Aktualności

[WYWIAD] Lukas Klemenz: Co cię nie zabije, to cię wzmocni

Rozgrywki20.08.2017 
Dla młodzieżowego reprezentanta Polski nie ma na boisku większego wyzwania, niż to, z którym zmierzył się w gabinetach lekarskich, z dala od piłki nożnej. – To był zły czas. Może nie przestałem kochać futbolu, ale nie mogłem na niego patrzeć i o nim myśleć – mówi Lukas Klemenz o swojej chorobie serca. Dla „Łączy Nas Piłka” 21-latek z GKS-u Katowice opowiada o swojej historii, powrocie do zdrowia i determinacji, której nauczył się od mamy.

Powiedzenie „co cię nie zabije, to cię wzmocni” jest w piłce nożnej powszechnie używane. Po nieudanym zagraniu, przestrzelonym rzucie karnym, przegranym meczu, spadku z ligi, długiej kontuzji, transferze, który nie doszedł do skutku… Ale w przypadku Lukasa Klemenza te słowa po prostu oddają rzeczywistość.

- Jak dziś pamiętam słowa lekarza... Powiedział, że powinienem dziękować Bogu, że w ogóle żyję. To przecież niemożliwe, żebym w ogóle mógł trenować, grać w piłkę – mówi 21-latek o szoku, jaki przeżył na badaniach. Te miały być jedynie kolejnym krokiem do otworzenia się szansy na grę na najwyższym poziomie rozgrywkowym i to w wieku zaledwie 17 lat.

Jego niesamowita, choć wciąż krótka kariera miała więcej zakrętów, niż tych wiele znacznie dłuższych jego przygód starszych kolegów z GKS-u Katowice. – Bo ja wcale nie czuję się doświadczony. Tych meczów na poziomie pierwszej ligi, w Ekstraklasie mogło być więcej – mówi obrońca.

Wystarczy te wszystkie etapy wyliczyć: od gry na poziomie trzeciej ligi w wieku szesnastu lat, przez testy w Widzewie, feralne badania, operację serca i rok bez gry, następnie powrót do Odry Opole, półtora sezonu spędzonego w rezerwach francuskiego Valenciennes, szansę w Koronie Kielce wiosną 2015 roku, czerwoną kartkę w debiucie w Ekstraklasie, następnie spadek z GKS-em Bełchatów do drugiej ligi, nieudaną walkę o awans z Olimpią Grudziądz, aż do kiepskiego startu rozgrywek w Katowicach.

W najtrudniejszym momencie, gdy jako nastolatek powinien wychodzić na trening i cieszyć się grą w piłkę, on nie mógł patrzeć na ćwiczących w szkole sportowej kolegów, szedł do pracowni komputerowej i tam robił wszystko, byle o futbolu na moment zapomnieć. A czasem, gdy nie mógł, to wpisywał na YouTube frazę „śmierć na boisku” i oglądał mrożące krew w żyłach filmiki. – Do dziś nie wiem, po co to robiłem. Może żeby wzmocnić się psychicznie? – zastanawia się Klemenz.

Teraz nie traktuje tej kontuzji jako tematu tabu, ale na wspomnienie roku bez piłki ucieka wzrokiem, robi dłuższe pauzy i po prostu mówi: „Masakra, straszny czas”. – Nadal co pół roku przechodzę badania, mam małego synka, który może mieć tę wadę serca. Nie chodzi już tylko o grę w piłkę, ale o normalne życie – przyznaje.

To, że Klemenz wciąż gra zawdzięcza nie tylko lekarzom, ale przede wszystkim swojej mamie – osobie najbardziej zdeterminowanej i od której, co otwarcie przyznaje, tej determinacji się nauczył. – W czasie kontuzji nie pomagali mi psychologowie, trenerem mentalnym była moja mama. Ona sobie założyła, że będę grał w piłkę i co by się nie działo, to ja będę piłkarzem. Woziła mnie na treningi, po lekarzach, walczyła o mnie, o moją szansę. W tym najtrudniejszym momencie ona najbardziej we mnie wierzyła, mówiła mi, że wszystko będzie dobrze – mówi.

A czasami po prostu musiała przemówić mu do rozsądku. – W Prószkowie po pierwszej klasie gimnazjum, roku dla mnie i dla zespołu bardzo dobrym, chciałem zrezygnować z gry w piłkę. Najwięcej się wtedy nauczyłem, dostałem powołanie do kadry województwa, ale miałem wątpliwości. W szkole był to ciężki okres, nie czułem się tam najlepiej i może nie byłem odrzucany, ale nie pasowałem. Wolałem wrócić do osób, którym ufałem i z którymi było mi dobrze – mówi. Tym miejscem – „moją oazą”, jak mówi – do dziś jest Głogówek, pięciotysięczne miasto na opolszczyźnie.

Ale wtedy mama postawiła veto. – Powiedziała, że tak nie może być. Za długo o to wszystko walczyliśmy, wszędzie jeździliśmy. Wszyscy pomagali, bym doszedł jak najdalej i po prostu nie mogę tak o z tego zrezygnować. Wróciłem, a dwa miesiące później dostałem powołanie na konsultację reprezentacji Polski trenera Marcina Dorny. Od tamtej chwili już nigdy nie miałem takich myśli – uśmiecha się Klemenz.

Lukas przypomina sobie, gdy jeszcze kilka lat wcześniej w drodze na trening w oddalonym o 20 kilometrów Prudniku jego mamie zepsuło się auto. – Dla niej nie było możliwości, bym zajęcia przegapił. Wsiedliśmy w pociąg i dotarliśmy, a po wszystkim dostaliśmy owację na stojąco od trenera i całej drużyny. Dlatego ona jest najważniejsza w tej całej układance, w tym, gdzie dzisiaj jestem. Dzięki niej, gdy teraz zakładam sobie jakiś cel, to za wszelką cenę dążę do jego osiągnięcia, aż się to uda zrobić – dodaje.

Powołanie od Marcina Dorny zmieniło wszystko, choć po konsultacjach usłyszał od selekcjonera, że na razie znajduje się w głębokiej rezerwie. – Zacznijmy od postrzegania mnie w szkole. Więcej się o mnie mówiło i pisało, bo niewielu chłopców z opolskiego trafiało do reprezentacji. To mnie umocniło psychicznie – przyznaje. Dzięki temu zaczął ciężej pracować. Jeszcze jesienią 2009 roku nie dostał powołania na żadne z czterech spotkań, ale już wiosną przyszło zaproszenie na wyjazdowy dwumecz z Estonią, gdzie spotkał m.in. Karola Linettego i Mariusza Stępińskiego.

- Debiut pamiętam jak dziś. W pierwszym meczu wszedłem na dziesięć ostatnich minut, zagrałem na środku obrony, może z trzy razy dotknąłem piłkę. Drugie spotkanie zaliczyłem już całe. Na tych meczach nigdy nie było dużo kibiców, ale nawet tych dziesięć minut było czymś wyjątkowym. Swoje najważniejsze występy zaliczałem właśnie w reprezentacji, bo czy jest coś ważniejszego do gry dla Polski? Zawsze będę z tego dumny, będę szanował nawet takie mecze, jak te w Estonii – dodaje. W sumie w różnych kategoriach wiekowych rozegrał 26 spotkań dla Polski, ostatni raz wystąpił w kadrze do lat 20 w marcu 2016 roku z Włochami (0:3). – Jeszcze wiosną mój menedżer dzwonił do trenera Dorny, czy jest jakakolwiek szansa na Euro 2017, ale na mojej pozycji konkurencja była zbyt duża. Może gdybym grał nie w pierwszej lidze, a w Ekstraklasie, to dostałbym powołanie – zastanawia się.

Ale te pierwsze powołania otworzyły dla niego drzwi do wielu klubów Ekstraklasy. Poniekąd temu badaniu w Widzewie zawdzięcza wyleczenie zagrażającej jego życiu wady. Klemenz przyznaje jednak, że po rocznej przerwie radość z gry wcale nie wróciła od razu. - Nie przestałem kochać piłki, ale na początku przez pół roku w Odrze Opole wciąż się bałem, że coś może być nie tak. Może ktoś źle popatrzył, kardiolog źle ocenił… Bardzo na siebie uważałem – zaznacza.

A jednak, gdy na jednych z pierwszych treningów trener zarządził test wytrzymałości, to Klemenz w dwanaście minut zamiast minimum dwóch i pół kilometra przebiegł ponad trzy, najwięcej w drużynie. – Tak bardzo chciałem biec. Wcześniej nie mogłem, jeśli już, to na boisko chodziłem w ukryciu przed mamą, gdy straciła mnie z oczu lub akurat była w pracy – mówi.

- Miałem jeszcze moment w Bełchatowie, gdy byłem przeziębiony, trochę kaszlałem, ale nie chciałem się nad sobą rozczulać. I na treningu coś mnie zakłuło w sercu. Pierwszy raz po operacji zdarzyło się coś takiego. Dlatego od razu następnego dnia pojechałem na szybką kontrolę, do kardiologa… A on powiedział, że po prostu to efekt przeziębienia, osłabienia organizmu. Może jednak jestem przewrażliwiony, ale to też dobrze, bo wiem, że muszę się kontrolować – tłumaczy.

Bełchatów to kolejny dołek. Wcześniej był wyjazd do Valenciennes, który skończył się po półtora roku. – Gdybym miał więcej cierpliwości, gdybym miał dzisiejszą „głowę”, to wtedy wybrałbym inaczej, został we Francji do końca kontraktu – przyznaje. Pomimo szansy w Kielcach i dziesięciu meczach w Ekstraklasie dwa lata temu, Klemenz musiał znów zrobić krok w tył. – W Bełchatowie było naprawdę ciężko. Na boisku kompletnie nam nie szło, dodatkowo załamała się szatnia po odejściu liderów, osób trzymających zespół. To nie były główne czynniki, bo wiele rzeczy zmieniło się wiosną. Doszły kontuzje, kartki, skład był co mecz inny i nie potrafiliśmy się zgrać – mówi. Wiosną Klemenz zagrał w jedenastu meczach GKS-u z których wygrać udało się tylko jeden.

- Ale te porażki budowały we mnie uczucie, że w następnym klubie będzie coraz lepiej. Szkoda czasu w Grudziądzu, gdzie naprawdę było blisko awansu do Ekstraklasy. To przedostatni mecz z Katowicami (0:2 – red.) u nas zaważył, że zostaliśmy w pierwszej lidze – dodaje. Sensacja była blisko, w ścisku w walce o promocję uczestniczyło w pewnym momencie nawet niemal połowa ligi, a Olimpia zakończyła sezon szóstej pozycji ze stratą dwóch punktów do drugiego Górnika Zabrze. Wiosną tylko Sandecja ugrała więcej niż drużyna z Grudziądza, której pewnym punktem w obronie był właśnie Klemenz.

Skąd więc zmiana na Katowice, które zakończyły poprzedni sezon za Olimpią? Czynników było kilka. Po pierwsze, dom w Głogówku i mama, którą może odwiedzać częściej niż raz na kilka tygodni. Po drugie, ambicje GKS-u. – Najważniejsze były aspiracje. Klub jest poukładany, mamy dobrych piłkarzy w składzie, trenera z doświadczeniem w Ekstraklasie i wszystko musi zatrybić. Deklaracje GKS-u w pierwszej lidze zawsze dotyczyły awansu, ale naprawdę blisko celu było bodaj tylko w dwóch sezonach. Ten klub się rozwija, ale czasami potrzeba lat na taki przeskok. Kibice bardzo by chcieli Ekstraklasy, miasto też wydaje się gotowe. Ale nas czeka walka – dodaje.

Na początku ta walka była wyjątkowo trudna. W pierwszych trzech kolejkach GKS za każdym razem prowadził, ale ostatecznie potrafił ugrać tylko punkt. O ile kibice byli wściekli, o tyle Klemenz pozostawał spokojny i pewny tego, że drużyna Piotra Mandrysza musi wypalić. – Pomogło mi doświadczenie z Bełchatowa. To zawsze siedzi w głowach, że punktów trzeba jak tlenu, że jest się nisko w tabeli. Ale teraz mamy dopiero początek sezonu i kupę czasu, by to wszystko odrobić – mówi i powtarza kilkukrotnie frazę „chłodne głowy” w czasie rozmowy.

- To uczucie, gdy nie można wygrać meczu jest po prostu najgorsze. Z Puszczą Niepołomice wygrywaliśmy, chcieliśmy już tylko dowieźć wynik do końca, byle wygrać 1:0 i… przegraliśmy. A to powinno chodzić o parcie do przodu, po zwycięstwo – dodaje. Dlatego w tygodniu przed spotkaniem z Rakowem w Częstochowie trener Mandrysz pokazywał drużynie urywki z meczu prowadzonej przez niego Termaliki Bruk-Bet Nieciecza z Legią w Warszawie. Wtedy beniaminek Ekstraklasy grał otwarty futbol, ze spokojem wyprowadzał piłkę od bramki i zaskoczył faworyta. Przekaz Mandrysza był jasny: „patrzcie, można tak grać!”.

Klemenz podkreśla, że dla GKS-u najważniejsze jest teraz skupienie się na najbliższym meczu, a nie myślenie o większym celu – awansie do Ekstraklasy. To właśnie ambicje miały w ostatnich latach paraliżować drużynę w decydujących momentach. – W szatni nie trzeba niczego naprawiać, to na boisku musimy po prostu wygrać mecz. To dla nas teraz najważniejsze – mówi 21-letni obrońca, który każde zwycięstwo traktuje wyjątkowo, choć w tym premierowym GKS-u w Częstochowie (3:1) nie zagrał. – Mimo to wygrywanie sprawia mi podwójną radość. Gdy masz problemy z sercem, gdy nie możesz robić czegoś, co kochasz, to doceniasz jeszcze bardziej momenty udane, które przychodzą później – kończy.

Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu Regulamin sklepu Regulamin sklepu (2014) Polityka prywatności
Wzór odstąpienia od umowy sprzedaży