Aktualności

Stomil przetrwał, ale… „Kłopoty nie znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki”

Rozgrywki08.03.2019 
– Nic tak nie jednoczy ludzi, jak wspólny cel. A piłkarze, trenerzy, kibice, działacze, prezesi i inwestor chcą pierwszej ligi w Olsztynie – podkreśla w rozmowie z Łączy Nas Piłka Piotr Zajączkowski, trener Stomilu.

Jest pan związany ze Stomilem od lat, a przez ostatnie miesiące nie było pewne, czy drużyna w ogóle przystąpi do rozgrywek. Zdecydował się pan zostać trenerem zespołu w trudnym momencie.
Byłem piłkarzem w najważniejszych momentach Stomilu. Byłem w drużynie, która wywalczyła historyczny awans do ekstraklasy. Potem pomogłem utrzymać się zespołowi w premierowym sezonie na tym poziomie. Mało tego, zagrałem w pierwszym wygranym meczu w ekstraklasie Stomilu z Hutnikiem Kraków. Mieszkam 300 metrów od stadionu, to jak mógłbym ten klub porzucić w potrzebie?! Do tej pory, mimo że Olsztyn to moje miasto, to praca szkoleniowa w Stomilu mnie omijała. W końcu dostałem propozycję i to rzeczywiście w bardzo trudnym momencie. Problemy finansowe nie pojawiły się z dnia na dzień, ale trwały już od dłuższego czasu. Po 12. kolejkach zespół miał tylko dziesięć punktów. Dostałem ofertę i odpowiedziałem prezesowi, że chętnie podejmę się tego wyzwania, ale chciałbym, by pomagali mi Adam Zejer i Sylwester Czereszewski, czyli też byli piłkarze związani ze Stomilem. Zresztą obaj bez wahania się na to zgodzili.

Jakie były pierwsze decyzje?
Po objęciu zespołu zrobiliśmy kilka zmian i na przykład przesunęliśmy Wołodymyra Tanczyka i Dominika Kuna na skrzydła. Dzięki dobrej grze zapracowali na transfery do lepszych klubów. Zimą Ukrainiec odszedł do Czornomorca Odessa, a Polak do Sandecji Nowy Sącz. Do składu wrócili kapitan Janusz Bucholc i Paweł Głowacki, czyli piłkarze od lat związani z klubem, wychowankowie. I to nam pomogło. Na tych zawodnikach opierała się gra. Piłkarze związani z miastem trzymali w ryzach szatnie i tak dograliśmy rundę jesienną. Problemy wciąż jednak były, a właściwie to było coraz gorzej.

W przerwie zimowej wciąż pojawiały się informacje o piętrzących się problemach, odchodzących piłkarzach, treningach z udziałem tylko 13 graczy.
Rozpoczęliśmy przygotowania do rundy wiosennej. Treningi odbywały się, choć różnie było z frekwencją, ale w razie potrzeby korzystaliśmy z juniorów Stomilu. Przyjeżdżali też zawodnicy na testy. Pojechaliśmy na krótkie zgrupowanie, rozgrywaliśmy sparingi, ale wciąż nie było wiadomo, jak to się skończy. Sztab szkoleniowy się nie poddawał i wierzyliśmy, że nadejdą lepsze czasy. Naprawdę w to mocno wierzyliśmy. Sytuacja była na ostrzu noża niemal do końca lutego. Zawodnicy, kibice, osoby dobrej woli spotykali się z prezydentem miasta. Naprawdę wielu ludzi próbowało coś zaradzić. Walczyliśmy o przetrwanie Stomilu i przystąpienie do rozgrywek. Tydzień przed startem zespół zawiesił treningi, odwołaliśmy sparing. Wydawało się, że rozpoczęła się agonia i zespół nie będzie grał na zapleczu ekstraklasy.



Miał pan za złe, że część piłkarzy nie czekała, tylko szybko opuściła Stomil?
Niektórzy znaleźli dobre kluby i nic dziwnego, że odeszli. Kilku rzeczywiście zabrakło cierpliwości, a potem nagle chcieli wrócić. Dla nich miejsca jednak już nie było. Nie widziałem ich w kadrze. Wielu rozumiało, że jedziemy na tym samym wózku i zostało.

Tuż przed końcem lutego sytuacja się poprawiła i udało się przystąpić do rozgrywek.
A nawet zgłosić do rozgrywek całkiem liczną kadrę. Z częścią piłkarzy rozmawiałem już w grudniu i styczniu, ale sytuacja nie była wyjaśniona. Odbyłem kilkaset rozmów telefonicznych i tuż przed końcem okna transferowego część zawodników udało się sprowadzić. Oczywiście byli też tacy, którzy obawiali się tu przyjść. Wiedzieliśmy, że rozmowy w sprawie przyszłości trwają, prezes robił, co w jego mocy, by uratować klub. Trochę to było robione w tajemnicy, ale na szczęście pomyślnie się zakończyło. Niepewność była jednak prawie do końca. Dopiero w ostatnim tygodniu przed meczem z GKS Tychy powiało optymizmem. I te ostatnie dni przed startem ligi były bardzo pracowite.

Stomil w XXI wieku przeżył już kilka zawirowań, łącznie z tym, że w sezonie 2003/2004 drużyna w ogóle nie przystąpiła do rozgrywek.
Mam nadzieję, że to już koniec podobnych problemów. Po przystąpieniu do rozgrywek jest promyk nadziei, że idziemy w dobrym kierunku. Pomogło nam miasto i dofinansowało klub kwotą 400 tysięcy złotych. Zdajemy sobie jednak sprawę, że długi są dużo większe. Choć pojawili się inwestorzy, to nie będzie tak, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kłopoty znikną. My, trenerzy, oraz piłkarze musimy uzbroić się w cierpliwość. Proces uzdrawiania klubu może trwać po prostu długo.



Jak w tak krótkim czasie udało się pozyskać kilkunastu zawodników?
Już wcześniej byłem z nimi w kontakcie, choć rzeczywiście czekali na rozwój wypadków. To nie było tak, że w ostatnim momencie przyjechał pociąg z piłkarzami. Rozmawiałem z nimi długo i przekonywałem. W końcu stwierdzili, że pomogą i przyszli za dużo mniejsze pieniądze, niż ci, którzy od nas odeszli. Czasem można namówić piłkarzy, bo kiedyś się im pomogło. Tak było na przykład z Bartkiem Niedzielą. Wyciągnąłem go kiedyś z piątoligowej Pilicy Białobrzegi i poprzez Ruch Wysokie Mazowieckie trafił do ekstraklasy, do Jagiellonii. Ostatnio nie wiodło mu się w Widzewie, ale grał nie na swojej pozycji i trafił do okręgówki. Okazało, że w Stomilu poradził sobie w pierwszej lidze.

Mimo problemów, pierwszy mecz wiosenny wygraliście z GKS Tychy 2:0.
Przez ten ostatni tydzień było czuć mobilizację całego olsztyńskiego środowiska. Duch walki o przetrwanie unosił się nad stadionem. To przeniosło się też do szatni. Byliśmy bardzo zmotywowani i zmobilizowani. Na meczu pojawiło się sporo kibiców i ich doping na pewno był dużym wsparciem. Na trybunach i w szatni na krótko pojawił się nowy inwestor Michał Brański, którego fani przyjęli bardzo ciepło. To wszystko złożyło się na wygraną z GKS.

Cel Stomilu jest chyba jasny – utrzymanie w I lidze?
Z tej ligi jeszcze nikt nie spadł, ani nie awansował. Sytuacja jest trudna, ale będziemy walczyli, by utrzymać w Olsztynie pierwszą ligę. Ubolewam, że zabrano nam trzy punkty, bo zdobyliśmy je na boisku. Gdyby nie to, bylibyśmy na bezpiecznej pozycji. Mam dobry zespół, charakternych piłkarzy i to było widać w meczu z GKS Tychy. Nic tak nie jednoczy ludzi jak wspólny cel. A piłkarze, trenerzy, kibice, działacze i prezesi chcą pierwszej ligi w Olsztynie.

Rozmawiał Robert Cisek

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności