Aktualności

[WYWIAD] Maciej Jankowski: Gra w piłkę to przede wszystkim przyjemność

Rozgrywki19.02.2021 
Maciej Jankowski zbliża się do granicy trzystu występów w ekstraklasie. Zaliczył też kilka spotkań w europejskich pucharach i jedno w pierwszej reprezentacji Polski. Nie byłoby tego, gdyby nie rodzice, bo jako młody zawodnik KS Piaseczno chciał porzucić futbol. Tata i mama postawili mu jednak veto, a „Jankes” po przemyśleniach zdecydował postawić na sport, bo… nie lubił się zbytnio uczyć. Opłaciło się, robił postępy i trafił do Ruchu Chorzów. Potem była Wisła Kraków, Piast Gliwice, Arka Gdynia, a w styczniu tego roku przeniósł się do Stali Mielec.

Tak tęskniłeś za ekstraklasą, że przeniosłeś się z pierwszoligowej Arki do Stali Mielec?
Chciałem z Arką wrócić do elity. Bardzo dobrze czułem się w Gdyni, moja rodzina też. Córki, które mają dziś odpowiednio siedem i cztery lata, nawet zaczęły kibicować Arce. W tym zespole miałem dobre liczby, brałem udział w kilku niezapomnianych spotkaniach, ale z propozycją z Mielca zadzwonił Leszek Ojrzyński. Grałem u niego w Arce, dobrze go znam i nie musiał mnie długo przekonywać do gry w Stali. Teraz zrobię wszystko, by pomóc mojej nowej drużynie w walce o utrzymaniu na najwyższym poziomie. Nie ukrywam, że chciałbym jeszcze parę sezonów występować w ekstraklasie.

Nie miałeś żadnej ciekawej propozycji z ligi zagranicznej?
Kiedyś się pojawiła z Turcji. Nie podjąłem jednak tematu. Miałem 25 lat i pomyślałem, że kolejne będą atrakcyjniejsze, niestety już później takich nie dostałem. Grałem w Polsce, w fajnych drużynach, z fajnymi ludźmi. Co jakiś czas zmieniało się otoczenie, a jakbym miał czegoś żałować, to chyba braku trofeów. Aż zastanawiałem się niedawno, dlaczego nie udało mi się nic wygrać…



Jakie wnioski?
Z Ruchem osiągnąłem wicemistrzostwo kraju, doszliśmy do finału Pucharu Polski, w którym w Kielcach rozbiła nas Legia. W Gliwicach też walczyłem o tytuł, ale skończyło się na drugim miejscu, znowu za Legią. Warszawska drużyna ograła także Arkę ze mną w składzie w finale Pucharu Polski na PGE Narodowym. A jak już zespół z Gdyni zdobył Superpuchar, to ja akurat leczyłem kontuzję złamanego palca u nogi. Wychodzi na to, że miałem trochę pecha.



Z kim ci się najlepiej grało?
Nie chciałbym nikogo pomijać, bo naprawdę podczas swojej przygody grałem ze świetnymi piłkarzami. Spotykałem fajnych ludzi, na przykład w Arce Adasia Marciniaka, Adasia Dancha, Michała Janotę. Dobry klimat w szatni to podstawa sukcesów, a piłka musi sprawiać przyjemność. Dziękuje rodzicom, a dokładniej temu, że kiedyś nie pozwolili mi porzucić futbolu. Oczywiście samo granie uwielbiałem, nawet z kolegami przed blokiem.  Nużyły mnie jednak treningi, będąc młodym chłopakiem siedziałem w domu, a inni się bawili. Oznajmiłem, że kończę, ale tata i mama zapowiedzieli, że w takim razie muszę się wziąć ostro za naukę. Szczerze mówiąc nie chciało mi się za dużo czasu spędzać w książkach i zdecydowałem się postawić zdecydowanie na piłkę. Nie myślałem o ekstraklasie, jakimś poważnym graniu. Miałem też szczęście, że trener Zygmunt Ocimek z Piasecznie tak we mnie wierzył i dzięki niemu robiłem postępy.

Większość kibiców kojarzy cię z duetu z Ruchu Arkadiusz Piech – Maciej Jankowski?
Fajnie nam się razem grało. Jesteśmy innymi typami zawodników, może dlatego tak sobie podpasowaliśmy. Z Arkiem też miałem dobry kontakt poza boiskiem i to przekładało się na murawę. On jest wesołym chłopakiem, cieszy się futbolem, w lidze grał na luzie jak z kolegami pod blokiem i strzelał gole, zaliczał fajne asysty. Współpraca z Arkiem Piechem też wpłynęła na mój transfer z Ruchu do Wisły Kraków. Tam nie brakowało super zawodników, była ekstra atmosfera w zespole, ale jak złapałem formę, przeniosłem się do Piasta Gliwice.



U trenera Franciszka Smudy, który ściągał cię do Wisły Kraków, zagrałeś też w reprezentacji Polski. Jak wspominasz swój jedyny występ w kadrze, przeciw Bośni i Hercegowinie w 2008 roku?
Odbył się, zapisałem się symbolicznie w historii reprezentacji i tyle. Cieszę się z tego, że dostałem szansę, ale w tym okresie odbiegałem poziomem od najlepszych polskich napastników. Konkurencja była bardzo mocna. Zaliczyłem też parę spotkań w europejskich pucharach z Ruchem i Piastem. Strzeliłem nawet, grając  w Ruchu, dwa gole Metalurgowi Skopje. Zadebiutowałem przeciw Austrii Wiedeń, a kończyłem przygodę w pucharach też ze znaną firmą, IFK Goeteborg. Utkwiła mi w pamięci też lekcja, jaką z Ruchem dostaliśmy od Viktorii Pilzno. Czeski zespół nie pozwolił nam praktycznie na nic, w Chorzowie wygrał 2:0, u siebie 5:0 i zaimponował jakością. Oni potem grali o wysokie stawki, w fazach grupowych Ligi Mistrzów, Ligi Europy, pokonywali rywali z bardzo wysokiej półki. Śledziłem ich wyczyny. Karierę zrobił też ich ówczesny szkoleniowiec, Pavel Vrba, który potem prowadził reprezentację Czech i pracował w Rosji. Przeczytałem, że  niedawno przejął Spartę Praga.

Nie chciałbyś po zakończeniu kariery zostać trenerem?
Nie miałbym ochoty pracować z seniorami. Wielu z nich to trudni ludzie, trudne charaktery. Każdy z piłkarzy ma swoje ambicje, chciałby grać we wszystkich meczach. Trenerzy dokonują wyborów, a to naprawdę nie jest łatwe. Kiedyś bardziej się spinałem, teraz jestem starszy i inaczej na to patrzę. Mam większy luz, ale skończyłem już 31 lat i trudno mi sobie wyobrazić dzień zakończenia przygody z piłką. Postaram się, by nastąpił on jak najpóźniej i zamierzam jeszcze postrzelać gole w ekstraklasie.

Rozmawiał Jaromir Kruk

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności