Aktualności

[WYWIAD] Paweł Nowak: Gdy miałem 18 lat, nie doceniłem tego, co dostałem od życia

Rozgrywki20.05.2020 
Paweł Nowak reprezentował w przeszłości barwy... czterech krakowskich klubów – Wisły, Cracovii, Hutnika oraz Gabarni. Doświadczenie, jakie zbierał w trakcie wieloletniej kariery, chce spożytkować w pracy szkoleniowej. Od dwóch lat współpracuje z Tomaszem Kafarskim w Sandecji Nowy Sącz, gdzie pełni funkcję asystenta. Ów duet trafił na siebie nie pierwszy raz. – Nieprzypadkowo razem pracujemy – mówi Nowak.

Patrząc z boku, można stwierdzić, że miał pan udaną karierę piłkarską. Ponad 200 meczów w ekstraklasie, ponad 20 goli, mistrzostwo Polski.
Na pewno spełniłem swoje dziecięce marzenie. Będąc małym chłopaczkiem, który uganiał się za piłką na asfalcie, który rywalizował z kolegami z ulicy, bloku, osiedla, marzyłem, aby dostać się do ekstraklasy. Takich jak ja były setki, jak nie tysiące tylko w samym Krakowie. Wychowywałem się w innych czasach. Nie żyłem w dobie internetu, mieliśmy mocno ograniczony dostęp do informacji na temat znanych piłkarzy. Wzorowaliśmy się więc na zawodnikach z polskiej ligi. W ekstraklasie pierwsze kroki stawiałem w wieku 18 lat. Patrząc na swoją karierę przez pryzmat doświadczonego człowieka wiem, że w niektórych sytuacjach inaczej bym się zachował. Gdybym mógł to zmieniłbym kilka rzeczy. Popełniłem błędy w młodości, dokonywałem błędnych wyborów. Myślę, że mogłem bardziej popracować nad swoim rozwojem, mocniej skupić się na sobie jako piłkarzu. Nie wiem jednak czy osiągnąłbym dzięki temu więcej.



Dało się więcej?
Do momentu gry w seniorach Wisły Kraków, trenowania z Radosławem Kałużnym, Krzysztofem Bukalskim, Ryszardem Czerwcem, Kazimierzem Węgrzynem – na tamte czasy bardzo dobrymi piłkarzami, zresztą Wisła całą kadrę miała na bardzo wysokim poziomie – miałem bardzo łagodne wejście w piłkę. W wieku juniora dwukrotnie zdobyłem z Wisłą mistrzostwo Polski, w trzecim roku wywalczyliśmy trzecie miejsce. Może nie powiem, że wszystko przychodziło mi z łatwością, bo zapracowałem na to, niemniej z początku nie pojawiły się żadne problemy. Przez to, że już jako osiemnastolatek zacząłem grać z najlepszymi, nie doceniłem tego, co otrzymałem od życia. To mnie zgubiło. Dopiero później, kiedy grałem w niższych ligach, zacząłem doceniać w jakim miejscu się znalazłem. Przy czym nie ukrywam, że na początku pobytu w Cracovii też w wielu sprawach postąpiłem inaczej niż zrobiłbym to dziś. Tak sobie czasem myślę, co sprawiło, że nie zaistniałem poważnie w piłce w wieku 18 lat...

Pułapka szybko zdobytego mistrzostwa?
Nie wykorzystałem w pełni szansy, którą dostałem. Nie dałem odpowiednich argumentów, by przekonać do siebie silną wówczas kadrowo Wisłę i jednego z najlepszych wtedy trenerów w Polsce, Franciszka Smudy. Nie miałem siły przebicia. Takie a nie inne predyspozycje mocno mnie ograniczały. Szybko zrozumiałem, że prędzej czy później będę musiał odejść. No i pojawiły się pierwsze dylematy – jak wypożyczenie to gdzie?! Zamiast szukać klubu w tej samej klasie rozgrywkowej, wybrałem Hutnika Kraków, który bronił się przed spadkiem z drugiej ligi.

Następnym krokiem była Cracovia, grał pan więc w dwóch lokalnych przeciwnikach z Krakowa – rzadko spotykana sytuacja!
Dziś na taki krok, czyli przejście z Wisły do Cracovii lub na odwrót, nie zdecydowałbym się. Nie wiem czy nie zaszkodziło to mojej karierze, chociaż osobiście nie dotknęły mnie animozje między klubami. Cracovia dała mi drugą szansę. Dzięki Wiśle mogłem zaistnieć w ekstraklasie mając 18 lat. Dzięki „Pasom” mogłem wrócić do ekstraklasy. Ten powrót to była długa i ciężka droga. W piłce seniorskiej wynik wszystko determinuje. Dużo łatwiej rozmawia się z ludźmi zaangażowanym emocjonalnie w klub, kiedy zrobiłeś wynik. My sezon w III lidze rozpoczęliśmy z przytupem. W pierwszych kolejkach gromiliśmy rywali, wygrywając różnicą pięciu, siedmiu bramek. Za trenera Wojciecha Stawowego graliśmy bardzo efektowną piłkę. Po ciężkich latach Cracovii jej kibice byli spragnieni wyników. Nie patrzyli na nasze CV, doceniali to, co robimy dla klubu. Łagodnie się ze mną obchodzili. Finansową strukturę „Pasów” budowała wówczas grupa stu biznesmenów. To było przed erą profesora Janusza Filipiaka. Z tymi ludźmi do dziś darzę się sympatią. Na meczach Cracovii zawsze serdecznie się witamy.



A jakie są pana stosunki z Lechią? Spędził pan w gdańskim klubie trzy i pół roku.
Przychodząc do Lechii byłem już bardzo doświadczonym zawodnikiem z określonymi umiejętnościami. Moje piłkarskie atuty akurat bardzo przypasowały trenerowi Tomaszowi Kafarskiemu. W składzie mieliśmy zawodników o zbliżonej charakterystyce – lubili grać w piłkę. Za naszą grę byliśmy bardzo chwaleni. Mało tego, niewiele brakowało, a prezentując ładny dla oka styl zapewnilibyśmy sobie przepustkę do europejskich pucharów podczas moich dwóch pierwszych sezonów w Lechii. Okres związany z Lechią wspominam jako jeden z trzech, czterech kluczowych momentów mojej kariery. Bardzo dobrze się tam czułem. Mogłem liczyć na wsparcie trenera, kibiców. Moja rodzina była zadowolona z mieszkania w Gdańsku. Jeden z trenerów nauczył mnie jak postrzegać trening, co zmienić w swoich przyzwyczajeniach. Okazało się, że 32-letni piłkarz wciąż może się uczyć. Szkoda tylko tych pucharów. Myślę, że gdybyśmy w nich zagrali, to powiedziałbym, że Lechia to najlepszy etap mojej przygody z piłką.



Wiosną 2013 roku przeniósł się pan do I-ligowej Sandecji Nowy Sącz. Znów był pan blisko domu. O to chodziło?
Zanim o tym, chcę powiedzieć o kulisach mojego rozstania z Lechią. Złożyły się na to dwie sprawy. Pierwsza związana ze słabnącą pozycją w zespole. Trener Paweł Janas z początku na mnie nie stawiał, z czasem jednak się przekonał. W Lechii zmienił się trener. Przyszedł Bogusław Kaczmarek, który nie widział dla mnie miejsca w składzie. Ostatnie pół roku przed odejściem spędziłem w rezerwach. Prowadzili mnie trenerzy Unton oraz Kalkowski, którzy mieli pomysł na Lechię II, ich treningi były bardzo ciekawe. W tychże rezerwach grałem z przyszłymi reprezentantami Polski – Paweł Dawidowiczem, Przemkiem Frankowskim, Patrykiem Tuszyńskim. Druga kwestia to śmierć mojego taty. Mocno to przeżyłem. Jestem osobą, która ciężko sobie radzi z problemami. Czasami podejmuję decyzje pod wpływem emocji, nie kieruję się racjonalnymi przesłankami. Chciałem wrócić do domu, choć miałem oferty z ekstraklasy i z drużyn walczących o awans do niej. Zadzwonił Marcin Cabaj, grający wówczas w Sandecji. To on zaproponował mi przenosiny do jego drużyny.

Co było potem?
Po Sandecji zdecydowałem się na grę w Garbarni. Z Krzysztofem Radwańskim oraz Filipem Surmą założyliśmy akademię piłkarską. A występy w Garbarni mogłem godzić z trenowaniem dzieciaków. Nagle pojawiła się oferta z Porońca Poronin. Przekonali mnie tym, że mieli w składzie zawodników, których znałem, z którymi grałem w przeszłości. Nawet Alex Del Piero na koniec kariery wyjechał do Indii. W Porońcu właściciele stworzyli wyśmienite warunki, jak na III ligę. Ostatecznie z marzeń panów Pawlikowskich nic nie wyszło. Wiślankę Grabie wybrałem ze względu na znajomość z właścicielem klubu. Chciałem mu pomóc.



Teraz pomaga pan Tomaszowi Kafarskiemu.
Nieprzypadkowo zostałem asystentem trenera w Sandecji. Wpływ na to miała osoba trenera Kafarskiego, z którym bardzo dobrze układała mi się współpraca w Lechii. Cieszę się, że przypomniał sobie o mnie. Mając piłkarskie doświadczenie, mogę przekazywać rady młodszym. Podpowiadam jak rozwiązywać dane sytuacje na boisku. Czasy dziś są takie, że każdy indywidualnie prowadzi swoją karierę i ma do tego niezbędne narzędzia, zaczynając od treningów w internecie, przez dietę, po porady psychologa, kończąc na fizjoterapeucie, czy trenerze personalnym. Możliwości są dużo większe. Mimo wszystko uważam, że warto korzystać z podpowiedzi starszych zawodników. A ja chyba jakieś doświadczenie zdobyłem, prawda?

Rozmawiał Piotr Wiśniewski

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności