Aktualności

[REPORTAŻ] 25 lat minęło. W Częstochowie mogą pisać nową historię

Rozgrywki10.05.2019 
Raków Częstochowa pod koniec kwietnia po raz drugi w historii awansował do piłkarskiej elity. Przed drużyną Marka Papszuna duże wyzwanie: dostarczyć co najmniej tylu radości, co zespół ekstraklasowy z lat 90-tych ubiegłego wieku. Zadanie nie będzie łatwe. – Oni byli pierwsi, przetarli szlaki, zawsze będą wspominani z sentymentem – mówią pod Jasną Górą.

Wysłużony stadion przy ulicy Limanowskiego w Częstochowie. To ten obiekt najmocniej przypomina historię drużyny z lat 90-tych. – Tutaj czas się zatrzymał. Gdy skończyłem grać w piłkę w Częstochowie w 1999 roku, to jedyną nowością na stadionie od tamtej pory są maszty oświetleniowe. XXI wiek tutaj jeszcze nie dotarł – mówi Jan Spychalski, jeden z liderów ówczesnej ekipy. – Prócz stadionu wszystko się zmieniło. Gra jest szybsza, bardziej poukładana taktycznie. Wtedy graliśmy na przykład z forstoperem – uśmiecha się Piotr Bański, który w Rakowie spędził większość swojego piłkarskiego życia.

Zawodników, którzy w latach 90-tych z Częstochowy ruszali w wielką karierę piłkarską było znacznie więcej. Chociażby selekcjoner reprezentacji młodzieżowej U-20 Jacek Magiera, chwilę wcześniej w świat z Częstochowy wyruszył także selekcjoner „dorosłej” kadry, Jerzy Brzęczek. Paweł Skrzypek, Tomasz Kiełbowicz, Grzegorz Skwara, a w kolejnych latach jeszcze Maciej Gajos czy Maksymilian Rogalski. – Wszystko rozpoczęło się od naszego zespołu. Tworzyli go w niemal 70 procentach wychowankowie Rakowa, chłopcy z Częstochowy i okolic. Ekipa charakterna, walczaki, trenerzy również związani mocno z klubem – opisuje ówczesną ekipę Bański. Trenerem, który rozpoczął marsz z Rakowem w górę hierarchii ligowej był Jan Basiński, dzięki któremu Raków w 1990 roku awansował do drugiej ligi. – To była stabilna drużyna, na którą złożyły się dobre roczniki piłkarzy – dodaje Spychalski, który w oczach wielu miał „papiery na grę” w reprezentacji.

Spychalski w zespole Rakowa pojawił się pod koniec lat 80-tych, w sezonie 1993/94 wraz z kolegami świętował awans do ekstraklasy. – Były to trudne mecze. Długo byliśmy w środku tabeli, nie wierzyliśmy nawet, że możemy awansować. A sami prezesi i działacze Rakowa nie wiedzieli chyba nawet, czy klub stać na ten awans. W II lidze nie mieliśmy kontraktów, byliśmy prowadzeni przez Hutę Częstochowa, mieliśmy pensje jak każdy pracownik huty. Na mecze jeździliśmy autokarami z huty – uśmiecha się Spychalski. – Walczyliśmy z Olimpią Poznań i Miedzią Legnica o awans. Zapewniliśmy go sobie na dwie kolejki przed końcem sezonu, wygrywając z Arką Gdynia 6:1. Sami po końcowym gwizdku byliśmy w szoku, ale świętowanie było udane – mówi Bański.

Pewną analogią pierwszego awansu Rakowa do elity z tą dzisiejszą promocją jest osoba trenera. Marek Papszun – fachowiec i duża osobowość. Podobnie określany był Zbigniew Dobosz, człowiek, który miał rękę do wyszukiwania talentów, nieraz na częstochowskich podwórkach. – Trener bardzo wymagający, znał psychikę zawodników, potrafił do nich trafić. Tytan pracy, treningi nieraz odbywały się codziennie, łącznie z sobotą i niedzielą. Wyławiał zawodników, którzy potem grali dalej – wspomina zmarłego w 2014 roku trenera Bański, który został wyłowiony przez niego na szkolnym boisku w Olsztynie, pod Częstochową. – Zaprosił mnie na trening, przypadkowo dość trafiłem do Rakowa – dodaje. Również u Dobosza rozpoczynali kariery Rogalski czy Gajos. – To on tworzył historię częstochowskiej piłki. – Bez niego nie byłbym tym, kim jestem. Człowiek, który pokazał mi, co jest wartościowe w życiu, wpoił mi ogromną wiedzę, z której nieustannie korzystam – powiedział swego czasu o trenerze Jacek Magiera.

Raków w ekstraklasie przez wielu był traktowany jak ubogi krewny. Sportowo nigdy nie można było odmówić ambicji czy charakteru, ale organizacyjnie do najlepszych częstochowskiej ekipie wiele brakowało. – Naszym jedynym sponsorem była huta. Większość z nas była na etatach, huta przyznawała premie. Nie były to bajońskie sumy, zapewniam... – mówi Bański, kontynuując. – Będąc czasem na kadrze młodzieżowej rozmawiałem z chłopakami, również o zarobkach. Wolałem nie mówić o konkretach, jakie są u nas stawki. I tak by nie uwierzyli. – Kibice w Częstochowie myśleli natomiast, że my zarabiamy krocie. Pamiętam taką rozmowę, gdy jechałem w taksówce – opowiada Spychalski. 

– Wam to tylko zazdrościć. Zarabiacie kokosy, a za awans każdy samochód dostał i wycieczkę do egzotycznych krajów. Wszyscy tak mówią na mieście – mówił kierowca

– Reklamówka, piłka i dres. Ta wersja jest bliższa prawdy – odpowiedziałem

Długo musiałem przekonywać kierowcę, że za awans nie byłem na żadnym urlopie w egzotycznym kraju, ale i tak pewnie niczego nie wskórałem – wspomina Spychalski. – Gdy poszedłem do Grodziska Wielkopolskiego, po latach gry w Rakowie, to pierwsza pensja była wyższa niż te premie w Częstochowie. A gdy raz przy okazji meczu z Legią z Jackiem Zielińskim zeszliśmy na temat płac, to nawet skromny defensor, gdy dowiedział się za ile gramy w Częstochowie powiedział: – Za takie sumy to ja bym nie grał.

To wszystko jednak tylko wzmacniało piłkarzy Rakowa, którzy swoją wartość udowadniali na murawie. W najlepszym sezonie w historii klubu, 1995/1996 zajęli ósme miejsce. – Graliśmy z bogaczami z Amiki Wronki czy z naszpikowanym reprezentantami Widzewem. Ale na boisku każdy był równy. Graliśmy dla kibiców. Na meczach z Legią czy Widzewem nasz stadion był wypełniony do ostatniego miejsca ponad godzinę przed spotkaniem. Fani łaknęli tej piłki na najwyższym poziomie, dla nich to była odskocznie od tego, co się działo w życiu codziennym – mówi Spychalski, któremu najbardziej podnosiły poziom adrenaliny mecze z sąsiadami zza między czyli Górnikiem, GKS Katowice czy też Ruchem Chorzów. – Ja z kolei mam dwa pamiętne mecze. W pierwszym sezonie w ekstraklasie byliśmy skazywani na spadek, graliśmy w ostatniej kolejce na Stomilu Olsztyn. To była mocna paka, Tomasz Sokołowski czy Sylwester Czereszewski w składzie rywala. Wielu na nas postawiło krzyżyk, a my jednak wygraliśmy 1:0, cała Polska była zdumiona. Sędzia z boiska wyrzucił Roberta Mroza, Andrzej Kretek wybronił kilka piłek, które praktycznie były nie do... wybronienia. W 1995 roku wygraliśmy również z Górnikiem Zabrze, w Wielką Sobotę 2:0. To była naprawdę wielka sobota w Częstochowie – wspomina Bański.

Pierwsza przygoda Rakowa z ekstraklasą trwała cztery sezony. W sezonie 1997/1998 Raków zajął osiemnaste miejsce i musiał pożegnać się z piłkarską elitą. – Wtedy paradoksalnie mieliśmy dobrą koniunkturę na piłkę w Częstochowie. Nie trafiliśmy jednak z transferami. Postawiliśmy na chłopaków z zewnątrz, odeszli od nas Jacek Magiera i Paweł Skrzypek. Nie udało się uratować ligi, a spadliśmy w najgorszym momencie. Do ligi wchodził wówczas Canal Plus, wycofała się również ze sponsorowania Huta Częstochowa. To był trudny czas dla nas, ale i tak mogliśmy jeszcze po roku powalczyć o powrót do elity – wspomina Bański, który przez Jacka Magierę określony został jako gracz „z niesamowitą lewą nogą”. – Lewa noga? W pewnym momencie w klubie do gry była trójka lewonożnych piłkarzy. Ja, Andrzej Dziedzic i Tomasz Kiełbowicz. Teraz chyba takiej trójki w lidze nie ma, jest faktycznie deficyt – przyznaje obecny trener młodzieży w Skrze Częstochowa.

Pierwszy sezon po spadku z elity Raków zakończył na drugim miejscu, co przy dwóch grupach nie wystarczyło do awansu. Awans do elity udało się osiągnąć, ale jednak trochę później. Teraz wszyscy byli zawodnicy Rakowa czekają na pierwsze występy częstochowian w gronie szesnastu najlepszych drużyn w kraju. – Swoją grą w pierwszej lidze i półfinałem Pucharu Polski Raków rozbudził apetyty kibiców. Jeżeli wzmocni zespół, to może to być rewelacja kolejnego sezonu – dodaje na koniec Bański.

Tadeusz Danisz

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności