Aktualności

[WYWIAD] Łukasz Sekulski grał na krańcu świata, a teraz wrócił do kraju

Rozgrywki01.02.2019 
Łukasz Sekulski wyjechał 10 tysięcy kilometrów, by grać w piłkę na wschodzie Rosji. – Wyjazd do Chabarowska, to było pozytywne szaleństwo, ale nie każdy może wybiec na San Siro czy Old Trafford. Mnie udało się wystąpić przeciwko Spartakowi czy Torpedo Moskwa i grałem w szóstej lidze Europy – mówi Łukasz Sekulski, obecnie napastnik ŁKS Łódź. – Mam nadzieję, że teraz w Łodzi znalazłem spokojną przystań. Po rundzie jesiennej pojawiła się szansa awansu, więc spróbujemy z niej skorzystać – zapewnia w rozmowie z Łączy Nas Piłka.

Kiedy sprawdziłem, gdzie leży Chabarowsk, to od razu stwierdziłem, że dla polskiego piłkarza takie miejsce jest chyba na końcu świata.
Gdy koledzy z Jagielloni Białystok zobaczyli dokąd jadę, to śmiali się, że dalej już się nie dało. Wyjechałem 10 tysięcy kilometrów od domu. I rzeczywiście to jedno z najdalszych miejsc, gdzie jest jeszcze piłka na poziomie.

Co pana podkusiło, aby lecieć nie tylko tak daleko, ale jeszcze do ostatniej drużyny ligi rosyjskiej?
Nie każdemu jest dane zagrać na San Siro czy Old Trafford. Uznałem, że to dla mnie szansa, aby wystąpić choćby w Moskwie przeciwko Spartakowi czy Torpedo. To też markowe zespoły, a o samych klubach spokojnie można powiedzieć, że są sławne. W porównaniu z polskimi drużynami to potęgi. Mogłem się pokazać w rosyjskiej ekstraklasie, choć tylko w dziewięciu spotkaniach, bo tyle zostało w rundzie wiosennej, jak przeniosłem się do Chabarowska, ze względu na mistrzostwa świata. Przeszedłem do drużyny, której spadek był niemal przesądzony. Była jeszcze nadzieja, ale musieliśmy wygrać dwa pierwsze mecze. Niestety to się nie udało. Trzeba też wziąć pod uwagę, że z ligi notowanej w trzeciej dziesiątce rankingu UEFA trafiłem do ostatniej drużyny, ale szóstej ligi Europy. Nie ukrywam też, że był to krok związany z finansami. Na koniec świata nie jedzie się tylko po to, aby poznać inną kulturę i pozwiedzać.

Dostał pan ofertę, spojrzał na mapę i nie złapał się za głowę? To przecież dalej niż Syberia.
Syberia to była dopiero połowa drogi. Jak wracaliśmy z Nowosybirska, to wiedzieliśmy, że czeka nas jeszcze pięć godzin lotu. Bardzo chciałem się sprawdzić w klubie zagranicznym. Od różnych menedżerów dostawałem prośby o wystawienie pełnomocnictw, ale zwykle nic z tego nie wynikało. Niby były oferty z Rumunii, Cypru, Grecji i podobnych poziomem lig, ale na przykład w Jagiellonii nie wyrażano zgody na moje odejście. Sytuacja zmieniła się, gdy do zespołu dołączył Roman Bezjak. Wtedy dostałem zielone światło, ale było już dość późno. Byliśmy po obozie, tuż przed rundą wiosenną. Kadry zespołów w Polsce i większości w Europie były pozamykane. Pamiętam, że oferta – bardzo dla mnie niespodziewana – przyszła 22 lutego. Nie dowierzałem, ale kiedy działacze z Chabarowska przeszli od słów do czynów, wiceprezes Jagiellonii Agnieszka Syczewska spytała, czy biorę tę propozycję na poważnie, więc odpowiedziałem, że tak. Do zamknięcia okna transferowego były właściwie godziny, więc telefony rozgrzały się i co chwila przychodziły e-maile. Z uwagi na strefy czasowe, musieliśmy dopiąć transfer do godziny 15 czasu polskiego. Zadzwoniłem do żony, mamy i przyjaciela, aby się skonsultować i podjąłem decyzję. I nie żałuję, bo choć oczywiście mogło być lepiej sportowo, to było pozytywne szaleństwo.



Ile trwała pierwsza podróż do Chabarowska?
Dwie godziny do Moskwy, przesiadka, trzy godziny czekania i kolejne osiem w powietrzu. Nie było szansy przylecieć na weekend do domu. W trakcie pobytu w Rosji dwa razy byłem w Polsce. Raz udało się skoczyć do kraju ze zgrupowania w Turcji, aby przedłużyć wizę. Kolejny raz przyleciałem do Polski między sezonami. Potem byłem w Rosji pół roku. Oczywiście bardzo tęskniłem za rodziną, ale udało się raz przylecieć do mnie żonie z dzieckiem.

Jakie żyło się w Chabarowsku?
Lato jest tam piękne, ciepło około 25-30 stopni Celsjusza. Jak ktoś ma 4-5 tysięcy złotych na bilet i lubi poznawać miejsca mniej turystyczne, to zachęcam, by tu przylecieć. Jest tu około 300 dni słonecznych w roku. Zimą, mimo że słońce świeci, to jest srogi mróz, taka nawet do minus 25-30 stopni. Na szczęście liga kończy się w listopadzie, a terminarz jest układany tak, aby pod koniec sezonu raczej grać bliżej Europy.

Jak wyglądała logistyka? Graliście na przykład trzy mecze z rzędu w Moskwie ze Spartakiem, Torpedo i Dinamem, aby tyle nie latać?
No właśnie nie. Wcześniej ponoć tak bywało i kluby szły na takie ustępstwa. W przypadku Chabarowska, woleli pozbyć się najbiedniejszego zespołu ligi, do którego na dodatek trzeba było latać bardzo daleko. Można było wyczuć, że najlepiej, aby to był pierwszy i ostatni sezon tego klubu w ekstraklasie. Lataliśmy z przesiadkami, zmienialiśmy strefy czasowe. To był naprawdę twardy kawałek chleba. Jestem jednak zadowolony, bo poznałem kawał świata, trochę zarobiłem, zobaczyłem inne spojrzenia na piłkę i nauczyłem się języka rosyjskiego.



Coś szczególnie pana zaskoczyło w Chabarowsku?
Nie było większego zaskoczenia. Mentalność ludzi jest tam trochę inna. Są dla siebie bardzo życzliwi, gościnni i przyjaźni. To w Polsce niestety często zanika. Jeśli chodzi o architekturę, to rzeczywiście widać zacofanie. Tak ze 20 lat do tyłu. Ale z drugiej strony w Chabarowsku stoi pełno żurawi, budują tam teraz na potęgę. Często obchodziliśmy też różne rocznice. Zdarzało się, że w dniu meczu jechaliśmy pod pomnik, by uczcić jubileusz. Nawet dzień milicjanta specjalnie świętowaliśmy. To bardzo ważne dla tych ludzi. W drużynie nie miałem problemów z aklimatyzacją. Oczywiście żartów w szatni nie brakowało. Śmiali się: „A to ty jesteś z Europy, z Eurosojuza”, czyli z Unii Europejskiej. Miałem oczywiście obawy, jak mnie przyjmą, ale nie było ku temu powodów. Zachowywałem się normalnie, nie gwiazdorzyłem, więc oni też szybko się do mnie przekonali. Po prostu liczy się człowiek, a nie stereotypy.

Zdarza się, że rosyjskie kluby, zwłaszcza, gdy spadają z ligi, mają problemy z wypłacalnością.
Tu nic takiego nie miało miejsca. Rzeczywiście jednak słyszeliśmy, że inne kluby, głównie z drugiej ligi, miały zaległości wobec piłkarzy sięgające nawet grubo ponad pół roku. W Chabarowsku 10. każdego miesiąca to była świętość i zawsze dostawaliśmy wypłaty. Ten klub utrzymuje region, czyli Kraj Chabarowski, coś w rodzaju naszego województwa. Na wschodzie Rosji są trzy duże miasta, ale najważniejszy jest właśnie Chabarowsk. To jest stolica tej części kraju, a nie Władywostok, jak myślałem.



Graliście na stadionie imieniem Lenina.
Tak rzeczywiście się nazywa ten obiekt. Polak na stadionie Lenina. To jednak tylko nazwa, a gorsze było to, że tam była sztuczna murawa. To dla mnie nie było dobre. Organizm nie chciał się do tego przyzwyczaić, odzywały się ścięgna Achillesa, kolana czy kręgosłup. Nie dałbym rady dłużej tam grać. To był jeden z powodów, dla których chciałem wrócić do Polski.

A jakie były inne?
Tęsknota za rodziną. Mam trzyletnią córkę i żadne pieniądze nie nadrobią straconego czasu. Ten, kto ma takiego malucha, doskonale wie, o czym mówię. Nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze, a na pewno nie uśmiech dziecka, czy jak coś zrobi po raz pierwszy. Wolałem zarabiać mniej, ale być blisko rodziny. Dogadałem się z działaczami Chabarowska, aby zgodzili się na moje badania w ŁKS. Powiedzieli, że jeśli mi się nie uda, to mogę wrócić. W Chabarowsku nie porzucili planów i chcą wrócić do ekstraklasy. W poprzednim sezonie nam się to nie udało. Początek miałem stracony przez kontuzję, potem strzeliłem trzy gole, miałem kilka asyst, ale się nie udało. Wciąż w klubie mają jednak budżet, który im pozwala walczyć o awans.



Czym przekonał pana ŁKS?
Zaproponował kontrakt na 3,5 roku, co – mam nadzieję – pozwoli mi się ustatkować. Poza tym prezes oraz dyrektor sportowy z trenerem przedstawili plan rozwoju klubu i długofalową wizję zespołu. Przekonywali, że ŁKS jest w trakcie odbudowy i chce wrócić do czasów ekstraklasy.

Po rundzie jesiennej łodzianie są na czwartym miejscu z niewielką stratą do pozycji dającej awans. Klub na razie nie ma jednak odpowiedniej infrastruktury, aby ewentualnie w niej zagrać.
Zawodnicy zrobili małą niespodziankę, bo osiągnęli jesienią świetny wynik. Pojawiła się szansa awansu, więc czemu z niej zrezygnować bez walki? Zamierzamy sprawić pozytywny ból głowy zarówno działaczom, jak i miastu. Jako piłkarze jesteśmy stworzeni do grania i nie będziemy się zastanawiać, czy mamy odpowiednie boisko czy oświetlenie. Nikt nam oczywiście nie przystawia pistoletu do skroni, że musi być awans. Każdy z nas wie, że taki sukces pomoże zarówno w rozwoju klubu, jak i naszych karier. Zdajemy sobie sprawę, że wiosna będzie trudniejsza, bo już nie będziemy postrzegani jako beniaminek, ale kandydat do awansu. Miejsca są tylko dwa, a podobno jedno już zaklepane dla Rakowa. Jak to jednak w Polsce bywa, liga będzie nieprzewidywalna.

Początek jest dla pana niezły – w jednym sparingu asysta, a w drugim gol.
To oczywiście cieszy, ale to tylko mecze kontrolne. Oby skuteczność była w meczach o punkty. Gole na pewno pomagają w budowaniu pewności siebie i dają spokój w głowie napastnika.

Trafił pan też na trenera, który woli wygrać 4:3 niż 1:0. Chodzi oczywiście o Kazimierza Moskala.
Otóż to! To szkoleniowiec, który chce atakować i chce, aby jego zespół grał w piłkę. Jestem przekonany, że trafiłem do dobrego fachowca.

Rozmawiał Robert Cisek

Fot: ŁKS Łódź

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu Polityka prywatności