Aktualności

W Widzewie Bartłomiej Poczobut nie chce zbierać żółtych kartek

Rozgrywki20.08.2019 
W poprzednich rozgrywkach sędziowie pokazali Bartłomiejowi Poczobutowi aż 17 kartek. W tym sezonie, jak na razie, dopiero jedną. 26-letni pomocnik wierzy, że tym razem nie będzie osłabiał nowej drużyny i pomoże Widzewowi w awansie do I ligi. – Stylu gry nie zmieniłem, ale zacząłem mocniej pracować nad sobą i są efekty – twierdzi Poczobut. – Widzew? Trudno przejść obok tego klubu obojętnie – dodaje.

W poprzednim sezonie dostał pan 15 żółtych kartek i dwie czerwone, dwa lata wcześniej 11. Za nami dopiero cztery kolejki nowych rozgrywek, a na razie tylko raz został pan upomniany na koncie. Zmiana na korzyść?
Rzeczywiście, za dużo ich bywało w poprzednich sezonach. Choć nie zawsze były zasłużone. Sędziowie zbyt pochopnie je wyciągali. Zdarzało się, że już po pierwszym ostrzejszym faulu dostawałem żółtą kartkę. Chyba trochę przypięli mi łatkę, że gram za ostro. Często już przed meczami tylko mnie ostrzegali, bym uważał, bo będą zwracać na mnie szczególną uwagę. Nie jest niczym przyjemnym bycie na cenzurowanym. Miałem odczucie, że skoro mam na koncie już tyle żółtych kartek, sędziom łatwiej przychodzi pokazywanie kolejnych.

Co się zmieniło w pańskiej grze?
Przede wszystkim zacząłem mocniej pracować nad sobą. Dostawałem kartki, bo zbyt późno reagowałem na boisku. Byłem spóźniony. Dlatego chciałem poprawić dynamikę, by czysto odbierać piłkę. Wydaje mi się, że treningi i wysiłek w to włożony zaczynają dawać efekty. Szybciej doskakuję do rywala i nie pozwalam mu uciec. Mam nadzieję, że już nie będzie okazji, by wypytywać mnie o tak dużą liczbę kartek. Nie jest też tak, że jakoś mocno zmieniłem styl grania. Dalej tak samo walczę i staram się odbierać piłkę, ale próbuję nie przekraczać zbyt często przepisów. Nie jest też tak, że podczas meczu specjalnie myślę o tym, by nie dostać żółtej kartki.

Pod względem kartek w poprzednim sezonie był pan niestety rekordzistą I ligi.
To żaden powód do dumy. Dostawało mi się za to również w klubie. Wiadomo, że im większa liczba upomnień, tym większa strata dla drużyny. W poprzednim sezonie już jesienią nazbierałem tyle żółtych kartek, że pauzowałem cztery razy. Wiosną było z tym trochę lepiej, ale rzeczywiście zbyt często osłabiłem zespół. W drugiej rundzie dostałem tylko trzy kartki, co w porównaniu z 15. w rundzie jesiennej pokazuje, że praca nad sobą zaczęła przynosić efekty.



W przerwie letniej zdecydował się pan odejść do Widzewa. Długo się pan zastanawiał?
Nie, szybko podjąłem decyzję. Miałem też kilka propozycji z I ligi, ale od razu chciałem przyjść do tej drużyny. Zdaję sobie sprawę, że trafiłem do klubu z ogromnymi tradycjami. Oglądałem i czytałem o tym, co się dzieje w Widzewie. Trudno przejść obok tego klubu obojętnie, gdy tylu kibiców kupuje karnety, a trybuny co mecz są pełne. Rozmawiałem też z kilkoma znajomymi, na przykład z Maćkiem Kazimierowiczem, już byłym piłkarzem tego klubu, który również przekonywał, że warto tu przyjść. Ta znajomość trwa od dawna, bo graliśmy razem jeszcze w juniorach Bałtyku Koszalin. Bardzo polecał mi Widzew. W szatni miałem od razu kilku znajomych, między innymi Daniela Tanżynę, dlatego nie miałem żadnych problemów z aklimatyzacją. W zespole jest kilku piłkarzy z ogromnym doświadczeniem, jak choćby Marcin Robak, od których można się sporo nauczyć.

Ma pan za sobą pierwszy mecz na Widzewie, na stadionie wypełnionym po brzegi. Chyba wcześniej nie zdarzyło się panu grać przy takiej publiczności.
Rzeczywiście, przy takiej atmosferze jeszcze nigdy nie grałem. Nawet jak w Pucharze Polski mierzyłem się z Lechem w Poznaniu czy z Legią w Warszawie, to takiego klimatu nie było. Na Widzewie stadion jest pełny i przy 17 tysiącach kibiców można mieć ciarki na plecach. Tak właśnie było, kiedy w piątek wychodziłem pierwszy raz na boisko przy al. Piłsudskiego. Dla takiej publiczności warto grać i walczyć. Internet czy telewizja nie oddają tego, co czuje się tam na żywo, zwłaszcza za pierwszym razem. Byłem w szoku i tego dnia długo nie mogłem zasnąć.



Kilkanaście tysięcy ludzi na trybunach, piękny nowy stadion, wielkie oczekiwania kibiców, by krok po kroku wrócić do ekstraklasy. Nie wszyscy piłkarze sobie z tym radzili.
Rzeczywiście ciśnienie jest tu duże. Ludzie są zwariowani na punkcie Widzewa. Wiele osób angażuje się w pomoc klubowi, bo chcą, by wrócił do czasów świetności. A presja? Bardzo nie lubię tego słowa. Piłkarz gra po to, by przyciągać na stadion jak najwięcej kibiców i po to, by być w wielkich klubach. Jeśli sobie z tym nie radzi, to piłka nożna nie jest dla niego.

Celem Widzewa jest awans. Taki sam jednak był w poprzednim sezonie. Po czterech kolejkach macie siedem punktów, a styl nikogo nie zachwyca.
W kadrze zespołu zaszło bardzo dużo zmian. Tak naprawdę dopiero się poznajemy, powoli zgrywamy, dlatego te sześć punktów w trzech meczach to niezły rezultat. Nie gramy jeszcze tak, jak wszyscy w Widzewie, by tego oczekiwali, ale mam nadzieję, że z treningu na trening nasza forma będzie rosła.

Rozmawiał Robert Cisek

Fot: 400mm.pl

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności