Aktualności

[WYWIAD] Rafał Pietrzak: Marzy mi się kolejne powołanie do reprezentacji

Rozgrywki12.05.2020 
Po bardzo dobrym ostatnim sezonie, który spędził w Wiśle Kraków, gdy przy jego nazwisku pojawiło się „2 A”, wyjechał do Royal Excel Mouscron. Jeszcze w trwającej batalii ligowej wrócił jednak do Polski, podpisał kontrakt z Lechią Gdańsk. I wierzy, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, jeśli chodzi o występy w drużynie narodowej.

Sezon 2018/2019 był najlepszym w twojej karierze?
Wolę powiedzieć, że był on najlepszy w mojej przygodzie z piłką (śmiech). Rozegrałem dużo meczów, miałem dobre statystyki i pewną pozycję w Wiśle Kraków, dostałem się do reprezentacji Polski. W tamtym sezonie strzeliłem trzy gole – też jak dotychczas najwięcej. W meczu z Górnikiem w ostatniej chwili zatrzymałem piłkę przy linii bocznej, odegrałem do Martina Kostala, ten mi zagrał z powrotem i strzeliłem pod poprzeczkę. Z Legią zdobyłem bramkę bezpośredniego z rzutu wolnego. Ćwiczyłem ten element w trakcie treningów, cieszę się, że przyniosło to wymierny efekt w trakcie spotkania. W miarę jak sezon się rozkręcał, a my szliśmy do przodu, czułem się coraz pewniej w zespole, w którym panowała świetna atmosfera. Wyniki pokazywały, że mamy świetną drużynę. Wcześniej przechodziłem trudniejszy okres w piłce, pewność siebie spadła, ale w Wiśle z meczu na mecz morale rosły.



Pewnie pomogła też obecność w Wiśle Jakuba Błaszczykowskiego, który przed rundą wiosenną poprzedniego sezonu stał się częścią wiślackiej szatni?
Nie muszę chyba mówić jaką klasę jako piłkarz prezentuje. Mi z kolei najbardziej zaimponował tym, jakim jest człowiekiem. To jak do nas przemawiał, w jaki sposób dowodził Wisłą, świadczyło o jego świetnym podejściu. Kuba to taki typ człowieka, że gdy mówi, to wszyscy go słuchają. Mówi z sensem, nie krzyczy, czasem podniesie głos. On przemawia, reszta się wpatruje. Potrafi dobrać słowa adekwatne do sytuacji. Swoimi sugestiami wszystkich przekonuje. Cieszę się, że go poznałem i mam nadzieję, że będzie mi dane jeszcze z nim kiedyś zagrać. Gdyby nie Błaszczykowski losy Wisły mogły potoczyć się innym torem. Mogło być nieciekawie z klubem z Reymonta.

Ciekawie za to ułożył się dla ciebie początek minionych rozgrywek. Twoją dobrą postawę w lidze dostrzegł sztab Jerzego Brzęczka. Dostałeś powołanie na wrześniowe zgrupowanie, a potem na dwa kolejne. Zdołałeś zadebiutować w reprezentacji w spotkaniu Ligi Narodów z Włochami. Przeciwko Irlandii drugi raz założyłeś biało-czerwoną koszulkę.
Nawet, gdy czułem, że jestem w formie, nie myślałem o żadnym powołaniu. Pół roku wcześniej występowałem przecież w III lidze, w rezerwach Zagłębia Lubin. Wracałem wtedy po kontuzji, moim podstawowym celem po przejściu do Wisły było więc łapanie jak najwięcej minut. O powołaniu dowiedziałem się z 10 minut przed ogłoszeniem listy. Zadzwonił trener Jerzy Brzęczek z informacją, że zaprasza mnie na najbliższe zgrupowanie. Z jednej strony dostałem kopa na dalszą część sezonu, z drugiej zaś wiedziałem, że będę teraz poddany surowszej krytyce jako reprezentant. Nie wypadało mi zagrać słabego meczu w Wiśle. To motywowało mnie do tego, żeby grać jeszcze lepiej, wskoczyć na wyższym poziom, zdobywać kolejne bramki, zaliczać asysty. Jak już raz pojedziesz na kadrę, to chcesz jeździć cały czas, dlatego pracowałem nad sobą. Dziś marzy mi się, że znów doczekam się powołania do reprezentacji. Ale oczekiwać na kolejny telefon ze sztabu drużyny narodowej mogę tylko wtedy, gdy znów będę przydatny swojej klubowej drużynie, mocno odcisnę na niej swoje piętno.



Ten sezon zaczynałeś w Royal Excel Mouscron. Jak „przywitała cię” liga belgijska?
Myślałem, że będzie gorzej. Na początku miałem ciężko, ponieważ dołączyłem do Mouscron, gdy byli już po okresie przygotowawczym. Musiałem przejść mini obóz. Trener zapewniał mnie jednak, że jeśli wykonam odpowiednia pracę, to da mi szansę. Zrobiłem swoje i okazało się, że nie oszukał mnie. Trenowałem mocno i szansa się pojawiła. Wykorzystałem ją. Nie licząc krótszych przerw wynikających z urazów, grałem regularnie. Wyjazd do Belgii zapisuje sobie na plus. Szybko rzuciła mi się oczy intensywność meczów w lidze belgijskiej, szybkość podejmowania decyzji przez piłkarzy. Pod tym względem jest wyższy poziom niż w Polsce. Nasza drużyna tym się charakteryzowała, że biegaliśmy więcej od każdej innej. Zrobiliśmy najwięcej kilometrów, co nie przekładało się na wyniki. Byliśmy dobrze przygotowani, ale z racji niższych umiejętności trochę nam brakowało do najlepszych.

Coś jeszcze?
Bardzo mi się podobał Club Brugge. Poziomem przerastają ligę. W tej edycji Ligi Mistrzów grali w grupie z Realem Madryt. Przegraliśmy z nimi 0:1, choć to my mieliśmy przez większość spotkania przewagę. Przewidywaliśmy, że skoro wcześniej zagrali bardzo dobre spotkanie z „Królewskimi”, którymi urwali punkty, to nas rozniosą. Stało się inaczej. Śmialiśmy się właśnie z tej nieprzewidywalności piłki. Może nas zlekceważyli?

W Mouscron pamiętają jeszcze braci Żewłakowów?
Tak, już pierwszego dnia pracownicy klubu pytali mnie o Marcina i Michała, czy ich znam. Bracia Żewłakowowie wyrobili sobie bardzo dobrą opinię w Mouscron. Zostali dobrze tam zapamiętani. Myślę, że z tego powodu, że jestem Polakiem było mi odrobinę łatwiej. Robiłem więc wszystko, żeby utrzymać tam dobre zdanie o nas. Nie chciałem, aby ktoś kiedyś mógł na Polaków narzekać.



Pracowałeś z trenerem Berndem Hollerbachem. Jaki to typ szkoleniowca?
Bernd Hollerbach to znana postać, w przeszłości też grał na lewej obronie. Wywarł na mnie duże wrażenie. Pokazał niemiecką mentalność i podejście do zawodu. Początkowo żartował ze mnie, że cały czas chodzę uśmiechnięty. Że jestem kontaktowy i wszyscy mnie lubią. Mówił, że tak być nie może. „Musisz być bardziej agresywny, nawet wobec kolegów z drużyny”. I poszedłem za radą trenera. Zacząłem na treningach kopać kolegów. No i z czasem koledzy odpowiadali, że przestali już mnie lubić. Oczywiście żartowali.

W Belgii spędziłeś pół roku. Dlaczego tak szybko zdecydowałeś się na powrót do Polski?
Wpływ na to miały sprawy osobiste. Mimo że mój kontrakt był ważny jeszcze przez dwa lata, to uznałem, że muszę wracać. Dostałem konkretną ofertę z Lechii Gdańsk. Rozmowa z trenerem Piotrem Stokowcem także przekonała mnie do powrotu.

W Lechii akurat twoje rewiry na boisku są mocno obsadzone. Na lewej stronie są Żarko Udovicić, Filip Mladenović, Conrado.
Konkurencji się nie boję. Mam dobrych konkurentów do miejsca w składzie, jednak zdążyłem już udowodnić, że potrafię grać w piłkę.



W drużynie Piotra Stokowca nie od razu grałeś. Pierwszą szansę dostałeś w czwartym meczu rundy wiosennej z Koroną Kielce.
Przed nami maraton spotkań. Mecze co trzy dni pokażą siłę zespołu. Każdy piłkarz będzie potrzebny. Myślę, że z meczu na mecz moja forma będzie lepsza. Mam nadzieję, że znów zrobimy dobry wynik w Totolotek Pucharze Polski. Szykujemy się na grę o duże cele. Teraz jak już wróciliśmy do treningów, jest duży głód piłki. W trakcie kwarantanny mieliśmy co robić. Nasz sztab zadbał o to, abyśmy się nie nudzili.

Rozmawiał Piotr Wiśniewski

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności