Aktualności

[II LIGA] Powrót do przeszłości Damiana Szuprytowskiego

Rozgrywki16.08.2019 
Gdzie jak gdzie, ale najlepiej Damian Szuprytowski czuje się w Elblągu. To tutaj ustanowił swój rekord bramkowy w sezonie, a były trener zmienił mu pozycję, przez co ma dziś dużo większe możliwości wykazania się w polu karnym przeciwnika. Początek tego sezonu należy do napastnika Olimpii. – Ostatni raz taki start zaliczyłem chyba w juniorach – stwierdza 30-latek.

Olimpia Elbląg rzutem na taśmę zapewniła sobie utrzymanie w II lidze. O jej pozostaniu na tym szczeblu rozgrywkowym przesądził wygrany mecz z Elaną Toruń w 34. kolejce poprzedniego sezonu. To, że ekipa z Elbląga nadal występują na szczeblu centralnym, jest zasługą trenera Adama Noconia. Pod jego wodzą zespół odbił się od dna. Szkoleniowiec pozostał w klubie, ku uciesze wszystkich związanych z Olimpią. Takie rozwiązanie wyszło bowiem na dobrej całej Olimpii, co ma odzwierciedlenie w tabeli.

Odpłaca się golami

Olimpia jest na czele stawki, a jej najlepszy strzelec – Damian Szuprytowski – razem z Karolem Czubakiem (Bytovia Bytów) oraz Przemysławem Kitą (Widzew Łódź) – z trzema trafieniami współlideruje klasyfikacji najlepszych strzelców II ligi. To na przykładzie Szuprytowskiego najlepiej widać, na czym polega przewrotność piłki. – Rok temu nie było mnie jeszcze w Elblągu, ponieważ  grałem w Radomiaku Radom, jednak z uwagą śledziłem jak radzi sobie Olimpia. Zaliczyli wtedy fatalny start, z jedenastu meczów przegrali dziewięć. Taki początek długo odbijał się czkawką, trzeba było w trybie pilnym ratować sezon. Utrzymaliśmy się w dramatycznych okolicznościach. Nowy sezon przyniósł nowe nadzieje i sporo zmian w składzie. Przyszło do nas kilku piłkarzy z ciekawym CV i po trzech kolejkach jesteśmy sprawcami niespodzianki, gdyż otwieramy tabelę. Twardo jednak stąpamy po ziemi, to przecież dopiero początek – mówi Łączy Nas Piłka Szuprytowski.

On sam rundy wiosennej w barwach elbląskiej drużyny nie zaliczy do udanych. Choć wystąpił w 13 pojedynkach to nie zdołał wpisać się na listę strzelców. Jesienią, kiedy był piłkarzem Radomiaka, zdobył pięć bramek (cztery w lidze, jedną w Pucharze Polski). – Przyszedłem do Olimpii, nie przepracowując z nią okresu przygotowawczego. Myślami byłem gdzieś indziej. Zastanawiałem się, jakie są powody tego, że Radomiak pozbył się mnie tak łatwo. Trener Nocoń powiedział wówczas, że przyjechałem przygnieciony psychicznie. Były duże oczekiwania wobec mnie, tymczasem na wiosnę nie prezentowałem się dobrze. Na szczęście po sezonie prezes Olimpii i trener zapewniali, że jeśli tylko będę miał kartę na ręku, to widzą dla mnie miejsce w klubie. Radomiak dał zielone światło, przystąpiłem więc do rozmów z Olimpią. Trener Nocoń liczy na mnie, muszę mu się za to odpłacić – przekonuje piłkarz.

Szuprytowaki odpłaca się najlepiej, jak może. W lidze strzelił trzy gole, jedno trafienie dołożył także w meczu z ROW-em Rybnik w rundzie wstępnej Pucharze Polski. Zdobył zwycięską bramkę w tej rywalizacji. – Chyba ostatni raz taki start zaliczyłem w piłce juniorskiej... Nie jest tajemnicą, że ofensywnych zawodników rozlicza się z goli i asyst, na razie mój bilans zysków i strat broni mnie. Trzeba dalej robić swoje. Na pewno nie osiągnąłbym tego wyniku bez wsparcia kolegów z drużyny – jasno stawia sprawę czołowy strzelec II ligi.



Adam Boros dostrzegł w nim potencjał pod bramką

Gra w Elblągu ewidentnie służy piłkarzowi. W sezonie 2017/2018 ustanowił swój rekord bramkowy, zaliczając osiem trafień w barwach Olimpii i to w jednej rundzie. Drugą część sezonu spędził już w Radomiaku. – Szkoda, że w Radomiu mi się nie powiodło. Nie patrzę jednak wstecz, cieszę się, że na możliwość gry w Olimpii. To mój szósty rok występów w klubach elbląskich – przypomina. – Dużo zawdzięczam byłemu trenerowi Concordii, a potem Olimpii, Adamowi Borosowi. Spod jego skrzydeł wypłynąłem do Radomiaka. Zmienił mi pozycję: przeszedłem z lewego skrzydła do ataku. Zacząłem strzelać gole, co zaowocowało transferem – dodaje.

Adam Boros, trener II-ligowej wtedy Concordii, wyciągnął rękę do Szuprytowskiego, gdy ten odbił się od ściany w Lechii Gdańsk. W tamtym czasie grał w rezerwach biało-zielonych, bez większych szans na pierwszy zespół. Miał prawie 23 lata, za sobą cztery spotkania w ekstraklasie. Tylko cztery, biorąc pod uwagę czas, jaki spędził w gdańskim klubie, w którym trenował już jako junior.

Zły czas, złe miejsce

– Każdy, kto zaczyna profesjonalną grę w piłkę, marzy o występach w ekstraklasie. Z jednej strony nie dostałem zbyt wielu szans, z drugiej jest w tym sporo mojej winy. Futbol nie znosi próżni. Dziś młodzież ma w klubach wszystko podane na tacy. Mają styczność z trenerami mentalnymi, jest większa świadomość diety, podejścia do zajęć. Przepis o przymusowej grze młodzieżowca też pomaga. Młodzież ma dużo lepsze perspektywy niż za moich czasów. Kiedy byłem w Lechii, walczyła o życie w lidze. Trener Tomasz Kafarski nie stawiał na młodych zawodników, chcieli za wszelką cenę się utrzymać. Była za to Młoda Ekstraklasa. Te rozgrywki miały być przedsionkiem dla tych, którzy nie dostają szansy w prawdziwej ekstraklasie. Dlaczego mi się nie udało? Nie miałem odpowiednich umiejętności, zabrakło również piłkarskiego szczęścia. Nie mam co narzekać, płakać, tylko dalej ciężko pracować. Mam 30 lat, póki co nic nie zwiastuję, że jeszcze kiedyś wrócę do ekstraklasy – stwierdza Szuprytowski.

Dlatego cieszy się podwójnie, że jest klub, w którym ma okazję wykazać się bardziej niż gdzie indziej. I pracuje ze szkoleniowcem, który potrafi wydobyć jego potencjał. – Trener Nocoń tak to ułożył, żebyśmy w przodzie często się rotowali. Nie jesteśmy przywiązani do jednej pozycji, co utrudnia zadanie przeciwnikowi. Ciężko nas przez to rozszyfrować. To działa na plus. Koledzy mogą dogrywać piłki, a ja wykańczać ataki. Najważniejsze, że mogę to robić z czystą głową – podsumowuje 30-latek.

Piotr Wiśniewski

Fot: 400mm.pl

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności