Aktualności

[WYWIAD] Przemysław Kita: Widziałem, że kibice Widzewa wierzą we mnie i czekają na mój powrót

Rozgrywki23.02.2021 

28-letni napastnik ponad rok leczył kontuzję kolana. Na boisko wrócił pod 448 dniach i miał spory udział w wygranej z Koroną Kielce. Plany ma bardzo ambitne. – W trakcie kariery z czterema zespołami wywalczyłem awans. Chciałem ponownie to zrobić, ale tym razem z Widzewem. Jest na to dużo szansa, bo można to osiągnąć nawet z szóstego miejsca – podkreśla Przemysław Kita.

Wrócił pan na boisko po poważnej kontuzji. Podobno doskonale pan wie, ile dni minęło od poprzedniego występu w meczu ligowym do sobotniego spotkania z Koroną Kielce?

Tak, już słyszałem, że to 448 dni. Długo, ale najważniejsze, że jak wróciłem, to nic mnie to kolano już nie boli.

Dlaczego leczenie trwało tak długo? Kilka razy miał pan już wrócić na boisko, ale to się wciąż opóźniało.

Były trzy takie momenty, że właściwie musiałem zaczynać rehabilitację od początku. To wszystko, co wypracowałem szło na marne i wracałem niemal do punktu wyjścia. Kiedy się rehabilitowałem i z dnia na dzień widziałem postęp, dodawało mi to sił. Oczywiście na początku bolało, ale wiedziałem, że tak będzie. Po trzech miesiącach zacząłem truchtać, ale kolano spuchło, nie mogłem wyprostować nogi i musiałem wrócić do początku. Po kolejnych trzech miesiącach już robiłem zwroty z piłką, ale problemy z kolanem wróciły i było nawet tak, że nie mogłem postawić ciężaru ciała na tej nodze. Wtedy postanowiłem rehabilitować się poza klubem. Tak, by pracować tylko z jedną osobą i w pełni się temu poświęcić. Wszystko szło dobrze do momentu aż złapał mnie nerwoból. Znów nie mogłem nogi wyprostować, a nawet był dzień, w którym nie mogłem nią ruszyć. Najtrudniej było mi po pół roku, bo wydawało się, że zaraz wrócę do treningów z drużyną i może już we wrześniu pojawię się na boisku. Tymczasem minęło kolejne pięć miesięcy.



Kibice bardzo czekali na pański powrót. W internecie nie brakowało komentarzy typu „gdyby był Kita, to nie byłoby takich męczarni z awansem do pierwszej ligi”, „Kita pociągnąłby atak Widzewa”. To pomagało czy nakładało presję?

W Widzewie presja jest zawsze, ale widziałem te komentarze i dla mnie to było budujące. Widziałem, że czekają na mnie i we mnie wierzą. Lubię, kiedy mam takie zaufanie u ludzi. Jak się przychodzi do klubu, to zawsze jest niepewność, jak się człowiek odnajdzie. Pochodzę z Pabianic, które graniczą z Łodzią i nawet bracia mi przekazywali, że kibice martwią się, pytają co się ze mną dzieje. Dziennikarze też chcieli wiedzieć, dlaczego mój powrót był wciąż przekładany. Na szczęście od początku roku mogłem już trenować na pełnych obrotach i w końcu zagrać.

Z Koroną Kielce zaliczył pan asystę, a na boisku nie było widać, że długo nie grał w piłkę. Nie miał pan żadnych obaw przed ostrymi starciami z rywalami?

Po jednej z sytuacji niektórzy mówili, że należała mi się czerwona kartka za ostry atak na Grzegorza Szymusika. Poszedłem na piłkę mocno, wyszło, że jestem tym złym, ale to rywal nadział się na moją nogę. Nie mam oporów. W sytuacjach stykowych zwykle nie ma czasu, by analizować, czy wchodzić wślizgiem czy nie. Gdyby nie taka reakcja, może nie byłoby gola na 1:0. W pewnym momencie nawet sędzia zwrócił mi uwagę, bym uważał ze wślizgami, bo już dostałem żółtą kartkę.

Karierę w seniorach zaczął pan w ŁKS, ale podobno kibicował Widzewowi?

Od małego dorastałem w środowisku widzewiaków. Moi dwaj starsi bracia jeździli na mecze Widzewa. Dostałem jednak ofertę z ŁKS. Poszedłem tam niechętnie, ale to był szansa, by wyrwać się Włókniarza Pabianice, który grał w okręgówce. Musiałem myśleć o rozwoju, a nie o tym, komu kibicuję. Zawodnik jest najemnikiem i gra tam, gdzie go chcą. W 2013 roku było blisko, bym bezpośrednio przeniósł się z ŁKS do Widzewa. Wtedy jednak bardzo mi zależało na stabilizacji. W domu się nie przelewało i musiałem kombinować, by mieć pieniądze nawet na dojazdy na treningi. W ŁKS były zaległości z wypłatami, ale w Widzewie, choć był w ekstraklasie, nie było wcale lepiej. Nie było nawet gwarancji, że będę dostawał to, co będzie w kontrakcie. Dlatego zdecydowałem się na Cracovię.



Tam też nie było chyba panu łatwo u trenera Wojciecha Stawowego, który obecnie prowadzi ŁKS. Na krakow.sport.pl znalazłem taki opis: „Trener przerywa trening i podchodzi do Kity, który chwilę wcześniej zagapił się i nie zdążył dobiec do piłki: A ty jak się nazywasz? Strzeliłeś dwie bramki i myślisz, że jesteś gwiazdą?! - wrzeszczy szkoleniowiec”.

Bardzo dużo pamiętam z czasów pracy za trenera Stawowego, ale tej sytuacji sobie nie przypominam. Choć oczywiście mogło tak się zdarzyć. Jak wchodziliśmy do szatni, to na ścianie zawsze wisiały ze cztery kartki z rozrysowanymi schematami rozgrywania akcji. Miałem o tyle łatwiej, że dla mnie jako zawodnika na pozycji nr 9 było najmniej do zapamiętania. Najwięcej do wyuczenia było dla środkowych pomocników. Na treningu dużo trzeba było myśleć i dokładnie rozgrywać akcje, jak zaplanował trener. Koncentracja musiała być maksymalna. Trener nie lubił jak się kończyło akcję wrzutką, trzeba było wszystko ładnie grać po ziemi.

Na 6 marca zaplanowano derby Łodzi. Kiedy był pan w ŁKS, wystąpił pan przeciwko Widzewowi w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy. Wygraliście 5:2, a pan w 25 minut strzelił cztery gole.

A do tego wszedłem na boisko dopiero po przerwie i – jak się okazało – nie znałem wyniku. Kiedy w pierwszej połowie poszedłem do toalety, Widzew zdobył drugą bramkę, a ja o tym nie wiedziałem. To zawsze są mecze, który powodują dodatkowe napięcie, nawet kiedy na ma na nich kibiców. A na Młodą Ekstraklasę przychodziło zaledwie kilkudziesięciu. Jeszcze jak byłem we Włókniarzu, to każde spotkanie z ŁKS czy Widzewem było dla nas wydarzeniem. Wtedy w Młodej Ekstraklasie byłem w formie. W kolejnym meczu strzeliłem trzy gole Wiśle Kraków i może to przekonało trenera, bo zadebiutowałem w seniorskiej ekstraklasie.



Widzew ma za co rewanżować się ŁKS. W pierwszej rundzie rywal łatwo wygrał 2:0, ale teraz wydaje się być w dołku. W lidze nie wygrał od sześciu spotkań.

Rzeczywiście, mamy sporo do udowodnienia. ŁKS nie jest tak silny, jak wydawało się na początku sezonu. Zanim odbędą się derby Łodzi, zagramy jeszcze z Radomiakiem i to też nam pokaże, czy forma idzie w górę. Na pewno jesteśmy w stanie pokonać ŁKS. Dość pewnie wygraliśmy z Koroną Kielce, która przed rozpoczęciem rundy w sparingu poradziła sobie z GKS Tychy. A GKS wygrał w Łodzi 3:0. To będzie dla mnie szczególny mecz. Może już kibice wejdą na stadion. Choć fanów Widzewa i tak pewnie zabraknie, bo stadion ŁKS jest w trakcie budowy. Z drugiej strony jak będą tylko kibice gospodarzy, to mogą na mnie krzyczeć. To tylko jeszcze mocniej mnie zmotywuje.

Jakie ma pan cele na rundę wiosenną?

Po pierwsze chciałbym, żeby zdrowie dopisywało, a forma będzie rosła. Z Koroną boisko było grząskie, warunki trudne i szybko odcięło siłę w nogach. To jeszcze na pewno nie było sto procent moich możliwości. Chciałbym wywalczyć z Widzewem awans. I uważam, że jest na to dużo szansa. Można to osiągnąć nawet z szóstego miejsca. Na razie jesteśmy na dziesiątej pozycji, ale mamy jeszcze zaległe spotkanie.

Po przejściu do Cracovii zaczął pan coraz częściej grać w ekstraklasie i strzelił też trzy gole. Wydawało się, że zadomowi się pan w niej na dobre. Tymczasem ostatni raz w ekstraklasie zagrał pan w 2014 roku. Potem występował pan w pierwszej i drugiej lidze.

Cracovia nawet zaproponowała mi nowy kontrakt, ale chciałem sam o sobie decydować, a nie podpisać umowę i iść na wypożyczenie. To był błąd, bo zawsze byłaby szansa wrócić do zespołu ekstraklasy. Miałem oferty z pierwszej ligi, ale zdecydowałem się na drugoligowy Znicz Pruszków, bo znałem trenera Dariusza Banasika. W pierwszym sezonie nie imponowałem skutecznością, ale awansowaliśmy. Nie było jednak odpowiednich wzmocnień i broniliśmy się przed spadkiem. Dla mnie sezon był dość udany, ale się nie utrzymaliśmy. Szukałem nowego klubu, ale wtedy na rynku było dużo wolnych napastników. Menedżer mówił, że gdzie nie pyta, to już kadra zamknięta. Miałem nawet propozycje z trzeciej ligi, ale pod warunkiem testów. To mnie dziwiło, bo przecież niedawno grałem w ekstraklasie. Trafiłem do Warty Poznań, znów miałem całkiem udany sezon, zakończony awansem do pierwszej ligi. Byłem na testach w Piaście Gliwice, ale nic z nich wyszło. Warta nie była już mną zainteresowana i przeszedłem do Olimpii Grudziądz. Z nią też wszedłem do pierwszej ligi.



To ile awansów ma już pan w karierze?

Cztery i to wszystkie z drugiej do pierwszej ligi. Z Zniczem, Warta, Olimpią i w poprzednim sezonie z Widzewem. Jak trafiłem do Cracovii, to zespół był jeszcze w pierwszej lidze, ale awansował do ekstraklasy. Tyle że ja dołączyłem w maju 2013 roku i nie zagrałem w żadnym meczu. Więc tego awansu, chyba się nie dolicza.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot. Cyfrasport

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności