Aktualności

[WYWIAD] Mateusz Marzec, czyli droga z B-Klasy do ekstraklasy. „W piłkę grałem od rana do wieczora”

Rozgrywki04.12.2020 

Mateusz Marzec jeszcze sześć lat temu grał w B–Klasie, a teraz jest piłkarzem ekstraklasy. – Jestem przykładem zawodnika, który pochodzi z małej możliwości, gdzie rzadko zaglądają skauci, ale udało mi się szczebel po szczeblu wchodzić coraz wyżej. Mam 26 lat, gram w ekstraklasie i wierzę, że to jeszcze nie koniec – mówi pomocnik Podbeskidzia Bielsko-Biała.

Podobno zagrał pan na każdym poziomie rozgrywkowym w Polsce i strzelił bramkę?

To rzeczywiście prawda. Pochodzę z małej miejscowości, wspinałem się szczebel po szczeblu ligowym, z małego klubu przechodziłem do trochę większego. I tak krok po kroku udało mi się zagrać w ekstraklasie. Mam 26 lat i nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Jestem przykładem zawodnika, który z małej miejscowości, gdzie raczej rzadko zaglądają skauci, doszedł do ekstraklasy. Ostatnio po meczu ze Śląskiem rozmawiałem z Waldkiem Sobotą, który też jest wychowankiem Małejpanwi Ozimek i powiedział do mnie: „To co, teraz reprezentacja?”. To jest moje wielkie marzenie, ale doskonale wiem, że muszę włożyć mnóstwo pracy, a i tak nie wiadomo, czy się spełni. Na razie i tak sporo osiągnąłem. Przecież sześć lat temu zdarzało się, że kopałem piłkę w B-Klasie w rezerwach Małejpanwi.

Kiedy pojawiła się piłka w pańskim życiu?

Chyba była od zawsze. Od najmłodszych lat z kolegami od rana do wieczora kopaliśmy piłkę. Jeszcze nie jestem tym pokoleniem, które woli grać w nią na konsoli. Z kolegami z sąsiednich bloków zawsze spotykaliśmy się na asfaltowym boisku. Nie mogłem się doczekać wakacji, bo wtedy było jasne, że będziemy mogli grać od rana aż się ściemni lub rodzice po nas przyjdą. Do klubu trafiłem chyba w wieku siedmiu lat. Nie było innego wyjścia, bo do boiska miałem z 10 metrów. Wystarczyło przeskoczyć przez płot. Trenowałem ze starszą grupą. Pamiętam, że nie mogłem zagrać w pierwszym meczu, bo miałem wtedy komunię świętą i terminy się nałożyły. Pokonałem wszystkie szczeble w juniorskiej piłce i w wieku 16 lat zadebiutowałem w seniorach. Wtedy Małapanew grała w A-Klasie. Trener Łukasz Wicher uznał, że już nadaję się do pierwszej drużyny. Odnieśliśmy wtedy sukces, bo w ciągu trzech lat awansowaliśmy do trzeciej ligi. Wtedy zainteresował się mną Ruch Zdzieszowice, który akurat spadł z drugiej ligi i chciał szybko wrócić. To był mój pierwszy transfer gotówkowy. Ruch zapłacił chyba 10 tys. zł.

Wtedy pojawiła się pierwsza myśl, że może pan coś więcej osiągnąć?

Zanim przeszedłem do Ruchu, to liczyła się tylko gra. Nie mogłem bez piłki żyć. Kiedy podpisałem kontrakt w Zdzieszowicach, to zacząłem poważniej zastanawiać się, że może coś z tego będzie. A może uda się piąć po kolejnych ligach, ale jeszcze o ekstraklasie nie myślałem. Kiedy grałem w Ruchu, zauważono mnie w Odrze Opole. Poszedłem tam na wypożyczenie, zadebiutowałem w drugiej lidze, ale po pół roku wróciłem. Potem miałem udaną rundę w Ruchu, strzeliłem dziewięć goli, miałem kilka asyst i Odra zdecydowała się na transfer definitywny. W międzyczasie awansowała na zaplecze ekstraklasy i w ten sposób zrobiłem kolejny krok.



Potem jednak przeszedł pan do drugoligowej Olimpii Grudziądz. Kolejnym krokiem był GKS Bełchatów i trochę tego nie rozumiem, bo było wiadomo, że ten klub ma spore problemy finansowe.

Odejście do Olimpii to była trudna decyzja, długo biłem się z myślami. Do tej pory grałem tylko w klubach z Opolszczyzny. Na treningi w Odrze dojeżdżałem z domu w 20 minut. A Grudziądz jest 500 km od Ozimka. Trochę się bałem, ale wspólnie z żoną podjęliśmy decyzję, że jedziemy. Dużo jej zawdzięczam, bo bardzo mnie wspierała. GKS zgłosił się do mojego menedżera, że chciałby mnie pozyskać. Do tej pory nie przywiązywałem wagi do pieniędzy. Zdawałem sobie sprawę, że mogą być problemy finansowe, ale chciałem grać znowu w pierwszej lidze. GKS zapewniał, że będzie płynność finansowa, ale po dwóch miesiącach się skończyła i musieliśmy żyć z oszczędności. Nie żałuję jednak tego kroku, bo trafiłem do zespołu, w którym trzymaliśmy się ze sobą i dobrze dogadywaliśmy. Mimo kłopotów finansowych, w szatni była iskra. Jak wychodziliśmy na boisko, to nie myśleliśmy, że klub nie wypłacił nam kilku pensji. Gdybym też odpuszczał, to pewnie trudno byłoby mi znaleźć lepszą pracę. Ktoś mógł mnie zauważyć tylko dzięki dobrej grze i zaangażowaniu. GKS w końcu uregulował wszystkie zaległości i zawsze będą tam miło wracał.

No tak, bo jesienią strzelił pan dla GKS 11 goli, co sprawiło, że zainteresowało się Podbeskidzie Bielsko-Biała.

Były też inne oferty z pierwszej ligi, a nawet z ekstraklasy, ale mało konkretne. Długo nie zastanawiałem się nad propozycją Podbeskidzia. Żona pochodzi ze Śląska, ja z Opolszczyzny, więc mamy blisko do rodzinnych domów. Poza tym to poukładany klub, w którym są dobre warunki, by się rozwijać. Awansowaliśmy do ekstraklasy i w ten sposób przeszedłem całą drogę od B–Klasy.



Na razie Podbeskidzie zderzyło się z ekstraklasą i zajmuje ostatnie miejsce.

Liga jest bardzo wyrachowana i nie ma dużego marginesu błędu. Dużo bramek pada ze stałych fragmentów i kontrataków. Mało jest gry w ataku pozycyjnym. Nie mamy tyle doświadczenia, co większość zespołów. Dużo pracujemy, analizujemy i jestem przekonany, że już wkrótce będzie lepiej. Widać postęp w grze, ale wciąż tracimy za dużo bramek. Musimy w końcu zagrać bez straty gola, bo z przodu zawsze stwarzamy okazje. Wierzę, że szybko się podniesiemy z tego ostatniego miejsca.

A pan jak się odnajduje w ekstraklasie?

Poziom jest na pewno wyższy niż w pierwszej lidze, ale do przeskoczenia. Jestem w stanie sobie poradzić.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot. Cyfrasport

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności