Aktualności

[WYWIAD] Paweł Lenarcik: W Miedzi będę w końcu walczył o sukcesy

Rozgrywki22.01.2021 

Po dziesięciu latach w GKS Bełchatów Paweł Lenarcik został bramkarzem Miedzi Legnica. „Łączy Nas Piłka” opowiedział o trudnych momentach i chwilach radości w górniczym klubie. – Mam mieszane uczucia, ale człowiek jest taki, że po jakimś czasie woli pamiętać pozytywne wydarzenia. Teraz jestem w Miedzi i wreszcie nie muszę się martwić o nic więcej niż o grę – mówi 26-letni wychowanek Mazovii Tomaszów Mazowiecki.

Spędził pan w GKS Bełchatów dziesięć lat. W tym czasie zespół spadł z ekstraklasy, potem z pierwszej ligi i w końcu od niej wrócił.

Kiedy jeszcze jako junior młodszy przechodziłem do seniorów GKS, to w miarę dobrze to jeszcze wyglądało. Grałem w Młodej Ekstraklasie i trzecioligowych rezerwach. Mogłem liczyć, że zadebiutuję w ekstraklasie. Nie udało się, a my z niej spadliśmy. Zacząłem jednak grać od pierwszej ligi i kariera nabrała rozpędu. Znów jednak spadliśmy i wtedy mocno odczuliśmy to mentalnie. W kolejnych sezonach tułaliśmy się w drugiej lidze. Choć niby mieliśmy walczyć o awans, to kończyło się na bronieniu się przed kolejnym spadkiem. I kiedy w trzecim sezonie nie było już presji, to weszliśmy do pierwszej ligi.

Już wtedy klub miał kłopoty finansowe, które potem jeszcze się nasiliły. Mimo to zespół szczęśliwie utrzymał się w pierwszej lidze. W tym sezonie, choć drużyna była budowana z graczy niechcianych lub wypożyczanych zdobyła 16 punktów (GKS rozpoczynał z minus dwoma za zaległości finansowe). Mieliście nawet passę sześciu meczów bez porażki, podczas której pokonaliście na przykład na wyjeździe Arkę Gdynia.

Po awansie myśleliśmy, że nadejdzie moment zwrotny i GKS zacznie iść w kierunku stabilizacji. A tak naprawdę to był początek największych problemów w funkcjonowaniu klubu. W poprzednim sezonie mogliśmy liczyć tylko na pieniądze, które wywalczyliśmy z Pro Junior System, od Polsatu i od Fortuny. Tylko dzięki temu można powiedzieć, że była jakaś płynność finansowa. W tym sezonie pieniędzy było jeszcze mniej, a zadłużenie wobec zawodników rosło. W tym czasie nie dało się myśleć tylko o piłce, ale kiedy coś w końcu zacznie normalnie działać w klubie. Paradoks był taki, że im było gorzej, tym szatnia mocniej się scalała. Liczyliśmy wyłącznie na siebie. Gdy solidnie trenujesz, to potem możesz dobrze zaprezentować się w meczu. W ten sposób możesz pomóc sobie i kolegom z zespołu, że ktoś nas zauważy. Dzięki atmosferze utrzymaliśmy się w lidze, ale ile można na tym jechać. To nie działa na dłuższą metę.



To jakie będzie miał pan wspomnienia z GKS?

Dziękuję klubowi za to, że udało mi się zaistnieć w piłce. Duży szacunek dla zawodników, którzy w ostatnich latach grali w tym klubie. Do działaczy mam jednak żal, bo średnio się ze mną pożegnali. Mam trochę mieszanie uczucia. Człowiek jednak jest taki, że będzie starał się bardziej pamiętać dobre momenty. Dla mnie to na pewno wygrana z Widzewem w maju 2019 roku, po której awansowaliśmy do pierwszej ligi. Pokonaliśmy bezpośredniego rywala, na dodatek, co jest rzadkim widokiem, stadion GKS był pełny. Zrobiło się też wtedy o nas głośno, bo wygraliśmy z bogatym klubem. Drugi taki moment to ostatni mecz poprzedniego sezonu. Choć przegraliśmy w Tychach z GKS, to się utrzymaliśmy w lidze i była ogromna radość.

Do GKS trafiłeś z małego klubu Mazovii Tomaszów Mazowiecki, który nie ma drużyny seniorów. To pokazuje, że w piłce nożnej nie należy się poddawać?

Ja zacząłem grać w piłkę dopiero w wieku 13 lat. Wcześniej właściwie za bardzo mnie nie interesowała. Nawet trenować zacząłem niespodziewanie. Byłem pod namiotami, przyjechał kolega i spytał, czy nie chcę pojechać na trening. Zgodziłem się, a od brata pożyczyłem bluzę i rękawiczki. On jest siedem lat starszy i też był bramkarzem. To mi nawet imponowało i to był jego wpływ, że stanąłem w bramce. Choć tak naprawdę nie sądziłem, że moja kariera tak się rozwinie. Wtedy Mazovia była zupełnie amatorska. Były chyba tylko dwa roczniki. Mieliśmy ze cztery piłki, na treningi na orliku dojeżdżaliśmy rowerami. Bardzo mi pomogło to, że poszedłem do łódzkiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Dzięki temu dostałem zaproszenie na testy w GKS.



Przez te lata spędzone w zespole z Bełchatowa nie miał pan innych propozycji?

Właściwie to tylko jedną. Zbigniew Robakiewicz, który trenował bramkarzy w GKS, przeniósł się do Korony Kielce. Chciał mnie wtedy tam ściągnąć, ale w końcu do tego nie doszło.

W końcu zgłosiła się Miedź Legnica. Może to efekt tego, ze jesienią przez 570 minut nie puścił pan bramki?

Wiadomo, że to nie tylko moja zasługa. To drużyna musi mocno wspierać i tak właśnie było w tym przypadku. Zainteresowanie Miedzi rozpoczęło się właśnie od meczu z tą drużyną. Mocno nas naciskali, przeważali, ale wygraliśmy 1:0. A po tej serii sześciu meczów GKS bez porażki, w których puściłem tylko jedną bramkę, zadzwonili z Miedzi i zaczęliśmy negocjować. Statystyki działają na wyobraźnię. Tak jak się patrzy ile goli strzelił napastnik, ile pomocnik miał asyst, tak w przypadku bramkarza liczą się czyste konta. Minuty bez puszczonej bramki też mają wymowę. Właściwie w ciągu tygodnia dogadałem się z Miedzią i załatwiliśmy formalności.



Miedź liczy się w walce o awans do ekstraklasy, a pan jest bramkarzem z największym doświadczeniem w kadrze.

Liczba rozegranych meczów w drugiej i pierwszej lidze to rzeczywiście mój atut. Mam 26 lat i mam nadzieję, że najlepsze granie jeszcze przede mną. W Miedzi jest Jędrzej Grobelny, który na pewno za darmo miejsca nie odda, a do tego ma status młodzieżowca. Stawiam sobie cel, by wyjść w podstawowym składzie na pierwszy mecz i go wygrać. Wreszcie nie muszę się martwić o nic więcej niż o grę i mogę walczyć o sukcesy, a nie utrzymanie. Jesteśmy w stanie włączyć się do rywalizacji o ekstraklasę. Ta liga pokazuje, że niejeden zespół potrafi sprawić niespodziankę. Jak choćby jesienią GKS zaskoczył w Gdyni Arkę.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot. Cyfrasport/ Miedź Legnica

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności