Aktualności

Jan Woś coraz bliżej celu – ekstraklasa jako trener

Rozgrywki07.05.2020 
Jan Woś to legenda Odry Wodzisław Śląski. W jej barwach rozegrał ponad 200 meczów w ekstraklasie, przeżył z klubem najlepsze momenty w jego historii, doświadczył też bolesnego upadku wodzisławian. Teraz jest prawą ręką Jarosława Skrobacza w GKS-ie Jastrzębie. – Mój cel to powrót do ekstraklasy tym razem jako trener. Jestem coraz bliżej. Pracuję na szczeblu centralnym, mam pracę blisko domu, przypatruję się pracy trenera, który zrobił dwa awanse z Jastrzębiem. Pewnie, że można od razu rzucić się na głęboką wodę i zostać pierwszym trenerem, co się niektórym udaje. Ja obrałem trochę inną, bardziej mozolną drogę. Liczę, że w końcu dopnę swego – przekonuje.

Nie ma prawdopodobnie drugiego piłkarza tak mocno kojarzonego z Odrą Wodzisław Śląski jak pan. Dla kibiców Odry jest pan legendą!
Skoro Odra, to myślę o pięknym czasie, który spędziłem w tym klubie. Dziś mogę jedynie czuć żal, że moja była drużyna sportowo upadła tak nisko. Jest w IV lidze, póki co nie zapowiada się na lepszą przyszłość klubu, którego dotknął marazm. Stoi w miejscu. Do Odry trafiłem w 1989 roku, czyli piętnaście lat po swoich narodzinach. Byłem w 8. klasie szkoły podstawowej. W Odrze zadebiutowałem w wieku 17 lat przeciwko Ślęzie Wrocław, dostając „wędkę od trenera” Mariana Piechaczka, który ściągnął mnie z boiska w 36. minucie. Nie grałem dobrze. Sugerując się swoją formą w trakcie okresu przygotowawczego, myślałem, że lepiej sobie poradzę w pierwszym ligowym spotkaniu, nawet strzeliłem gola w Bytomiu na turnieju SANEXu. Przegrałem z psychiką, zjadła mnie trema. Powiem szczerze, że spłynęło to po mnie jak po kaczce. Szybka zmiana nie zostawiła większej zadry na mojej psychice.

W 1996 roku Odra z panem w składzie awansowała do ekstraklasy. Sezon później zdobył pan pierwszego gola w ekstraklasie.
U siebie z Legią Warszawa. Szybko zaczęliśmy – trochę ponad 30 sekund i po moim golu prowadziliśmy 1:0, ale przegraliśmy 1:3. Oglądałem ostatnio powtórkę spotkania Odra – Legia z 2006 roku, w którym grałem. Mój kolega z drużyny Marcin Chmiest jeszcze szybciej zdobył bramkę – w 31. sekundzie pokonał broniącego wówczas w Legii Łukasza Fabiańskiego. Na pewno nie zapomnę europejskich pucharów z Odrą – już w pierwszym sezonie po awansie zgłosiliśmy się do Pucharu Intertoto. Co ciekawe, w międzyczasie załapaliśmy się do Pucharu UEFA. Stało się tak dzięki wygranej Legii w ostatniej kolejce z GKS-em Katowice. My z kolei ograliśmy 3:2 Hutnika Kraków i zajęliśmy 3. miejsce. Latem rywalizowaliśmy więc w dwóch europejskich pucharach. To było dla nas coś niesamowitego. Wcześniej graliśmy w II lidze – dzisiejszej Fortuna 1 lidze – ledwie zrobiliśmy awans, a tu puchary i spotkania z Olympique Lyon, Rotorem Wołgograd, Austrią Wiedeń... Ogromny przeskok w naszej karierze. Wtedy był to kosmos!



To nie jedyny miły akcent związany z pańską grą w Odrze.
Barwy tego klubu reprezentowałem najdłużej, stąd najwięcej pozytywnych wspomnień akurat z Odrą. Zagrałem w pierwszym i ostatnim meczu Odry w ekstraklasie. Zanim awansowaliśmy do niej, rozegrałem ponad 150 meczów w II lidze. Była jeszcze gra w III lidze – dzisiejszej II. Po sezonie wróciliśmy na drugi szczebel rozgrywkowy, robiąc awans młodymi chłopakami, wspomnę choćby Sławka Palucha czy Witolda Wawrzyczka. Tych moich ligowych występów w Odrze uzbierało się ponad 500, cały czas mieszkam w Wodzisławiu Śląskim, dlatego tak mocno kojarzę się z tym zespołem. Ale najlepszym piłkarzem byłem w Ruchu Chorzów. Przez dwa lata występów tam udało mi się strzelić 14 goli, zaliczyłem też 14 asyst, podczas gdy w całej karierze zdobyłem 31 bramek. Niemal połowę tego dorobku zgromadziłem zatem w Chorzowie. Także w Ruchu skompletowałem klasycznego hat-tricka z Groclinem. I to o tyle ciekawe, że nie był to jakiś wybitny mecz w moim wykonaniu. Wykorzystałem dwa karne, jednego gola dołożyłem z akcji. Za to dla Odry zaliczyłem dwa piękne trafienia z Jagiellonią Białystok – wygrywając 3:2, zapewniliśmy sobie utrzymanie w ekstraklasie. Inny dublet to na Wiśle w barwach Ruchu w przegranym spotkaniu 2:5. W ponad 300 spotkaniach na poziomie ekstraklasy poniosłem więcej porażek, rozegrałem więcej słabszych niż lepszych meczów. I praktycznie cały czas walczyłem o utrzymanie.



Ryszard Wieczorek – najpierw pana kolega z boiska, potem trener. Trudno było przestawić się z relacji koleżeńskich na relację szef – pracownik?
Ryszard Wieczorek wziął mnie pod swoje skrzydła. Gdy ja zaczynałem, on miał już duże doświadczenie ligowe. Pomógł mi w w moich początkach w Odrze. Odrę prowadził dwa razy i dwa razy z nim pracowałem. Dziwnie się z tym czułem, kiedy widziałem go po drugiej stronie barykady. Wiedziałem o człowieku bardzo dobrze jako o piłkarzu, znałem jego zachowania, a teraz będzie ode mnie wymagał... Dało się przyzwyczaić. Jak w normalnych relacjach w drużynie: trener wymaga, a ty się musisz dostosować. Jeżeli na początku ustalone są określone zasady, to tym lepiej dla dalszej współpracy.

Paweł Sibik – inny piłkarz, który odcisnął mocne piętno na Odrze. Jego akurat większość kibiców pamięta z powołania na mistrzostwa świata 2002 w Korei i Japonii.
Zaraz po swoim przyjściu wywalczył z nami awans. Trener Marcin Bochynek wyciągnął Pawła z Lechii Dzierżoniów. Graliśmy razem sporo lat. Kiedy jednak leciał na mundial, ja byłem zawodnikiem Ruchu. Z tego co pamiętam w sezonie, kiedy ważyły się losy powołań na mistrzostwa świata, Paweł strzelił w lidze sześć goli i zaliczył dziewięć asyst. Wiele osób kwestionowało zasadność powołania Pawła. Moim zdaniem w tamtym czasie był jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym prawym pomocnikiem w polskiej ekstraklasie. Miał dużo atutów. Był szybki, dobry technicznie, strzelał sporo goli. Jest trzecim strzelcem Odry, jeśli chodzi o ekstraklasę. Pierwsze miejsce zajmują Mariusz Nosal oraz Michał Chałbiński. Był pomocnikiem trudnym do zatrzymania.



Karierę zakończył pan w 2012 roku i zajął się trenowaniem. Innej opcji pan nie rozważał?
Już bardzo dawno zacząłem się przygotowywać do zostania w piłce po zakończeniu kariery zawodniczej. Pierwsze uprawnienia, czyli instruktora piłki nożnej, zrobiłem rok po awansie do ekstraklasy. Następnie zdobyłem papiery trenera II klasy, na trenera UEFA A musiałem zrobić kurs wyrównawczy. Rok temu skończyłem kurs UEFA Pro. Po drodze wykwalifikowałem się jako menedżer sportu, ale nie taki zajmujący się handlem piłkarzami, a sprawujący funkcje organizacyjne w klubie. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł robić coś innego. Gdy Odra upadła, zostałem trenerem Skry Częstochowa. Byliśmy nawet blisko awansu. Zabrakło jednak wiedzy i doświadczenia, jak to zrobić. Przez chwilę – dziesięć miesięcy – pracowałem w Unii Racibórz. Gdy tylko nadarzyła się szansa ponownej pracy w III lidze, objąłem zespół Pniówka Pawłowice. Od dwóch lat jestem asystentem trenera Jarosława Skrobacza w I-ligowym GKS-ie Jastrzębie. Mój cel – powrót do ekstraklasy tym razem jako trener – coraz bliżej. Pracuję na szczeblu centralnym, mam pracę blisko domu, przypatruję się pracy trenera, który zrobił dwa awanse z Jastrzębiem. Pewnie, że można od razu rzucić się na głęboką wodę i zostać pierwszym trenerem, co się niektórym udaje. Ja obrałem trochę inną – bardziej mozolną drogą. Liczę, że w końcu dopnę swego.



Na boisku dopiął pan swego?
Jestem zadowolony z tego, co osiągnąłem w piłce. Jedynie okresu w Groclinie nie mogę zaliczyć do udanych. Dla Groclinu to były epoka City i pucharów, mój udział w wynikach zespołu był znikomy. Jednak oceniając całościowo swoją karierę, mogę przyznać, że była ona udana.

Rozmawiał Piotr Wiśniewski

foto główne: gksjastrzebie.com

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności