Aktualności

[WYWIAD] Adam Topolski: Mam nadzieję, że jeszcze wychowam reprezentanta Polski

Rozgrywki05.05.2020 
Błękitni Stargard to dla Adama Topolskiego 23. zespół w trenerskiej karierze, a w zawodzie pracuje od 1988 roku. – Mam drużynę złożoną z bardzo młodych zawodników, którzy chcą się wypromować i zagrać w wyższej lidze. W tym sezonie najbardziej żałuję porażki 1:2 ze Stalą Mielec w Totolotek Pucharze Polski, bo nie byliśmy gorszą drużyną. Cóż, sen, że zagram w finale na PGE Narodowym musi jeszcze poczekać – mówi 69-letni szkoleniowiec.

W drugiej lidze, podobnie jak w pierwszej lidze czy w ekstraklasie, rozpoczęliście treningi grupowe?

Tak, tylko ja na razie trzymam się z dala z powodu kłopotów z sercem. Mam wszczepiony kardiowerter, takie urządzenie, które w razie problemów przywraca jego właściwy rytm. W związku z epidemią lekarze zalecają, by w przypadku takich schorzeń unikać ryzyka. Czuję się dobrze i jeszcze nieraz kopnę piłkę. Zamierzam wrócić do pracy w czerwcu, a na razie moja prawa ręka, czyli Jarosław Piskorz prowadzi zajęcia. Dostaje ode mnie plan tygodniowy i miesięczny. Jesteśmy w kontakcie i wszystko realizuje zgodnie z wytycznymi. Najpierw zdrowie, a potem emocje. Od poniedziałku zawodnicy trenują zgodnie z zaleceniami, a więc po sześciu plus szkoleniowiec. Piskorzowi pomaga jeszcze jeden trener i ćwiczyły dwie grupy naraz. A potem przyjeżdżały kolejne.

Taka sytuacja nie jest łatwa?

W drugiej lidze, a do tego w takim klubie jak Błękitni, to trochę prowizorka. Mamy mały budżet, około 1,5 miliona złotych. Na wiele spraw nie możemy sobie pozwolić. Nie ma mowy o monitorowaniu piłkarzy czy pełnej izolacji. Przecież nie zmuszę ich, by każdy przyjeżdżał innym samochodem, bo nie każdy go ma. Co innego w ekstraklasie, gdzie są pieniądze, a w większości klubów też warunki, by przestrzegać zaleceń. My tu wykonujemy pracę chałupniczą. Nie mamy obiektu na odpowiednim poziomie. Z trudem dostajemy licencję na grę w drugiej lidze. Uważam, że przede wszystkim rozgrywki powinna dokończyć ekstraklasa, bo tam wchodzą w grę duże pieniądze.

Przyszedł pan jednak do Błękitnych w czerwcu 2018 roku i jest do tej pory.

Kiedy podjąłem się tej pracy, było tylko pięciu zawodników z kadry z sezonu 2017/2018. Z prezesem Robertem Gajdą zaczęliśmy tworzyć zespół niemal od podstaw. Mieliśmy w większości zawodników trzecioligowych i kilku z drugiej ligi. Postawiliśmy na pracę z nimi. Ściągnęliśmy trochę młodzieży i trafiliśmy na utalentowanych graczy. Daliśmy im możliwość rozwoju. Teraz po dwóch latach to przyjemność prowadzić ten zespół. Gdyby była lepsza baza, lepszy stadion, to i chęci walki o pierwszą liga byłyby większe. W mieście nie ma parcia, byśmy bili się o awans, choć do miejsca barażowego tracimy tylko dwa punkty. Nie ma na to pieniędzy i wolą mieć zespół w środku tabeli drugiej ligi. A ja chcę dać tym młodym ludziom grać. W drużynie mam zawodników, którzy chcą wejść na wyższy poziom i wiedzą, że tu mogą się wypromować. Podchodzą bardzo solidnie do obowiązków, choć zarabiają niewiele. Niektórzy grają nawet za 200 złotych, a najwięcej za 3,5 tysiąca. A my nikomu nie robimy problemów, jeśli dostaję ofertę lepsza finansowo. Zimą choćby Piotr Kurbiel odszedł do GKS Katowice, a Oskar Nowak do Wigier Suwałki.



W poprzednim sezonie do końca broniliście się przed spadkiem, teraz zajmujecie wysokie siódme miejsce. To właśnie efekt spokojnej pracy przez prawe dwa lata?

Od 50 lat jestem w piłce, a od ponad 30 lat jako szkoleniowiec. Doświadczenie mam więc niesamowite i poradzę sobie, byleby zdrowie dopisywało. Gramy ciekawą piłkę jak na te warunki i budżet, który mamy w Błękitnych. Poza bramkarzem, najstarszy zawodnik ma 27 lat, a reszta to piłkarze urodzeni w 1996 roku i młodsi. W Pucharze Polski z Wisłą Kraków w obronie grało czterech młodzieżowców i awansowaliśmy. Jako piłkarz nigdy nie bałem się rywali i jako trener jest tak samo. Mam wielu młodych zawodników i przy okazji liczymy, że trochę na nich zarobimy, by w ten sposób wspomóc budżet. Przez te dwa lata najbardziej poprawiliśmy nie tyle umiejętności, co myślenie. Chyba mam dar do przekonywania do pracy, bo naprawdę potrafili świetnie grać.

I nawet udało się w Totolotek Pucharze Polski pokonać wyżej notowane zespoły. Powtórki z 2015 roku, kiedy Błękitni Stargard dotarli do półfinału jednak nie było.

Wygraliśmy z Wisłą Kraków i Sandecją Nowy Sącz. Żałuję meczu ze Stalą Mielec, który przegraliśmy 1:2. Bramkarz rywali bronił jednak świetnie. Zabrakło nam szczęścia do awansu i znów byśmy grali z Lechem Poznań. I nie bylibyśmy wcale na straconej pozycji. Sen, że zagram na PGE Narodowym w finale Totolotek Pucharu Polski musi jeszcze poczekać.



Poleciłby pan kogoś ze swoich podopiecznych do wyższej ligi?

Wymieniłbym pięciu, szczęściu, ale nie chciałbym ich forować, bo kocham ich wszystkich. Jak wspominałem mam bardzo młodą obronę. Jest Paweł Łysiak w ataku, który jednak za długo był w trzeciej lidze, a to bardzo fajny chłopak. Prawoskrzydłowy Paweł Sanocki nie boi się grać jeden na jeden i całkiem nieźle mu to wychodzi. Hubert Krawczun niedawno do nas przyszedł i robi postępy. Staram się ich przekonać, by słuchali trenera. Ja kiedyś miałem takiego w Legii – Jaroslava Vejvodę. Był dla mnie szkoleniowcem, lekarzem i psychologiem. Więcej nie potrzebowałem i teraz staram się dla nich być pomocny.

Wspomina pan o wychowywaniu piłkarzy. Trenerem w klubach w ekstraklasy był pan od 1991 roku przez ponad 10 lat. Potem prowadził pan drużyny od czwartej ligi wzwyż. Kogo udało się panu wypatrzeć lub wychować?

W 1992 roku ściągnąłem do Sokoła Pniewy Krzysztofa Nowaka, który był w trzeciej lidze w Ursusie Warszawa. To tam zadebiutował w pierwszej lidze, a potem zrobił karierę w Bundeslidze i grał w reprezentacji. W Sokole królem strzelców został Zenona Burzawa, którego odkurzyłem, a Piotr Tyszkiewicz z tego klubu wyjechał do VfL Wolfsburg. Tomasza Kosa do tej drużyny wyciągnąłem z A–Klasy z Olimpii Koło. Mariusz Lewandowski zadebiutował u mnie, kiedy prowadziłem Zagłębie Lubin w wieku 17 lat. Jak przyszedłem do Lecha Poznań, to Żurawski grał na prawym skrzydle. Przestawiłem go do środka i tam z Piotrem Reissem rozwalali rywali. Mieliśmy dziewięć zwycięstw z rzędu. Do tej pory to chyba rekord klubu. Kolejny to Paweł Kaczorowski, którego zobaczyłem w Pogoni Zduńska Wola i wziąłem do KSZO Ostrowiec. Potem grał między innymi w Lechu, Polonii, Ruchu, a nawet w reprezentacji. To u mnie 18-letni Michał Goliński debiutował w Lechu, a Maciej Scherfchen zaczął grać w podstawowym składzie. Mariusz Jop miał 19 lat jak został graczem pierwsze jedenastki w KSZO i poleciłem go do reprezentacji młodzieżowej. W Zawiszy Bydgoszcz postawiłem w końcówce sezonu na Arkadiusza Onyszkę i pojechał na Igrzyska Olimpijskie, na których Polska zdobyła srebrny medal. Mógłbym jeszcze ich wymieniać jak choćby Jarosław Krzyżanowski, Marcin Adamski czy Dariusz Sztylka w Zagłębiu. Wahan Geworgian w Petro Płock. O, kiedyś też pojechałem na mecz Pucharu Polski z Wigrami Suwałki, gdzie wypatrzyłem Kamila Szarneckiego i Andrzeja Szyszkę. I zagrali w najwyższej lidze w Płocku, ale potem już zabrakło szczęścia, by się w niej zadomowić. Wychodzi na to, że się chwalę, ale proszę zapytać tych wszystkich piłkarzy, czy nie miałem wpływu na ich kariery. Mam prawie 69 lat, ale wierzę, że jeszcze wychowam kolejnego reprezentanta Polski.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności