Aktualności

[WYWIAD] Patryk Dziczek o świadomości, cierpliwości i byciu ewenementem

Rozgrywki20.08.2017 
Chociaż Piast Gliwice początku sezonu Ekstraklasy nie może zaliczać do udanych, to kibice mają przynajmniej jeden powód do zadowolenia: 19-letniego wychowanka w pierwszej drużynie. Po odejściu Radosława Murawskiego do Palermo jego miejsce zajął Patryk Dziczek i imponuje dojrzałością w grze, techniką oraz rozegraniem. Na łamach „Łączy Nas Piłka” opowiada o tym, jak niemal przepadł po debiucie dwa lata temu, jak nabierał świadomości oraz o znaczeniu ciężkiej pracy.

Patryk Dziczek: Urodziłem się w Gliwicach, ale mieszkam 20 kilometrów stąd, w wiosce obok. Są w mieście dzielnice wspierające Górnika, a nie Piasta - np. Sośnica - ale ja, jako wychowanek zawsze miałem tylko ten klub.

Pierwszego meczu na trybunach nie pamiętam, zresztą na stadionie bywałem często, ale jako chłopiec do podawania piłek. Od tego się zaczęło, a ja zawsze się zgłaszałem, bo chciałem oglądać mecze z bliska. To było jeszcze na starym stadionie, gdzie nie było trybun za bramkami, dalej był żywopłot i tyle. Komu się wtedy podawało piłkę… Był Grzegorz Kasprzik, grał jeszcze w Piaście Kamil Glik… Ale teraz mamy ten nowy stadion. Tu też zdarzyło się przyjść w tej roli.

Zawsze to było dla mnie coś wyjątkowego. Starsi koledzy zawsze chodzili, więc ja też chciałem tu być, a potem… grać. To był pierwszy cel, jaki sobie postawiłem i udało mi się go zrealizować. Ale to nie koniec.

Teraz mam dziewiętnaście lat i już wiem, że poprzeczkę trzeba stawiać sobie coraz wyżej, każdy mecz grać coraz lepiej. Zwłaszcza od młodych zawodników trener może wymagać, byśmy harowali. Nie ma nic lepszego niż gra. Teraz dzień meczowy to moje święto.

Bardzo rzadko do tego wszystkiego wracam, gdzie i z kim jeździło się na turnieje, co udało się wygrać. Pamiętam, że z trenerem Czekańskim, który prowadził mój zespół co tydzień jeździliśmy na jakieś zawody: tu na hali, tu boisko wiejskie, a w środku tygodnia liga. Do teraz w moim pokoju w domu stoją puchary, jest kilka medali.

Miałem szczęście, bo przebiłem się do pierwszej drużyny już w wieku szesnastu lat, ale po treningach i nieudanym debiucie z Cracovią wróciłem do zespołu juniorów. Tamten mecz to mój wielki stres. Koledzy mówili mi: wejdź spokojnie w mecz, zagraj pierwsze dokładne podanie i wszystko pójdzie. A u mnie było tak, że zrobiłem stratę z której poszła bramka, chciałem walczyć dalej, ale miałem taką wewnętrzną blokadę.

W przerwie trener Latal podszedł do mnie, poklepał mnie po plecach i zrobił dwie zmiany, w tym mnie. To był cios: chciałem pokazać się z jak najlepszej strony, a wyszło kompletnie na odwrót. Przez tydzień, dwa siedziało to we mnie, miałem dołek.

To był moment, gdy po raz pierwszy musiałem poukładać wszystko sobie w głowie. Przekonać się, że to początek tego wszystkiego, co mogę osiągnąć. Ważna była praca z trenerem mentalnym, który dosadnie pokazał mi, jak ciężko muszę nad sobą pracować, nad głową i ciałem, by do czegoś dojść.

Na drugą szansę czekałem dwa lata, ale myślę, że to mi paradoksalnie pomogło. Spiąłem się na grę w CLJ, tam z Piastem osiągaliśmy bardzo dobre wyniki. Ja też przejrzałem na oczy i dosadnie przekonałem się, jak niewiele jeszcze osiągnąłem. Wcześniej naprawdę myślałem, że już jestem na takim poziomie, że mogę grać i sobie radzić w Ekstraklasie. Ale tak nie było. Musiałem zejść niżej, włożyć jeszcze więcej pracy, stać się silniejszym fizycznie… A ja jako siedemnastolatek nie miałem odpowiedniej masy mięśniowej.

Pomysł pracy z trenerem mentalnym przyszedł po rozmowach z moimi menedżerami. Wiedziałem, że przy moich umiejętnościach muszę też odpowiednio poustawiać sobie priorytety w głowie. Przez pół roku bardzo regularnie pracowałem z Karolem Kowalskim, teraz jesteśmy w kontakcie trochę rzadziej. On nakreślił mi cele, pokazał jak mam pracować i co poprawiać.

Przede wszystkim chodzi o przyswojenie jego słów i zbudowanie świadomości, że to jest potrzebne. A potem dochodzi powtarzalność w codziennej pracy. Jeżeli będę robił coś dodatkowego, chodził częściej na boisko i na przykład poprawiał strzały, bo wiem, że to mój słabszy element, to nie ma zmiłuj. Idę i najpierw lewa noga, potem prawa. Aż będzie powtarzalność. Podobnie na siłowni, gdzie efekty nie przyjdą w tydzień, ale w pół roku, rok, a potem trzeba dalej o sylwetkę dbać.

Tak dojrzałe podejście pomogło mi w momencie kontuzji kolana. To była chwila, gdy mogłem spokojnie poczekać na operację, a potem się odbudowywać. Ale wybrałem opcję najpierw pracy z fizjoterapeutą, bo to również dawało szansę wyjścia z urazu. Po pierwszym miesiącu mieliśmy z lekarzem podjąć decyzję na którą drogę się zdecydować. To był czas ciągłych ćwiczeń nad stabilizacją, wzmacnianiem mięśni, siłowni… I dzięki temu wróciłem już po trzech miesiącach, a nie sześciu. Kolano wytrzymało, wytrzymuje do dziś.

Ekstraklasa nie jest łatwa. Przed spotkaniami z Lechem Poznań i Legią Warszawa miałem większy stres, bo pierwszy raz grałem przed piętnastoma, dwudziestoma tysiącami kibiców. To najsilniejsze drużyny w lidze, z nimi każdy chce się pokazać. Ale ja nabieram na boisku takiego spokoju, o którym wielokrotnie mówił mi tata. Jeszcze czasem mam problem, gdy chcę zbyt szybko obrócić się z piłką. Tak było z Legią, gdy zabrał mi ją Krzysztof Mączyński i popędził na naszą bramkę, mogliśmy stracić czwartego gola. Muszę się takich sytuacji uczyć, bo w Ekstraklasie to zwykle kończy się golem.

Jestem rzadkim przypadkiem w Ekstraklasie - dziewiętnastolatkiem na pozycji defensywnego pomocnika. Ale to efekt treningów i jeszcze więcej tego mnie czeka, by coraz lepiej wyglądać na tle przeciwników. Moja rola to taki „martwy punkt” - jeśli stracę piłkę, to cały zespół ma problem. Niewdzięczna pozycja, ale moja ulubiona. Jestem często w grze, mam piłkę przy nodze, zmieniam stronę…

Tato przychodzi na moje mecze, ogląda je i ma sporą wiedzę, zawsze naprowadza mnie na to, co mogę zrobić lepiej. Też sam lubię obejrzeć jeszcze raz swój występ, bo na tym mój zawód powinien polegać. Rodzice nagrywają, a ja wracam i oglądam szukając sytuacji, gdy powinienem zachować się inaczej. Z ojcem chodziłem na boisko i też trenowaliśmy: dośrodkowania, strzały, prowadzenie piłki, zmiany kierunku w biegu… Teraz już rzadko możemy to robić, bo miał kilka razy problemy z wiązadłami krzyżowymi.

Oni też pilnowali, by nie było „sody”. Gdy chciałem coś więcej, kupić sobie lub wydać na coś pieniądze, to uspokajali mnie. Mówili, żebym zabrał się do pracy, wrócił do treningów i tylko na tym skupiał.

W klubie też miałem fajny wzorzec. Gdy Radek Murawski strzelił swojego pierwszego gola po przejściu do Palermo, to od razu wysłałem mu SMS-a. A on mi, gdy zdobyłem debiutancką bramkę ze Śląskiem Wrocław. My, młodzi, przy nim czuliśmy się bardzo dobrze. On nami się opiekował, pomagał nam i mówił, żebyśmy podchodzili do wszystkiego ze spokojem. Do niego można było podejść, o wszystko zapytać.

Wróciłem wraz z przyjściem trenera Wdowczyka. Dostałem telefon i już następnego dnia byłem na treningu. Od niego dostałem kolejną szansę, ale taką, którą muszę ciągle wykorzystywać. Chcę wyrosnąć na zastępcę Murawskiego, a potem pójść jego kierunkiem. Ale wszystko po kolei, muszę skupiać się przede wszystkim na tym, co jest tu i teraz. Nie wiem, czy będzie to rok, dwa lata… Nie myślę o tym. Po prostu zostanę w Gliwicach ile trzeba.

Notował Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu Regulamin sklepu Regulamin sklepu (2014) Polityka prywatności
Wzór odstąpienia od umowy sprzedaży