Aktualności

[WYWIAD] Karol Majewski: W Warcie wierzymy, że historia lubi się powtarzać

Rozgrywki11.08.2020 
Po 25 latach do piłkarskiej elity wraca Warta Poznań. Szczególne to wydarzenie, zwłaszcza dla pana Karol Majewski. Dzisiaj to kierownik drużyny, ale w poznańskim klubie od 1989 roku pełnił przeróżne funkcje. – Przede wszystkim Wartę mam w sercu, jestem kibicem tej drużyny – przyznaje 63-latek. Liczy, że przygoda z ekstraklasą jego ukochanej drużyny potrwa dłużej niż dwa lata, tak jak miało to miejsce w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Świętowanie po awansie już się zakończyło?
Nie było wcale wielkiej fety. Oczywiście, cieszyliśmy się. Były szampany, uroczysta kolacja, było jednak również widoczne zmęczenie, bo od minionego poniedziałku byliśmy na zgrupowaniu w Grodzisku Wielkopolskim. To był chyba najdłuższy sezon w historii pierwszej ligi. Teraz kilka dni przerwy i ruszamy dalej, ale już się cieszymy na ten fakt.

Mocno przeżywał pan baraże?
Dla mnie to były już czwarte baraże z Wartą. Wcześniejsze rozgrywane były na niższym szczeblu, te były natomiast najważniejsze. Przed meczem z Radomiakiem postanowiłem nawet wziąć tabletkę uspokajającą. Bardziej jednak bałem się pierwszego pojedynku z ekipą z Niecieczy. W sezonie zasadniczym Radomiak nam leżał, wygraliśmy oba mecze, wierzyłem, że tym razem będzie podobnie.

Rok temu spodziewał się pan, że Warcie przyjdzie grać w barażach o awans do ekstraklasy?
Oczywiście, że nie. W czerwcu ubiegłego roku rozpoczęliśmy zgrupowanie przed sezonem w okrojonym składzie. Z czasem dopiero kompletowaliśmy kadrę. Po pierwszym meczu też nie było większego optymizmu. Przegraliśmy 1:2 na wyjeździe ze Stalą Mielec, ale przecież Adrian Lis wybronił dwa rzuty karne. Z czasem coś zaczęło w tym zespole jednak trybić. Wszyscy mówili początkowo o utrzymaniu, o 40 punktach, które są potrzebne do tego celu. Gdy jesienią właściwie cel ten zrealizowaliśmy, to już nikt nie ukrywał, że chcemy czegoś więcej. Przez jedenaście kolejek byliśmy liderem, po wznowieniu rozgrywek po przerwie pandemicznej wydawało się, że jesteśmy na bardzo dobrej drodze do awansu, ale dopadł nas lekki kryzys. Straciliśmy trochę punktów, ale teraz niemal wszyscy mówią, że te emocje i nerwy w barażach były nam potrzebne. Lepiej smakuje awans. Otoczka i docenienie tego sukcesu jest na pewno większe. Klub chyba z najmniejszym budżetem z zespołów z czołówki zrobił największą niespodziankę.



Jaki zespołem jest Warta? Pewnie niektórych zawodników traktuje pan po ojcowsku.
Kilku z nich znam od dziecka, są jak moi wychowankowie. Na pewno jest to mieszanka rutyny, w której wiodą prym Łukasz Trałka, Mateusz Kupczak, z czasem doszli jeszcze Mateusz Szczepaniak i Krzysztof Danielewicz, oraz młodszych zawodników. „Swojska banda”, jak sami o sobie mówią niektórzy zawodnicy. W klubie stawia się przede wszystkim na swoich zawodników, część pochodzi z Wielkopolski, ale wszyscy są żądni sukcesu. Nawet ci, którzy już w piłce wiele osiągnęli. Dostrzegam, że oni nie mają zamiaru się zadowalać byle czym. Jeżeli ktoś u nas przejdzie moment aklimatyzacji, nie odstraszy go nasz budynek klubowy, to później jest już tylko lepiej (śmiech). Wychodzimy jednak z założenia, że klub tworzą ludzie, a nie budynki.

Warta zawsze sprawiała wrażenie lokalnego, nawet familijnego klubu. Nigdy nie była tworzona w stylu korporacyjnym i chyba w tym jest wasza siła.
Tym wygraliśmy ten awans. Praca wszystkich ludzi jest decydująca, ich wysiłek trzeba doceniać, ale atmosfera po ostatnich niepowodzeniach, wściekłość zawodników po porażkach, to dawało siłę. Gdy przed meczem barażowym z Radomiakiem piłkarze wychodząc na boisko krzyknęli swoje motywacyjne hasło, to powiem szczerze, że jeszcze w swojej długoletniej historii takiego ryku nie słyszałem. Tak, jakby grali o własne życie.

Otoczenie Warty dostrzegło ten sukces?
Tak. Otrzymałem mnóstwo gratulacji od byłych piłkarzy, czy też ludzi związanych z Wartą w przeszłości. Oficjalne gratulacje spływały zapewne do klubu, a te mniej oficjalne chyba ja dostawałem (śmiech). Wielu działaczy, trenerów, byłych piłkarzy się odzywało – były nawet gratulacje z Rosji. Warta wzbudza w Polsce chyba tylko pozytywne reakcje.

Da się porównać ten awans z poprzednim, wywalczonym 27 lat temu?
Pewnie analogie można znaleźć w tym, jak toczyły się rozgrywki. Rok wcześniej w ówczesnej drugiej lidze cudem się uratowaliśmy, a potem siłą rozpędu awansowaliśmy do elity. Tylko przepustkę zapewniliśmy sobie trochę wcześniej. Na kilka kolejek przed końcem sezonu graliśmy ze Stilonem Gorzów Wielkopolski. Rywale bronili się przed spadkiem, przegrywaliśmy początkowo 0:2, kibice wietrzyli już spisek, ale wygraliśmy 3:2. Wraz z nami awansował wówczas Sokół Pniewy.

Jak pan wspomina ten czas w elicie, mecze z Lechem Legią, czy Widzewem?
To był wyjątkowy okres. Niestety, nasz zespół po awansie, przez rywala z Pniew, został trochę rozgrabiony. Odszedł trener Wojciech Wąsikiewicz z asystentem, a także czterech czołowych graczy. Nie mogliśmy grać na swoim kameralnym obiekcie, musieliśmy przenieść się na poznańskiego kolosa. Pamiętam, jak przed sezonem „Przegląd Sportowy” napisał o nas tekst i dał tytuł: „Jednego spadkowicza już znamy”. Mieliśmy z tyłu głowy takie artykuły, to nas motywowało. Na inaugurację wygraliśmy na wyjeździe z Zawiszą Bydgoszcz 1:0, a cała pierwsza runda była rewelacyjna w naszym wykonaniu. W ataku grał bardzo mocny duet: Piotr Prabucki – Tomasz Iwan. W miarę spokojnie się utrzymaliśmy. Przed drugim sezonem było już jednak gorzej, brakowało nam finansów, graliśmy częściowo młodzieżą, zanotowaliśmy kilka wysokich porażek. Ale były też momenty, którzy starsi kibice pamiętają do dziś. Domowa wygrana z Legią 1:0 i zwycięstwo na Bułgarskiej z Lechem 2:1.



Po spadku przyszły chude lata. Nie miał pan nigdy ochoty, przez te 31 lat, rzucić tej pracy w cholerę?
Jestem kibicem Warty Poznań, na dobre i na złe! Na mecze zacząłem chodzić jeszcze z ojcem i ze starszym bratem. Tego pierwszego spotkania dokładne nie pamiętam, byłem wtedy maluchem w wózku (śmiech). Później uczęszczałem na mecze z bratem, z czasem już sam. Nigdy nie miałem ochoty tego zostawić. Po prostu pomagałem mojemu klubowi w tych trudnych chwilach. Cieszę się, że teraz Warta jest wśród najlepszych, ale cieszyłem się nawet wtedy, gdy była trzecia liga.

Na pracy kierownika drużyny te problemy klubowe pewnie jednak nieraz się odbijały.
Oczywiście. Jeszcze nie tak dawno przecież nie zawsze było na wypłaty, a hotele trzeba było odwoływać. Nie wiadomo było czy w ogóle pojedziemy na wyjazd. Czasem jeździliśmy swoimi samochodami. W Zabrzu kilka lat temu, na mecz z Górnikiem, nie chciano początkowo nas wpuścić. Gospodarze świętowali awans do ekstraklasy, ochrona czekała na autokar z Poznania. My natomiast przyjechaliśmy kilkoma samochodami osobowymi. Na parkingu na auta nie było już miejsca, na szczęście na boisko zdążyliśmy wybiec i wygraliśmy 3:2. Były radosne chwile, ale nigdy w Warcie się nie przelewało. W takim miejscu trzeba mieć klub w sercu.

Jaki to może być sezon dla Warty?
Przede wszystkim będą derby! Dla mnie najważniejsza jest Warta, ale szanuję „Kolejorza”. Pamiętam nasze ostatnie pojedynki. Przez wiele lat zmieniła się otoczka ekstraklasy, kiedyś z meczów w telewizji pokazywano jedynie urywki. Dzisiaj można zobaczyć wszystko, z dokładnością co do centymetra. Chcemy to poczuć. Dla nas to ogromna nobilitacja. Szkoda, że nie gramy w Poznaniu, ale przez ostatni czas zdążyliśmy się już przyzwyczaić do Grodziska Wielkopolskiego. Mamy nawet te same barwy. I wierzymy, że historia lubi się powtarzać, to znaczy, że najbliższy sezon będzie dla nas taki sam, jak ten pierwszy w latach 90-tych po awansie. Chcemy być małą rewelacją!

Rozmawiał Tadeusz Danisz

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności