Aktualności

[WYWIAD] Michał Łabędzki: W pracy strażaka sprawność fizyczna jest tak samo ważna jak w piłce

Specjalne07.04.2020 
Michał Łabędzki w ekstraklasie rozegrał 151 spotkań, a po zakończeniu kariery został... strażakiem. – Czasem porównuję to do piłki. Trzeba było dobrze przepracować mikrocykl, by być gotowym na mecz w weekend. W straży też musimy być zawsze wytrenowani i gotowi – podkreśla były piłkarz m. in. ŁKS Łódź, Pogoni Szczecin czy Arki Gdynia, a także reprezentant Polski w beach soccerze.

Skąd pomysł, by po zakończeniu kariery piłkarskiej zostać strażakiem? Tradycja rodzinna?
Nie, nie miałem w rodzinie strażaka. Pod koniec gry w Olimpii Grudziądz zastanawiałem się, co będę robił późnej. Kilku kolegów z boiska zostało policjantami, bo to zawód, w którym ważna jest sprawność fizyczną. Jako piłkarze mamy ją dzięki temu, że trenowaliśmy od dziecka. Jeden z moich kolegów został strażakiem, trochę o tym rozmawialiśmy i poszedłem jego śladem. Nie wiedziałem, czy to się uda, więc wcześniej zrobiłem też kursy trenerskie. Jestem asystentem w kadrze rocznika 2006 w województwie łódzkim i trenuję z dziećmi w lokalnym klubie Miazga Brójce.

Trudno było zostać strażakiem?
Na szczęście zawód piłkarza sprawił, że łatwo się nie poddaję. Najpierw zacząłem robić kursy doszkalające, by się do straży pożarnej dostać. Testy sprawnościowe nie były problemem, ale nie było łatwo się załapać, bo w naborze startowało nawet 160 chętnych, a miejsca były dwa. Raz się nie dostałem, drugi raz nie, trzeci raz też nie i już miałem dać sobie z tym spokój. Za każdym razem dochodziłem do finału, byłem czwarty lub piąty, ale to było za mało. Pojechałem na mistrzostwa świata w beach soccerze z reprezentacją Polski do Dubaju i tuż po powrocie dostałem telefon, że kandydat, który przeszedł rekrutację, nie zaliczył testów medycznych. I tak zostałem strażakiem w Pabianicach pod Łodzią.

Praca w straży pożarnej na pewno różni się od gry w piłkę.
Wiedziałem z czym się wiąże. To służba, jak w wojsku czy policji. System pracy jest jednak bardzo dogodny, bo po 24 godzinach dyżuru mam dwa dni wolnego. Oczywiście zdarzają się różne służby. Czasem nie ma chwili wytchnienia, jest mnóstwo wezwań i nie można nawet posiłku zjeść. Wtedy do domu wracam bardzo zmęczony. Jeśli jednak strażak nie ma co robić, to jest dobrze, bo społeczeństwo jest bezpieczne. Wtedy można poćwiczyć w siłowni, którą mamy w jednostce. Nie brakuje też szkoleń teoretycznych i ćwiczeń sprawnościowych. Czasem porównuję to do piłki. Trzeba było dobrze przepracować mikrocykl, by być gotowym na mecz w weekend. W straży też musimy być zawsze wytrenowani i gotowi. W piłce mówiło się, że „pod prądem”. W obydwu zawodach sprawność fizyczna pełni ważną rolę. W straży wciąż mam kontakt z piłką, bo z reprezentacją województwa łódzkiego trzy razy zdobyliśmy mistrzostwo Polski w futsalu strażaków. Oczywiście pieniądze są nieporównywalnie większe w piłce nożnej. Dzięki sportowi można się ustawić.

A presja jest porównywalna?
Istnieje w obu zawodach, ale jest zupełnie inna. W piłce świetnie spędzało się czas, poznawało mnóstwo ludzi i sprawiało kibicom frajdę. To było bardzo miłe. Jako strażak też mam satysfakcję, gdy niosę ludziom pomoc w trudnych sytuacjach. Dziękują mi za to, ale czasem zdarzają się ciężkie chwile.

Zanim zostałeś strażakiem, przez 15 lat grałeś w ekstraklasie lub na jej zapleczu. To była chyba ciekawa kariera, w której nie brakowało spadków i awansów.
W ekstraklasie zwykle grałem w drużynach, które walczyły o środek tabeli lub utrzymanie. Z kolei w pierwszej lidze najczęściej celem był awans. Pierwszy raz spadliśmy z ŁKS, kiedy miałem 20 lat. Jestem wychowankiem tego klubu, ale wtedy jakoś mocno tego nie przeżyłem. Dopiero wchodziłem do drużyny, stawiałem pierwsze kroki w ekstraklasie. Po prostu cieszyłem się, że jestem w seniorach. Pamiętam debiut przeciwko Polonii Warszawa, w której jeszcze grał Emmanuel Olisadebe.



Drugi raz, też z ŁKS, spadłeś do pierwszej ligi w 2012 roku.
W 2010 roku wróciłem do tego klubu, awansowaliśmy do ekstraklasy, by od razu z niej spaść. Wtedy bardziej to przeżyłem, ale taki jest sport, są zwycięstwa i porażki. To był czas, kiedy szkoleniowcem w trakcie sezonu został Michał Probierz. Byliśmy na ostatnim miejscu w tabeli, a z tym trenerem szybko wydostaliśmy się ze strefy spadkowej. Choć były problemy organizacyjne i finansowe, to chyba z tym szkoleniowcem dałoby się uratować ekstraklasę. Tyle że dostał dobrą propozycję z Arisu Saloniki i wybrał taką ścieżkę. Nie mam pretensji, ale sam trener Probierz przyznał, że to była drużyna, z którą dobrze mu się pracowało.

Były więc dwa spadki, ale też cztery awanse. Pierwszy w 2004 roku z Pogonią. Tyle że to był zespół Piotrcovii Piotrków Trybunalski po prostu przeniesiony przez właściciela Antoniego Ptaka do Szczecina. Kibice Pogoni to zaakceptowali?
Lepiej wspominać awans niż spadki. Choć mam wrażenie, że niestety jesteśmy takim społeczeństwem, które cieszy się jak się komuś noga powinie. Mieliśmy obawy, jak będzie z tym przenosinami z Piotrkowa do Szczecina. Bo tak naprawdę to był nowy klub w miejsce Pogoni, która spadła właśnie z ligi. Zanim zaczął się sezon ligowy, graliśmy w Pucharze Polski z Groclinem Grodzisk Wielkopolski, który wtedy był mocną drużyną. Po naprawdę dobrym meczu wygraliśmy po dogrywce 1:0 i pierwsze lody z kibicami zostały przełamane. Mieliśmy silny zespół, a Pogoń była oczkiem w głowie całego regionu. Na Pomorzu Zachodnim nie ma innej mocnej drużyny i wszyscy nam kibicowali. W drugiej lidze na nasze mecze chodziło prawie 20 tysięcy kibiców. Tak na przykład było w spotkaniach z Ruchem Chorzów, ŁKS, Zagłębiem Lubin czy GKS Bełchatów. Awansowaliśmy i środowisko piłkarskie w Szczecinie miało co świętować.



Na początku 2006 roku zostałeś wypożyczony na pół roku do ŁKS i dołożyłeś cegiełkę do awansu.
Wtedy do Pogoni prezes Ptak ściągał wielu Brazylijczyków i Polacy mieli małe szanse na granie. Dlatego zamiast siedzieć na ławce, skorzystałem z okazji, by wrócić do ŁKS. To mój klub, wiele osób tam znałem, więc było mi łatwo. Cel był jasny – awans do ekstraklasy. Miałem nadzieję, że pomogę. Rozegrałem prawie wszystkie mecze w rundzie w podstawowym składzie, awansowaliśmy i… wróciłem do Pogoni.

Po krótkiej przygodzie z Górnikiem Łęczna znów trafiłeś na zaplecze ekstraklasy. Tym razem, w 2007 roku, celem był awans z Arką.
W Gdyni, podobnie jak w Szczecinie, bardzo czekano na ekstraklasę. Mieliśmy bardzo mocny zespół, w którym byli między innymi Moskalewicz, Niciński, Chmiest, Przytuła, Wróblewski, a trenował nas Wojciech Stawowy. Awans był jednak wymęczony. Każdy na nas patrzył, że przyjeżdżają krezusi i za wszelką cenę chciał się przeciwstawić. Zajęliśmy czwarte miejsce, które dało awans, bo dwie drużyny zostały karnie zdegradowane z ekstraklasy. Potem w Arce trenerem był Czesław Michniewicz. Dla mnie to była świetna przygoda.



Ostatnim klubem na zapleczu ekstraklasy była Olimpia Grudziądz.
Spędziłem tam 3,5 sezonu. Łukasz Masłowski, który był dyrektorem sportowym, namawiał mnie, żebym jeszcze został. Tyle że już wtedy priorytety zaczęły mi się zmieniać. Nie chciałem ciągnąć rodziny z Łodzi do Grudziądza. To najfajniejszy czas, kiedy dzieci są małe, idą do szkoły i rodzice powinni być przy nich. Dlatego zdecydowałem, że wracam i kończę piłkarską karierę.

Zakończyłeś karierę ligowca, a rozpocząłeś na piasku. Z reprezentacją Polski zagrałeś nawet na mistrzostwach świata. A na trawie wystąpiłeś w koszulce z orłem na piersi?
Kilka razy byłem powołany na kadrę przez trenera reprezentacji U-21, Lesława Ćmikiewicza. Także zdarzyło mi się wcześniej już grać w biało-czerwonych barwach. A do beach soccera trafiłem za namową Piotra Klepczarka, który też jest wychowankiem ŁKS i grał w ekstraklasie. Stworzyliśmy drużynę BSCC Łódź, w której ze znanych zawodników występują jeszcze Krzysiek Nikiel czy Paweł Golański. Awansowaliśmy do ekstraklasy i zagraliśmy w mistrzostwach Polski. To miała być przede wszystkim zabawa, bo turnieje beach soccera rozgrywane są zwykle latem, w nadmorskich miejscowościach. Wyjeżdżaliśmy całymi rodzinami i była pełna integracja.



Z tej zabawy wyszła poważna sprawa, czyli występ na mistrzostwach świata.
Marcin Stanisławski powołał mnie do reprezentacji i przeżyłem świetną przygodę. Byliśmy na turniejach w Dubaju, Iranie, Portugalii i w końcu na Bahamach. W mistrzostwach świata zagraliśmy między innymi z Brazylią i Tahiti. Od razu było widać, kto może 12 miesięcy w roku korzystać z plaży i trenować. Brazylijczycy byli niesamowici. Chyba jako jedyna reprezentacja próbowali grać dołem, podczas gdy większość kopała górą, a wiadomo, że na piasku piłka zaskakująco zmienia lot. I im to świetnie wychodziło, prawie jak na trawie. Dla mnie to była zupełnie inna dyscyplina. Na początku było mi trudno się przestawić, bo w beach soccerze intensywność jest bardzo duża i wszystko obydwa się na krótkich odcinkach. Jak zaczynałem trenować, nie spodziewałem się, że kiedyś zagram w reprezentacji Polski w piłce plażowej. Gdy przed meczem na trawie czy na piasku odgrywano Mazurka Dąbrowskiego, przeżycie zawsze było takie samo.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot: Cyfrasport, 400mm.pl

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności