Aktualności

[WYWIAD] Damian Kostkowski: Do trzech razy sztuka! Czas zagrać w drugiej lidze

Rozgrywki27.06.2019 
Ten 26-letni dziś stoper trzy sezonu z rzędu awansował do drugiej ligi, ale jeszcze nigdy… w niej nie zagrał. Być może uda się to w końcu teraz. – W Stali organizacyjnie wszystko jest świetnie poukładane i dopięte na ostatni guzik. Zimą mieliśmy aż trzy obozy przygotowawcze. Poza dobrymi piłkarzami i trenerem, który ma pomysł na grę, w sztabie szkoleniowym są nawet dietetyk i trener od przygotowania mentalnego – wylicza Damian Kostkowski, obrońca Stali Rzeszów.

Z Drwęca Nowe Miasto Lubawskie, z Widzewem, a teraz ze Stalą Rzeszów awansowałeś do drugiej ligi. Kiedy w końcu w niej zagrasz?
Mam nadzieję, że w końcu się to uda ze Stalą. W piłce nożnej bywa bardzo różnie, ale zakładam, że tym razem nic już się nie zmieni. Mam jeszcze kontrakt w Rzeszowie i wierzę, że zadebiutuję w drugiej lidze. Jeśli utrzymam formę, to powinienem sprostać wymaganiom.

Dlaczego dotychczas nie udało ci się zadebiutować w drugiej lidze?
Każdy z tych awansów był inny i moja rola w zespole też była różna. Zacznijmy od Drwęcy. To był dziwny klub. Właściwie to już wcześniej wiedziałem, że nie zostanę w tej drużynie. Dopiero później okazało się, że klub nie będzie grał w drugiej lidze, mimo awansu. W Widzewie więcej siedziałem na ławce rezerwowych, niż grałem w podstawowym składzie. W Stali Rzeszów po krótkim okresie wdrażania się w system gry, szybko stałem się podstawowym graczem i dużo bardziej przyczyniłem się do awansu niż w łódzkiej drużynie. Dlatego ten awans smakuje najwyraźniej. Każdy w zespole, czy to piłkarze podstawowego składu, czy zmiennicy, a także sztab szkoleniowy, dołożył cegiełkę do tego sukcesu. Sytuacja w Drwęcy była o tyle odmienna, że właściwie wszyscy zawodnicy wiedzieli, że gramy tylko dla siebie. Choć do ostatniego meczu sezonu łudziliśmy się, że zespół się nie rozpadnie, to jednak najważniejsze było pokazać się i dzięki dobrej grze znaleźć nowy klub. Awans każdemu z nas pomógłby w znalezieniu nowego zespołu i w wielu przypadkach tak się stało. Istnienie Drwęcy zależało od humorów jednego człowieka. Przez prawie trzy lata wszystko było dobrze, ocieraliśmy się o awans, a kiedy udało nam się ten sukces osiągnąć, to postanowił zrezygnować. Miałem wrażenie, że wręcz był zły, że awansowaliśmy.

Trafiłeś do Widzewa i…
…I wyciągnąłem bardzo dużo z pobytu w tym klubie. Nabrałem doświadczenia, zmierzyłem się z ogromną presją na wynik i wielkimi oczekiwaniami. To pozwoliło mi łatwiej odnaleźć się w Stali. Tu nikt głośno nie mówił o awansie do drugiej ligi, ale czuć było, że tego wszyscy by chcieli. Działacze, a także kibice liczyli, że w końcu Stal wyrwie się z ligi regionalne do centralnej.

Z Widzewa odszedłeś świadomie. Czułeś, że nie będziesz miał szans na grę w drugiej lidze?
Widziałem, co się dzieje w zespole i kto przychodzi. Trener Radosław Mroczkowski przyznał, ze szukają stoperów. Z jednej strony mogłem oczywiście zostać i walczyć, ale byłem świadomy, że moje szanse na występy są niewielkie. Bardzo przyjaźnie rozstałem się z Widzewem i nie żałuję każdej chwili tam spędzonej. Choć o jednej na pewno chciałbym zapomnieć, czyli sytuacji z meczu z Ursusem Warszawa, gdy po moim szkolnym błędzie straciliśmy gola. Długo mi to siedziało z tyłu głowy i wciąż o tym nie zapomniałem.



Przejście do Stali Rzeszów było strzałem w dziesiątkę, bo rozegrałeś 31 z 34 meczów.
Dzięki temu tylko przez chwilę żałowałem odejścia z Widzewa. Jak się okazało, w Stali organizacyjnie wszystko też jest świetnie poukładane i dopięte na ostatni guzik. Zimą mieliśmy aż trzy obozy przygotowawcze. W sztabie szkoleniowym są nawet dietetyk i trener od przygotowania mentalnego. Od Widzewa różni ten klub tylko liczba kibiców na trybunach. Co bardzo ważne, w Stali mamy swój styl i powtarzalność. Trener Janusz Niedźwiedź wpoił nam system gry i nawet jak czasem nie wygrywaliśmy, to nadal się jego trzymaliśmy. Bardzo się rozwinąłem jako piłkarz przez ten sezon w Stali.

Wiele mówi się, że w Widzewie część piłkarzy nie radziła sobie z presją. A jak to było w Rzeszowie?
W Stali to raczej sami piłkarze narzucaliśmy sobie presję awansu. Nikt z zewnątrz nie przychodził do szatni i nie mówił, że musimy teraz wejść do drugiej ligi. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, jakie są nakłady finansowe na klub i chcieliśmy osiągnąć sukces. Ze strony kibiców zwykle był pozytywny doping. Może w końcówce jak trochę zaczął nam się awans wymykać, kilka razy było ostrzej na trybunach. Ze strony zarządu nie było nerwowych ruchów wobec trenera czy zawodników. Kiedy byłem w Widzewie, niepotrzebnie czytałem komentarze w internecie. Nie do końca radziłem sobie z negatywnymi opiniami anonimowych ludzi. Ciągłe domysły, plotki, że ktoś przychodzi na moje miejsce na pewno nie pomagały. W moim przypadku nie było tak, że jednym uchem wpuściłem, a drugim wypuściłem. Z tyłu głowy mi to siedziało. W Widzewie zainteresowanie było naprawdę duże. Kilkanaście tysięcy kibiców na trybunach, trzy strony internetowe, mnóstwo komentarzy, często bardzo niepochlebnych. Nauczyłem się, by już ich nie czytać, bo to w niczym nie pomaga.

W sezonie 2017/2018 Widzew, by awansować, musiał wygrać w ostatniej kolejce z Sokołem Ostróda. Tak samo było teraz ze Stalą Rzeszów – tylko wygrana z Podhalem Nowy Targ dawała awans. Co działo się w szatni?
W Widzewie nie czułem wielkiej nerwowości. Ten ostatni tydzień właściwie wypadł mi z głowy. Może też dlatego, że nie byłem podstawowym zawodnikiem. Wiedzieliśmy, że rywala trzeba szanować, ale nie można się przestraszyć. Emocje czułem na pewno mniejsze niż zawodnicy pierwszego składu. Teraz w Rzeszowie wiedziałem, że będę grać. Mieliśmy za plecami wsparcie kibiców, choć może jest ich cztery razy mniej niż na Widzewie, to atmosfera też była wyjątkowa. Wiedziałem, że muszę się przed tym decydującym meczem wyciszyć, by emocje nie wzięły góry. Mamy pomysł na grę, dobrych zawodników i nie baliśmy się rywala, choć Podhale w tym sezonie zaskoczyło swoją postawą wszystkich.

Niewiele brakowało, by ten mecz nie miał znaczenia. Dopiero zwycięstwo Motoru Lublin nad Podhalem otworzyło wam szansę na awans.
Trener Niedźwiedź w poprzednim sezonie pracował właśnie w Nowym Targu. Po jego odejściu Podhale dalej gra tym systemem, który wprowadził. Na dodatek tam nie było presji awansu, przychodzi niewielu kibiców i zawodnicy grali przede wszystkim dla siebie. Rzeczywiście, gdyby nie wygrana Motoru, to Podhale by awansowało.

Rozmawiał Robert Cisek

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności