytomiu.

Aklimatyzacja w Rybniku przebiegła bez żadnych problemów? Wpływ na to miały wyniki, czy może na odwrót – dzięki szybkiej aklimatyzacji pojawiły się też wyniki?

Oczywiście, wyniki mają na to wpływ, jak trener czuje się w danym miejscu. Wiele elementów na to wpływa. W przypadku trenera czy piłkarza wynik determinuje dobrą atmosferę. Zawsze jest też jednak niedosyt, są jakieś niedociągnięcia, nad którymi trzeba pracować. U nas jest podobnie. Malutkimi kroczkami pniemy się jednak delikatnie do góry.

Trener był zaskoczony jakością drużyny, jaką zastał w Rybniku?

Byłem mile zaskoczony, gdy wchodziłem do drużyny po dwóch obserwacjach treningowych. Mecze przeanalizowałem, ale to nie to samo, co patrzeć na zawodników. 2-3 dni poobserwowałem ich z boku, nie trenowałem, tylko patrzyłem z boku, wtedy można dużo zobaczyć. Widziałem potencjał i nie myliłem się. Ten potencjał z każdym meczem się zwiększa. Chłopcy są chętni do pracy, nie marudzą, solidnie i chętnie podchodzą do pracy na treningach. To mnie pcha do przodu i buduje mój optymizm. Druga rzecz, która była pozytywna, to środowisko, z jakiego ci zawodnicy się wywodzą. Większość tych chłopaków jest z regionu. W 60 procentach to zawodnicy z Rybnika. Ci chłopcy będą walczyć o swoje, by druga liga w tym mieście była. Trzecia rzecz to natomiast przyszłość tych chłopaków. Wielu z nich w czerwcu kończą się kontrakty. Przy jakimś niepowodzeniu mogą być roszady w zespole.

ROW wydostał się z samego dołu drugoligowej tabeli. Teraz nadchodzą jednak najtrudniejsze momenty?

Tak, dokładnie, teraz będzie najtrudniej. Coraz mniej meczów do końca sezonu, coraz mniej miejsca na pomyłki. Presja coraz większa. Czasem pozwala ona, gdy drużyna dobrze funkcjonuje, by dodatkowo „coś piłkarskiego” wyzwolić, by strzelić bramkę. Ale z drugiej strony presja może dołować, gdy coś nie idzie. Kończy się jedną, drugą stratą i wtedy presja zamienia się w paraliż. W chłopakach trzeba wyzwolić spokój, luz, tak by mecz nie kończył się po jednej straconej bramce, a dopiero po 90. minucie. My to pokazaliśmy w Siedlcach, gdzie dobrze zagraliśmy z Pogonią. Z dobrą drużyną przegrywaliśmy już 0:2, ale potrafiliśmy wyciągnąć remis.

Zawodnicy ROW-u mają już ten luz, presja im nie przeszkadza?

Ja z punktu szkoleniowego podchodzę do tego tak: jeżeli mecz nie wyjdzie zawodnikom, to nie znaczy, że im się nie chciało. Po prostu mieli słabszy dzień. Chłopcy będą gryźli trawę, ale słabszy dzień też mogą mieć. Na pewno nie będzie to jednak oznaczać minimalizmu czy „tumiwisizmu”.

Trener spogląda czasem na Polonię Bytom?

Oczywiście, jestem na bieżąco z wynikami. Mam kontakt z chłopakami, nic się nie zmieniło. Dzwonimy, rozmawiamy ze sobą, cały czas jest relacja pozytywna. Presja w Bytomiu jest ogromna. Problemy, które zawsze towarzyszyły Polonii, teraz chyba schodzą na dalszy plan. Widać, że klub się odradza organizacyjnie i sportowo, to jest pozytywne. Małymi kroczkami ten klub musi się odbudować. Bo klub piłkarski i trenowanie to nie jest fabryka gwoździ, że można przyjść, założyć zrobienie planu i w 100% go zrealizować. Sport to specyficzna dziedzina życia, biznesu. Trzeba tu czasu, a szybkość nie jest wskazana. Szybkość jest wskazana przy łapaniu pcheł, ale nie przy budowaniu drużyny. Na to potrzeba cierpliwości, a nie działania na hurra, bo wtedy robi się problem. Bo z roku na rok są olbrzymie nadzieje, presja rośnie, a to nic dobrego nie daje. 

Jest to prawda, że jesień ubiegłego roku to dla trenera był taki właściwie deadline. Trener rozważał rezygnację z pracy trenerskiej, nawet wyjazd z kraju, jeżeli by się nie pojawiła żadna oferta?

Odejście z Polonii Bytom po ubiegłym sezonie dość mocno przeżyłem. Zwątpiłem nawet w ludzi, we wszystko co robiłem zacząłem wątpić. Zastanawiałem się czy to wszystko ma sens. Ta cała nauka, kursokonferencje, zaangażowanie… Wtedy w Polonii Bytom niepotrzebnie, ale bardzo mocno zaangażowałem się emocjonalnie. Bardzo później to przeżywałem. Było ciężko. Po jakimś czasie, gdy się pojawiła oferta z Rybnika, wstąpiły we mnie nowe nadzieje, nowe tchnienie. Wiedziałem, że gdybym wtedy zrezygnował, to byłby duży błąd. I wie pan co?

Tak?

Teraz znowu patrzę na wszystko bardzo pozytywnie, ale nie wiem czy ponownie, teraz w Rybniku, nie wpadłem w taki angaż emocjonalny. Bardzo się zżyłem z chłopakami z drużyny, ogólnie z wszystkimi pracownikami klubu. I znowu moje zaangażowanie emocjonalne jest duże.

Może Jacek Trzeciak inaczej nie potrafi?

Może faktycznie tak jest. Być może są ludzie, którzy przychodzą do pracy, na chłodno kalkulują i już na starcie myślą „po co mam z siebie dawać 120 procent, przecież za chwilę mnie wypieprzą.” Ja do tego nigdy tak nie podchodziłem. Mam umowę, ale być może ta umowa będzie podpisana na kolejny rok, na jeszcze jeden i jeszcze. Tak do tego podchodzę, chcę by tak właśnie się to odbywało.

A co z Ruchem Chorzów? Mówiło się, że jesienią trener miał ofertę również z tego klubu.

Może jeszcze ta oferta gdzieś krąży, teraz w Rybniku jest dużo rond, gdzieś może na jednym z nich dalej się kręci (śmiech). Mecz szczególny, bo to jednak derby, poza tym trudna sytuacja obu klubów. Jedni i drudzy chcą się utrzymać. Jedni i drudzy mocno żyją w śląskich realiach, mają liczne sympatie śląskich kibiców. Wielu fanów neutralnych zapewne by chciało, by zarówno Ruch, jak i ROW, się utrzymał. Dla nas to będzie ciężki mecz. Ruch to firma, walka toczy się o utrzymanie, więc nie ma co liczyć na spacerek.

To jak to w końcu było, był trener bliski angażu w Chorzowie?

Czeka nas w sobotę bardzo ciężki mecz (śmiech). 

Zmiana trenera w Chorzowie zapewne wam nie pomaga?

Zdecydowanie nie. Mieliśmy przeanalizowany ten Ruch w 100% i teraz nie wiemy, jak trenerzy Jan Kocian i Darek Fornalak będą to zmieniali. Fornalak zna tę ekipę, prowadził ich jesienią. Na pewno poukłada to po swojemu, dla nas jest to minus.

Święta Wielkanocne na spokojnie, z rodziną?

Nastrój świąt zależy od sobotniego wieczoru, od wyniku meczu Ruch – ROW. Albo będą jajeczka od strusia na śniadanie wielkanocne albo… od liliputa.

Rozmawiał Tadeusz Danisz

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności