Aktualności

[WYWIAD] Sebastian Musiolik: Czekają mnie święta po włosku, ale barszcz czy pierogi trudno przebić

Rozgrywki22.12.2020 

Jeszcze w maju 2018 roku Sebastian Musiolik grał w piłkę w drugoligowym ROW Rybnik. Od transferu do Rakowa Częstochowa jego kariera nabrała błyskawicznego tempa – z pierwszej ligi trafił do ekstraklasy, a teraz występuje w Pordenone, we włoskiej Serie B. – Mój przykład to potwierdzenie, że wszystko jest możliwe. Dużo zawdzięczam trenerowi Markowi Papszunowi, który wyciągnął mnie z ROW–u – przyznaje 24–letni napastnik.

Jak to się stało, że trafiłeś do Pordenone. Sezon zacząłeś jeszcze w Rakowie, ale byłeś głównie zmiennikiem. To był powód odejścia?

Na wyjazd zagraniczny nastawiałem się już od przerwy zimowej. Wtedy pojawiły się pierwsze zapytania. Były oferty z Kazachstanu i Korei Południowej, ale nie dość, że nie były konkretne, to zaraz zaczęła się w Polsce pandemia koronawirusa. To był jednak sygnał, że kluby zagraniczne interesują się mną i latem mogą znów pojawić się propozycje. Wiedziałem, że w Rakowie też nie będą blokować transferu. Na dodatek do zespołu dołączył Vladislavs Gutkovskis i widziałem, że jest w formie. Moje szanse na grę w podstawowym składzie zmalały, ale nie obawiałem się rywalizacji. Zwłaszcza że poprzednim sezonie z powodzeniem o to walczyłem. Przyszła jednak oferta z Pordenone. Nie będę ukrywał, że znałem ten klub, ale to jest Serie B i uznałem, że mogę się tam rozwijać. Czasu na zastanawianie się właściwie nie było. Między transferem, a debiutem minęły zaledwie trzy dni. To też pokazało, że Włosi bardzo na mnie liczą

Pordenone to rzeczywiście mało znany klub. Czym się charakteryzuje?

Dopiero w 2019 roku pierwszy raz awansował do Serie B. W poprzednim sezonie dotarli nawet do play off i walczyli o Serie A. To zespół, w którego kadrze są niemal wyłącznie Włosi i wielu z nich pochodzi z okolic. Gra jeszcze Chorwat Karlo Butić, ale we Włoszech jest już od dłuższego czasu i dwóch Polaków, bo oprócz mnie jest Adam Chrzanowski. W Pordenone nie mamy odpowiedniego boiska, dlatego mecze rozgrywamy w oddalonym o 40 minut jazdy Lignano, a stadion leży dwie minut od brzegu Morza Adriatyckiego.



Decyzję o przejściu do ligi włoskiej podjąłeś z dnia na dzień, to pewnie nie było szans, by nauczyć się języka.

Rzeczywiście włoskiego nie znałem, a jak się okazało angielski na niewiele się przydał. Szybko rozpocząłem lekcje i na boisku właściwie już wszystko rozumiem. Wciąż mam barierę, by się przełamać i zacząć mówić .Na szczęście jest Adam, który we Włoszech było już wcześniej i dużo mi pomagał. Teraz wiele zależy od mojej zawziętości w nauce, ale to kwestia czasu, że będzie z tym coraz lepiej. A jeśli chodzi o język angielski, to my w porównaniu z Włochami mówimy świetnie. Tu jednak za bardzo mi się nie przydaje.

Jak można porównać Serie B do polskiej ekstraklasy?

Tu obrońcy grają bardzo agresywnie, jest duża intensywność i wiele uwagi poświęca się taktyce. W ekstraklasie rozegrałem jeden pełny sezon, a tu dopiero dziesięć spotkań. Jak przychodziłem do Serie B, to myślałem, że pada tu mało bramek. Okazało się jednak, że wręcz przeciwnie. Występuje tu sporo zawodników z przeszłością w Serie A. Niedawno do Monzy dołączył Mario Balotelli. Jest dużo jakości i wydaje mi się, że ta liga jest silniejsza od ekstraklasy. Tu gra się trochę inaczej, duży nacisk kładzie się na poruszanie na boisku. Miałem to szczęście, że Rakowie trenerem był Marek Papszun, bo dla niego też bardzo ważna jest taktyka. Dzięki temu nie czułem się słabszy fizycznie czy nieprzygotowany taktycznie.

Rozmawiałem z kilkoma zawodnikami grającymi we Włoszech i mówili, że to idealny kraj, by grać w piłkę. Pogoda zwykle dopisuje, a kibice uwielbiają futbol.

Na razie nie poznałem tego włoskiego życia. Też spotkałem się z taką opinią, że jak wyjadę do Włoch, to nie będę chciał wracać. Jestem tu niespełna cztery miesiące i tak naprawdę nie zdążyłem za bardzo jeszcze tego wszystkiego poczuć. To efekt pandemii. Po przyjeździe do Włoch miałem dużo spraw do załatwienia, szukałem mieszkania, a do tego treningi i mecze. I zaczęła się druga fala koronawirusa. Dlatego niewiele widzę poza mieszkaniem, bazą treningową, wyjazdami na mecze i stadionami. Włochy podzielone są na kilka stref. My jesteśmy na północy tego kraju, czyli w czerwonej, w której właściwie nie można wychodzić z domu. Restauracje są pozamykane i nie ma możliwości, by zwiedzać Włochy. Do tego gramy bardzo intensywnie, właściwie co trzy dni. Dlatego skupiam się na tym i mam nadzieję, że jak obostrzenia zostaną poluzowane, to obejrzę ten kraj.



A co ze świętami Bożego Narodzenia?

Spędzę je we Włoszech z dziewczyną i naszym ukochanym kotem. Choć tak naprawdę do domu mógłbym dojechać w około dziewięć godzin. Mam jednak mecz we wtorek 22 grudnia, a potem już w niedzielę 27 grudnia. Miałem plan, by na początku stycznia przyjechać do Polski, ale może być trudno.

To co z pierogami, barszczem czy karpiem?

Miałem nadzieję, że ktoś mnie odwiedzi, ale to się nie uda. Poznałem włoskiego dziennikarza, który mówi też po polsku i poprosiłem go, by zamówił mi świąteczny włoski catering. Nazwy potraw mi nic nie mówią, ale zobaczymy. Pierogi czy barszcz rzeczywiście będzie trudno przebić.

Jak oceniasz początki w Serie B? W dziesięciu meczach zdobyłeś trzy gole i tylko dwa razy byłeś rezerwowym.

Od początku czułem, że dobrze wyglądam. Nie trenowałem, a od razu zagrałem. To pokazało, że drużyna mnie potrzebuje i trener nam nie liczy. Dwa razy nie zagrałem, bo miałem drobny uraz barku, a także rywal zrobił mi dziurę w stopie. Jak się wyleczyłem, to strzeliłem trzy gole. Trener wymaga ode mnie, bym był skoncentrowany. Staram się podtrzymać formę i nad tym pracuję. Nie wybiegam w przyszłość dalej niż do najbliższego meczu. Trzymam kciuki, by zdrowie dopisywało, bo wystarczy drobny uraz, by stracić nas przykład pięć meczów, bo tak często gramy. Strzeliłem te gole, to mi dodało pewności i koledzy wiedzą, że jestem w stanie pomóc.



Jesteście w środku tabeli. To oddaje możliwości drużyny?

Z moich odczuć wynika, że celem zespołu jest utrzymanie. Z drugiej strony aż osiem drużyn gra w play off i do czołówki tracimy kilka punktów. Jest sporo zespołów a ambicjami walki o Serie A. To spadkowicze czy wspomniana Monza. Zdarza się, że drugi sezon dla zespołu, który niedawno grał w trzeciej lidze jest trudniejszy.

Jesteś wypożyczony z Rakowa do końca sezonu. Chciałbyś zostać?

Tak, ale nie chce niczego planować, bo jak wcześniej to robiłem, to kończyło się nie po mojej myśli. Pordenone ma prawo pierwokupu i od mojej formy zależy, czy się na to zdecyduje. Na ten moment chciałbym zostać i dalej się rozwijać. Z taką myślą odchodziłem z ekstraklasy. Nie przychodziłem tu po to, by odbębnić sezon i wrócić.

Jeszcze w 2018 roku grałeś ROW Rybnik, na trzecim poziomie rozgrywkowym. Błyskawicznie z drugiej ligi trafiłeś do pierwszej, potem do ekstraklasy, a teraz jesteś w lidze włoskiej.

Jak o tym myślę, to na moim przykładzie można mówić, że wszystko jest możliwe. Dużo zawdzięczam trenerowi Papszunowi, że wyciągnął mnie z ROW–u. Może nie miałem świetnych statystyk, ale się rozwijałem i robiłem postępy. Pewnie nie brakowało ludzi, którzy nie wierzyli, że poradzę sobie nawet w pierwszej lidze, a udało mi się w krótkim czasie zaistnieć w ekstraklasie. Dwa lata temu rzeczywiście nie wierzyłem, że wyjadę do Włoch. Jak wspomniałem, nie chcę planować, ale chciałbym zagrać w Serie A.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot. Cyfrasport

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności