Aktualności

Ivan Djurdjević i jego ewolucja. „Kiedyś myślałem, że trener może wszystko”

Rozgrywki22.04.2020 
Ivan Djurdjević na własnym przykładzie przekonuje się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Kiedy był piłkarzem, miał inne wyobrażenie o pracy trenera. Perspektywa zmieniła się, gdy zaczął odpowiadać za wyniki drużyny. Chrobry Głogów jest drugim klubem, który samodzielnie prowadzi.

W Chrobrym Djurdjević został zatrudniony przed początkiem obecnego sezonu. Wcześniej przez kilka miesięcy wytrwał na stanowisku trenera Lecha Poznań (maj – listopad 2018 roku), obejmując tę posadę po pracy z rezerwami „Kolejorza”. Do roli pierwszego trenera przygotowywał się w zespole U-19 poznaniaków, gdzie najpierw był asystentem, później sam odpowiadał za wyniki. – Im głębiej wchodzę w trenerski las, tym dostrzegam coraz więcej różnic między byciem szkoleniowcem, a piłkarzem. To są dwa kompletnie inne światy, choć pewne nawyki i zachowania z boiska zostają w człowieku. Na przykład obserwacja oraz doświadczenie sprawiają, że szybciej niektóre rzeczy zauważasz – komentuje dla Łączy Nas Piłka opiekun Chrobrego.

Ekscentryczny Jesus

W 2007 roku Djurdjević wylądował w Lechu. Przed „Kolejorzem” reprezentował barwy klubów serbskich, hiszpańskich, portugalskich. To jednak w stolicy Wielkopolski zapracował na szacunek klubu oraz trybun. Pomogło mu wieloletnie przywiązanie do niebiesko-białych barw. Przy Bułgarskiej spędził sześć lat jako piłkarz. Potem stopniowo powierzano mu coraz ambitniejsze zadania, zwieńczone pracą w roli pierwszego trenera „Kolejorza”.



– Uważam, że najłatwiej w późniejszej pracy trenera mają byli bramkarze, środkowi obrońcy oraz środkowi pomocnicy. To wynika ze specyfiki ich pozycji: oczy dookoła głowy, widzą co się dzieje przed nimi i za nimi. Mają duże pole widzenia do obserwacji. Kiedyś taki podział był standardem, dziś piłka się zmienia, przez co piłkarze stają się wszechstronniejsi. Ale nie zmieniło się to, ze na zawodnikach ze środka pola i obrony oraz bramkarzach spoczywa dużo większa odpowiedzialność. Taki bramkarz choćby żyje ze świadomością, że za nim nie ma już nikogo – mówi Djurdjević, kiedyś z powodzeniem grający na pozycji obrońcy jak i defensywnego pomocnika.

Taka wszechstronność pomogła mu łatwiej wejść w świat trenerów. – Staram się mieć otwartą głową na każde rozwiązanie. Nie zamykam się w granicach własnego egoizmu. Duży wpływ na moje postrzeganie futbolu miał Jorge Jesus, który prowadził mnie w Vitorii Guimares oraz Belenenses. Z czasem na piłkę zacząłem patrzeć przez pryzmat niego – przyznaje „Dima”. – Ten trener słynie z bardzo wybuchowego charakteru. Jeden z jego byłych piłkarzy pracuje dziś w sztabie reprezentacji Portugalii do lat 21. Współpracowali razem w kilku klubach. Gdy ów piłkarz dołączył do Vitorii, wręcz dziwił się opanowaniem Jesusa. „Trenerze, jakiś pan taki spokojny. Nie poznaję”. „Słuchaj Romeo, to że teraz jestem spokojny, nie znaczy, że się potem nie odegram” – usłyszał.

Kiedyś Jesus pojechał do Brazylii obserwować Weldona, który robił w swoim kraju za lokalną gwiazdę. Zadowolony wrócił do klubu i na jednej z odpraw wychwalał atuty naszego nowego kolegi. „Zobaczycie, kogo znalazłem!” – tryskał energią. Weldon dołączył w trakcie okresu przygotowawczego. Jeden, drugi mecz.... prezentował się jednak tak słabo, że nie mógł nawet trafić do bramki w trakcie treningu. Widzący do Jesus przerwał zajęcia, zaczyna krzyczeć w kierunku Brazylijczyka: „Ty nie jesteś Weldonem, jesteś jego gorszą kopią. Co z nim zrobiłeś? Zabiłeś?!” Śmiechu było co nie miara.



Piłkarz jest od zadań, trener od wskazówek

Ojczyznę urodzony w Belgradzie Djurdjević opuścił pod koniec lat 90-tych. To był gorący okres na Bałkanach. Po rozpadzie Jugosławii w nowych republikach wybuchały krwawe konflikty. Walki toczyły się w Słowenii, Chorwacji, na terenie Bośni i Hercegowiny. – Byłem nastolatkiem, nie do końca świadomym, co się dzieje wokół. Owszem, wiedzieliśmy o konfliktach, ale graliśmy w piłkę i co innego zaprzątało nam głowę. Dzięki piłce byliśmy oderwani od tragicznej rzeczywistości. Pod koniec lat 90-tych, kiedy rozpoczęły się bombardowania, grałem już w Hiszpanii. Dopiero dzisiaj człowiek uświadamia sobie, co to były za czasy. Ludzie głodowali, spadały im bomby na głowę, ja na szczęście tego nie doświadczyłem – opowiada.

Wojna więc nie odcisnęła aż tak bardzo piętna na Djurdjeviciu, który na boisku raczej nie sprawiał problemów. – Bo ja ogólnie należę do spokojnych osób. Jedyne co mnie irytuje, to sytuacje, kiedy piłkarze nie wykonują należycie swoich zadań. Dostaję szału, widząc, że nie dają z siebie 100 procent. A i na siebie potrafię się wkurzyć, gdy nie przygotowałem się, albo coś pominąłem. Człowiek z wiekiem poważnieje, już tak nie ulega emocjom. Wie, że na niektóre rzeczy nie ma wpływu, więc po co się denerwować? Zauważam po sobie, że stałem się jeszcze spokojniejszy. Nie tracę energii na niepotrzebne nerwy. Ale chęć rywalizacji, wygrywania zostają na zawsze. Tego akurat nie wymażesz tak po prostu – przekonuje Djurdjević.



Sięga po książkę noblistki

Prootwarte podejście do życia pozwoliło mu lepiej zrozumieć zawód trenera. – Kiedyś myślałem, że trener ma wpływ na wszystko i na wszystkich, że może więcej. Z czasem przekonałem się, że to nieprawda. Widzę po sobie, że cały czas uczę się na własnych błędach. Czuję, że z roku na rok rozwijam się pod tym względem. Procentuje też złe doświadczenie w pracy w Lechu. Takie trudne momenty, jak zwolnienie, pomagają się zmieniać na lepsze. Trudne sytuacje uczą najwięcej. Wtedy człowiek poznaje życie – stwierdza „Dima”.

Już na starcie w Chrobrym trudności pojawiały się jedna za drugą. Chrobry przegrywał mecz za meczem. Z czasem poprawiły się wyniki i pozycja głogowian w tabeli (13. miejsce). To było przed przerwą z powodu pandemii. A w przerwie spowodowanej zarazą, Djurdjević oddaje się swoim pasjom. – Bardzo lubię czytać książki. Większość uwagi poświęcam jednak swoim 7-letnim bliźniakom. One są moim hobby. Książki różne, niepiłkarskie, związane z psychologią sportu, liderowaniem. Coś na zasadzie coachingu. Na urodziny dostałem powieść polskiej noblistki Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”. Trudna literatura, ale napisana w bardzo ciekawy sposób. Nie dziwię, że ta autorka dostała Nobla – przyznaje.



Na koniec mówi o sobie: – Byłem wychowany w różnych religiach. Mój ojciec praktykował prawosławie, matka i babcia były katoliczkami. Nie patrzę na kogoś przez pryzmat pochodzenia, tylko jakim jest człowiekiem. Takie zasady mi wpojono. Narodowość nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Pochodzenie to jedynie granice w naszych głowach. Poznałem ludzi z wielu krajów, wszędzie mam znajomych, przyjaciół. Moja żonka jest Polką, dzieciaki są Polakami. Chciałbym być postrzegany jako obywatel świata.

Piotr Wiśniewski

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności