Aktualności

[FORTUNA I LIGA] Czas bielszczan? Podbeskidzie idzie drogą sprzed dziewięciu lat

Rozgrywki12.02.2020 
Piłkarze Podbeskidzia Bielsko-Biała przygotowują się do startu rundy wiosennej Fortuna I ligi. Kibice „Górali” mają nadzieję, że forma wykuwana na obozie w Turcji oraz na własnych obiektach przysłuży się temu, że latem zespół trenera Krzysztofa Brede będzie mógł świętować awans do ekstraklasy, tak jak to miało miejsce dziewięć lat temu. Porównania do sezonu 2010/2011 nie są zresztą całkiem bezpodstawne.

Zima, 2011 rok. Bielszczanie, którzy już we wcześniejszych latach zgłaszali aspiracje ekstraklasowe, po pierwszej rundzie rozgrywek w I lidze zajmują drugie miejsce, premiowane bezpośrednim awansem. Nikt jednak w połowie sezonu nie może jeszcze robić przymiarek do ekstraklasy, bo tuż za plecami Podbeskidzia jest Piast Gliwice. Ostatecznie bielszczanie awansowali do piłkarskiej elity z drugiego miejsca, lepszy okazał się tylko Łódzki Klub Sportowy. Piast zajął natomiast piąte miejsce.

Trener, drużyna, miejscowe wsparcie

Kibice w Bielsku-Białej obecnie coraz częściej wracają myślami do tamtych wydarzeń. Nie tylko z racji tego, że to historyczny awans, a dzisiaj w klubie są coraz większe apetyty związane z powtórką. Nie chodzi również o to, że obecnie Podbeskidzie ma równie dobrą pozycję wyjściową – aktualnie jest trzecie, ma punkt straty do drugiej Stali Mielec. Drużyna trenera Brede coraz częściej bowiem przypomina zespół sprzed dziewięciu lat, trenowany wówczas przez Roberta Kasperczyka. Siłą Podbeskidzia, aktualnej i tej historycznej drużyny, są miejscowi zawodnicy. – Faktycznie, coś w tym jest. To mogło się przełożyć na nasz końcowy wynik w tym sezonie – mówi jeden z graczy ówczesnego Podbeskidzia, pochodzący z Krakowa Dariusz Kołodziej.



W ostatnich latach proporcje w bielskim zespole były różne. Nie brakowało sezonów, gdy w drużynie z Beskidów było nawet 7-8 obcokrajowców. Obecnie jest ich pięciu – właściwie najmniej od momentu, gdy Podbeskidzie… wywalczyło awans. – Obcokrajowiec przyjeżdża do Polski albo jedynie zarobić albo traktuje nasz kraj jako przystanek do kariery. Polscy zawodnicy inaczej do tego podchodzą. Są u siebie w domu, inaczej pewnie myślą – mówi Kołodziej, który grał w zespole przede wszystkim ze Słowakami. Richard Zajac, Robert Demjan i Juraj Dancik oraz Czech Frantisek Metelka czuli się jednak w Bielsku-Białej jak u siebie. – Dancik i Zajac osiedlili się u nas, są związani cały czas z miastem. To pokazuje, że już wtedy mieli chyba inne myślenie, chcieli serducho zostawiać dla miasta, utożsamiali się z Podbeskidziem. Obcokrajowcy, ale jednak ludzie związani z klubem – tak charakteryzuje swoich ówczesnych kolegów z drużyny Kołodziej.

Również osoby trenerów można w jakiś sposób porównać. Robert Kasperczyk wprowadzając bielszczan do ekstraklasy dopiero pracował na swoje nazwisko. Na podobnym etapie, wychodzenia z pewnej anonimowości, jest trener Krzysztof Brede. – To była ekipa ze świetną atmosferą, idealnie się nam to wszystko zazębiało. W szatni nie było typowego lidera, co też stanowiło wartość. Odpowiedzialność za wynik rozkładała się na kilku chłopaków. Było sporo zawodników z mocnym charakterem, którzy mogli powiedzieć swoje zdanie – mówi Kołodziej, który w pamiętnym sezonie dopiero wchodził do drużyny. Bielszczanie swój skład sprzed dziewięciu lat, który zapewnił im awans, opierali na takich zawodnikach jak Bartłomiej Konieczny, Sławomir Cienciała, Marek Sokołowski, Sebastian Ziajka czy Tomasz Górkiewicz. Zawodnicy związani z Beskidami, albo przynajmniej już mocno osadzeni w tamtejszych klimatach. – Wszyscy rozumieliśmy się świetnie, na boisku, jak i poza nim. Nie było żadnych podziałów, żadnych grupek. Wiedzieliśmy, jaki jest nasz cel. Byliśmy grupą ludzi, która się lubiła na boisku, ale i poza nim spędzaliśmy razem czas. Grupa walczaków. Gdy wychodziliśmy na boisko, to nie było przebacz, walka do upadłego. Jeńców nie braliśmy – wspomina Dariusz Kołodziej.

Problemy z hipopotamem

Ogromną pracę w pamiętnym awansie do ekstraklasy wykonali Słowacy. Zajac był wówczas filarem bielskiej ekipy, bramkarzem z niepodważalną pozycją w zespole. Demjan zdobył dziewięć bramek, a Dancik również rozegrał większość meczów. Stosunkowo najmniej wówczas grał Czech Metelka, który spędził w Bielsku-Białej jedynie rok, wiosnę 2011 i jesień w ekstraklasie. – O nich można było mówić w samych superlatywach, wiele dawali zarówno na boisku, jak i poza nim. Wiele wnosili do drużyny w szatni – wspominał kiedyś w jednym z wywiadów inny z czołowych defensorów bielszczan, Jacek Broniewicz. – Zawsze mieliśmy z nimi wielki ubaw. Śmialiśmy się z ich słowackiej wymowy, czasami to był istny kabaret. Po słowacku hipopotam to hroch. My powtarzaliśmy to, tak jak słyszeliśmy. Natomiast oni nas poprawiali, że to trzeba wymawiać z „miękkim r”. Oni nas poprawiali, my za nimi mówiliśmy, tyle, że my nie słyszeliśmy żadnej różnicy między złą, a dobrą wersją. Przy wymowach polskich słówek było podobnie, tyle, że to my byliśmy nauczycielami – śmieje się Kołodziej.



W obecnej drużynie Podbeskidzia różnorodność narodowa jest zdecydowanie większa. Słowacki bramkarz Martin Polacek, Dmytro Baszłaj z Ukrainy, holenderski pomocnik Desley Ubbink oraz hiszpańsko-chorwacki duet napastników: Ivan Martin i Marko Roginić. Największy udział w trzecim miejscu Podbeskidzia po pierwszej rundzie ma ten ostatni, ale trzeba docenić także wysiłek Polacka czy Baszłaja. – Przyglądamy się tej drużynie i oczywiście trzymamy za nich kciuki. Jak tylko mamy okazję, widujemy się na meczach z byłymi zawodnikami Podbeskidzia. Bardzo dużo chłopaków z tego zespołu mieszka w Bielsku-Białej, niemal wszyscy działają przy piłce, kontakt więc jest. Nie wyobrażam sobie, że dzisiejsze Podbeskidzie nie będzie do końca walczyć o awans. No chyba, że już wcześniej będzie świętować – dodaje z uśmiechem Kołodziej, który zwraca uwagę na zimowe transfery i pozyskanie Kamila Bilińskiego oraz Mateusza Marca. – Bardzo dobre ruchy. Ważne, że nie było rewolucji, nikt nie chce stawiać wszystkiego na jedną kartę wiosną i szaleć na rynku transferowym. Wszystko jest czynione z głową – zauważa.

Czas awansów

Dziewięć lat temu trudno było sobie wyobrazić bramkę Podbeskidzia bez Zajaca. W sezonie, w którym Podbeskidzie mogło świętować, Słowak opuścił tylko jedno spotkanie, łącznie rozegrał dla bielszczan 86 spotkań w samej tylko ekstraklasie. Dzisiaj na podobną pozycję w Bielsku-Białej chce zapracować 29-letni Martin Polacek, który do drużyny z Bielska-Białej dołączył latem. Jesienią zagrał w czternastu meczach i był pierwszym wyborem u trenera Brede. – Na pewno Zajac to jeden z symboli tamtejszej ekipy. Ale nie ma co porównywać drużyn z tych dwóch okresów, czy poszczególnych zawodników. To jest niewymierne. Poziom piłkarski idzie do góry, starsi powiedzą, że jak myśmy grali, to było lepiej. Ale ja mam odmienne zdanie. Często widzę młodych na treningu. Może technicznie faktycznie nie byłoby różnicy, ale szybkość i dynamika dzisiaj wygląda lepiej. Piłka dzisiaj jest inna. Kiedyś była mocno wydolnościowa, dzisiaj są inne akcenty, dynamiczne. Więc też na to się zwraca większą uwagę, na szybkość – mówi Kołodziej, który obecnie jest odpowiedzialny między innymi za to, by lokalna młodzież odgrywała coraz większą rolę w pierwszej drużynie Podbeskidzia.

Były pomocnik bielszczan opiekuje się drużyną juniorów młodszych Podbeskidzia, ale także cały czas... gra w piłkę. W bielskiej lidze okręgowej, w zespole Czarni Jaworze. – Cały czas forma jest, jesienią trochę bramek strzeliłem, ale młodszym kolegom z Podbeskidzia udziału w awansie już nie będę odbierał – uśmiecha się 37-latek. – Ja mam jednak również zamiar powalczyć o promocję, do czwartej ligi. Nie wiem czy prezes Czarnych będzie z tego zadowolony, czy będzie to dla niego kłopot, ale... chcę by to był czas awansu. Bo Podbeskidzie awansuje – kończy znany ze swojego optymistycznego podejścia do życia Kołodziej.

Tadeusz Danisz

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności