Aktualności

[WYWIAD] Leszek Ojrzyński: Myślę, że kiedyś powalczę o wyższe cele w lidze

Rozgrywki26.11.2020 
Dobry, ale na krótką metę? Specjalista od utrzymania, a może trener idealnie skrojony pod wymogi ekstraklasy? Jaka jest prawda o Leszku Ojrzyńskim, który właśnie przejął Stal Mielec? – Myślę, że kiedyś przyjdzie mi walczyć o górne rejony tabeli. Co jeśli nie? Dam sobie radę, nie będę z tego powodu rozpaczał. Ważne, żeby zdrowie dopisywało, wtedy sobie poradzę – mówi szkoleniowiec w rozmowie z Łączy Nas Piłka.

Z różnymi określeniami pana jako trenera spotkałem się. Cudotwórca, strażak, człowiek od zadań specjalnych. Ile w tym prawdy?
Ja przede wszystkim jestem trenerem. Ale nie ma co ukrywać, że przejmuję drużyny, których sytuacja jest bardzo trudna. To mój szósty klub w ekstraklasie, w każdym były jakieś problemy. Pracę w Górniku i Podbeskidziu zaczynałem, gdy drużyny te zajmowały ostatnie miejsce. Korona bez pieniędzy, osłabiona. Arka w pięciu meczach przed moim przyjściem straciła 20 bramek. Wisła jedno zwycięstwo w trzynastu meczach. Czyli pracuję pod wielkim ciśnieniem, dużą presją. Na razie jakoś to idzie.

Złośliwi o trenerach, których praca nie przekonuje, mówią: „Dobry, tylko wyników nie ma”. Pan wyniki ma, głównie na krótką metę, bo realizuje główny cel. Dobry trener z dobrymi wynikami?
Ostatnio prowadziłem rozmowy z jednym z klubów zagranicznych z południa Europy. Dyrektor sportowy sugeruje, że nie mam zbyt wysokiej średniej punktowej, podczas gdy oni chcieliby walczyć o wyższe cele. Odpowiadam: „Sprawdź w jakich klubach pracowałem. Tam zwycięstwo było wielkim świętem”. Z Podbeskidziem zajęliśmy 10. miejsce. Ówczesny prezes Podbeskidzia powiedział, że on to traktuje jak mistrzostwo Polski, przecież wygrzebaliśmy się z dna. Często więc statystyki zakłamują pracę trenera, trzeba znać historię jego miejsca pracy, okoliczności, w jakich się znalazł, jakie miał warunki. Czasami nie miałem gdzie treningu przeprowadzić, a trzeba było stawać i walczyć z najlepszymi w Polsce.



Nie przeszkadza panu ta łatka „strażaka”, trenera na teraz, gdy trzeba ratować ekstraklasę?
Nie zastanawiałem się, dlaczego nie zatrudnił mnie któryś z topowych klubów w Polski. Był jednak czas, kiedy interesowały się mną kluby z wyższej półki w Polsce. Tyle że mnie albo obowiązywał ważny kontrakt, albo zdecydowano się na innego kandydata. Wolałbym walczyć o medale i pracować w klubach, w których o nic się nie trzeba martwić. Które dysponują na tyle wysokim budżetem, że mogą ściągać dobrych piłkarzy. W Legii, Lechu, Jagiellonii czy Cracovii trenerzy mają ten komfort. Myślę jednak, że kiedyś przyjdzie mi walczyć o górne rejony tabeli. Co jeśli nie? Dam sobie radę, nie będę z tego powodu rozpaczał. Ważne, żeby zdrowie dopisywało, wtedy sobie poradzę. Teraz pracuję w Mielcu, muszę utrzymać Stal. A to nie jest łatwe. Podbeskidzie wygrało, Piast wygrał, inni nam uciekają. Musimy trochę tych punktów zdobyć do zimy, żeby ze spokojną głową przygotowywać się do rundy rewanżowej.

Na ławkę trenerską wrócił pan po niemal półtora roku.
To mój najdłuższy rozbrat z ławką. Ze względu problemy osobiste tak długo to trwało. W Płocku pracowałbym zapewne do końca sezonu, musiałem zrezygnować po 2. kolejce. W tych dwóch meczach nawet nie mogłem zasiadać na ławce, byłem zawieszony, strasznie się męczyłem, oglądając spotkania z trybun. Miałem myśli, aby zrezygnować przed ligą. Ale dla dobra klubu, nie chciałem tego robić. Myślałem, że sprawy przybiorą inny obrót. Niestety. Kiedy okazało się, że z żoną jest coraz gorzej, dołączyłem do niej...



Praca pozwala panu zapomnieć o osobistym dramacie?
Tak. Praca trenera zajmuje sporo czasu. Bo to przecież nie tylko treningi, ale odprawy, analizy, rozmowy. Trzeba szukać słabych stron przeciwnika, umysł musi być skoncentrowany na zadaniu. Szybko się wtopiłem w taki tryb pracy w Mielcu. Prowadzę też inny zespół niż poprzednio. Nie mam tu drużyny starych wyg ligowych, wielu chłopaków debiutuje w ekstraklasie, jest grupa z większym i mniejszym doświadczeniem. Los skierował mnie do Mielca, abym coś dobrego tutaj zrobił.

W pierwszym meczu pod pana wodzą Stal zremisowała 2:2 z Zagłębiem Lubin, wychodząc z dużych opresji. Zaraz ktoś powie: „O, już widać rękę Ojrzyńskiego, skoro się tak podnieśli”. Drużynie udało się zrealizować wszystkie założenia?
Plan był taki, abyśmy jako pierwsi strzelili gola. Wraz z pierwszym gwizdkiem odważnie ruszyliśmy do przodu. Jednak nie udało się zrealizować najważniejszego założenia. Potem zdarzyły się nam głupie błędy. Jeden mniej i nie byłoby pierwszego gola. W drugiej sytuacji również lepiej powinniśmy się zachować. Piłka to jednak gra błędów, Zagłębie także się ich nie ustrzegło, co wykorzystaliśmy. Wykorzystać nasze sytuacje musimy w kolejnych meczach, choć czekają nas starcia z atrakcyjnymi przeciwnikami, którzy walczą o europejskie puchary.



A punktować trzeba!
Nie jest powiedziane, że nie mamy szans urwać punktów tym rywalom. Z Legią na sześć ostatnich meczów ligowych u siebie, wygrałem pięć, jedno spotkanie zremisowałem. Chciałbym móc tylko z warszawianami grać w domu. Legia zawsze gra o mistrza, wtedy też była obrońcą tytułu, a moje zespoły zawsze stawiały jej opór w meczach domowych. Na wyjeździe inaczej: wszystko „w czapkę”, choć z Arką wygraliśmy Superpuchar na Legii. Mówię to, żeby udowodnić, że nie ma drużyn, których nie da się pokonać. Trzeba wierzyć, żeby swoje szanse zwiększać.

Po meczu z Zagłębiem na pewno piłkarze Stali uwierzyli w siebie. Ze stanu 0:2, doprowadzili do remisu. Nadzieja ich trzyma w grze?
To tylko jeden mecz. W przypadku drużyn z problemami ciężko zbudować powtarzalność. To temat do głębszej analizy. Stabilizacja jest ważna, moim poprzednim zespołom zdarzało się rozegrać dwa różne mecze w ciągu tygodnia. Zawsze czegoś brakowało.



Jak w pana ocenie prezentuje się potencjał Stali? Są piłkarze o wysokich umiejętnościach – Petteri Forsell, Mateusz Mak, Grzegorz Tomasiewicz. Zatem?
Wymienił pan trzech zawodników, w innych zespołach jest po siedem, osiem „nazwisk”. Mówimy o ekstraklasie, nie pierwszej lidze. Tutaj nie brakuje zawodników o dużych umiejętnościach. Zobaczmy Zagłębie. Patryk Szysz – młodzieżowy reprezentant Polski. Sasa Balić – reprezentant Czarnogóry. Guldan – obrońca o określonej renomie. Baszkirow ograny w lidze rosyjskiej. Tyle że nazwiska i kontrakty nie grają. We wtorek Ferencvaros był bliski sprawienia niespodzianki w Turynie. Przegrali mecz na styku. Piłka. A ja jestem zadowolony z jakości tej kadry. Trafiłem na grupę pracowitych chłopaków.

W trakcie pierwszej fali pandemii, po śmierci żony długi czas spędził pan u syna, Jakub Ojrzyńskiego, młodzieżowego reprezentanta Polski. Jak się wiedzie Kubie w Liverpoolu?
Ostatnio znów trenuje z pierwszym zespołem, od niedawna gra w zespole U-23. Przed pandemią był na stałe w kadrze pierwszego Liverpoolu. Później, kiedy wyzdrowiał Alisson Becker, Kuba został przesunięty do U-23. Stara się jak może. Rywalizacja jest ogromna, doszedł mu nowy konkurent – utalentowany Brazylijczyk Marcelo Pitaluga. Na wypożyczeniu jest Kamil Grabara. Niech chłopak spokojnie pracuje, robi swoje. Marti się, że ostatnio przestał być powoływany do młodzieżowej kadry. Kuba musiał szybko wydorośleć, w wieku 16 lat stracił mamę. Reprezentacja Polski to dla niego świętość, mocno to przeżywa, gdy nie przychodzą powołania. Musi i przez to przejść.



Rozmawiał pan z Juergenem Kloppem na tematy Kuby?
Mieliśmy dwie dłuższe rozmowy, na początku przygody syna z Liverpoolem. Przypomnę, że Kuba nie miał jeszcze szesnastu lat, kiedy zaliczył dwie jednostki treningowe z pierwszą drużyną. Później wziął udział w dwóch zgrupowaniach przez poprzednim sezonem. Znają go, wiedzą na co go stać. Musi podporządkować się hierarchii. Jest najmłodszym bramkarzem „The Reds”. Klopp stworzył w Liverpoolu bardzo rodzinną atmosferę. Ludziom nie znika uśmiech z twarzy. W starym ośrodku treningowym w Melwood jedliśmy wspólne posiłki, graliśmy w ping-ponga z piłkarzami pierwszej drużyny. Mega atmosfera. Właśnie to mnie urzekło: tak duży klub, a takie bliskie relacje. Wszyscy są dla ciebie bardzo życzliwi, co przekłada się na boisko – za sobą skoczyliby w ogień. Sam Klopp to prze gość. Pamiętam jak na pierwszym spotkaniu odpowiadał o współpracy z polskimi piłkarzami w Borussii Dortmund – Robertem Lewandowskim, Kubą Błaszczykowskim i Łukaszem Piszczkiem. Bardzo sobie chwalił pracę z nimi.

Rozmawiał Piotr Wiśniewski

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności