Aktualności

[WYWIAD] Dawid Szot: Nie wierzyłem, że spełnię marzenie i zagram w Wiśle

Rozgrywki21.01.2021 

Piłkarzem próbował zostać jego ojciec i starszy brat, ale udało się dopiero jemu. Choć Dawid Szot na mecze Wisły chodził od dziecka i marzył, by w niej zagrać, to nie wierzył, że to się uda. A jednak w rundzie jesiennej był podstawowym obrońcą krakowskiego zespołu. – Debiut to był dla mnie szok, duma i zaszczyt. Do tej pory z innymi fanami dopingowałem piłkarzy z trybun, a teraz wszyscy kibicowali mnie. Bardzo to doceniam – mówi 20-letni wiślak.

Trener Wisły Peter Hyballa daje w kość? Daniel Hoyo-Kowalski, kolega z obrony, mówi wprost, że to najtrudniejszy okres przygotowawczy, w którym brał udział.

Jest rzeczywiście bardzo ciężko. Trenujemy dwa razy dziennie. Rano zwykle około 2,5 godziny, a po południu kolejne półtorej godziny. Potem dostajemy dane od trenera przygotowania motorycznego, z których wynika, że dziennie biegamy około 10 km. A wiadomo, że trening to nie to samo co 90 minut meczu. Do tego te zajęcia są bardzo intensywne, ale co dla piłkarza fajne, zwykle z piłką. Może poza półgodzinną rozgrzewką, podczas której biegamy i się rozciągamy. Podania, gierki, dryblingi, prowadzenie piłki. To się mi bardzo podoba. Zimowe przygotowania są zwykle bardziej wyczerpujące, a te są wyjątkowo ciężkie. Zmęczenia się nakłada, ale organizm przyzwyczaja się do obciążeń. Jak jednak przyjdzie liga, to na pewno będzie nam łatwiej biegać.

Dużo czasu poświęcacie taktyce i pressingowi, który tak bardzo ceni szkoleniowiec?

Właściwie od pierwszych zajęć z trenerem Hyballą jest to jeden z najważniejszych elementów, które szlifujemy. Przed derbami Krakowa mieliśmy z tym szkoleniowcem tylko jeden trening, a właściwie rozruch i zarządził grę wewnętrzną jedenastu na jedenastu dwa razy po pół godziny. Byliśmy w szoku i od razu też zaczął pokrzykiwać „Press, press, press”. Potem jeszcze w trakcie rundy jesiennej też przykładał do tego wagę. Teraz podczas okresu przygotowawczego cały czas to szkolimy i wygląda to coraz lepiej. Pressing całego zespołu to nie jest łatwa sprawa. Właściwie jest to ryzykowne, ale też daje efekty. Cała drużyna musi działać jak maszyna. Nikt nie może zaspać, bo wystarczy, że zrobi się jedna dziura i cały wysiłek zespołu na nic. Trener powtarza też nam, że lepiej szybko zaatakować, zrobić pressing tuż po stracie piłki i ją odzyskać niż wracać przez całe boisko.



Nie tak dawno z środka pomocy przeniosłeś się na prawą obronę. Przyzwyczaiłeś się już do nowej pozycji?

Rzeczywiście, dokładnie rok temu podczas zgrupowania trener Artur Skowronek przestawił mnie na prawą obronę. Jechałem na obóz jako defensywny pomocnik, a wróciłem jako obrońca. Mieliśmy testy motoryczne, na których dobrze wypadłem i postanowił sprawdzić mnie na tej pozycji w sparingu. Chyba dobrze się spisałem, bo w kolejnym meczu też zagrałem na prawej obronie i już tak zostało. Trener Hyballa robi treningi pozycyjne i to mi dużo daje. Nabieram doświadczenia i nawyków, bo tego na pewno brakuje. Grałem w pomocy i ciągnie mnie do środka pola. Dlatego staram się, by moja gra na tej pozycji nie wyglądała tylko, że biegnę skrzydłem i wrzucam w pole karne. Czasem więc schodzę do środka, zagram kombinacyjnie i to może być element zaskoczenia dla rywala. Nawyki z gry w pomocy mogą się przydać. U trenera Hyballi jest też taki plus, że gdy boczny obrońca włącza się do akcji, to nie musi myśleć o defensywie. Wtedy na przykład środkowy pomocnik mnie asekuruje. Jeśli więc widzę szansę, to biegnę i atakuje, ale też wiem, że ktoś będzie na moim miejscu w defensywie. To element ofensywnego stylu.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że piłkarzem chciał zostać twój tata i brat, ale im się nie udało. Dopiero powiodło się trzeciemu z rodu Szotów.

Tak właśnie było. Każdy z nas próbował sił w Hutniku Kraków, bo mieszkaliśmy w Nowej Hucie. I trafiliśmy na tego samego trenera Mieczysława Będkowskiego. Pierwszy poszedł oczywiście tata, trener pokręcił głową i powiedział, że się nie nadaje. Potem sił spróbował starszy ode mnie o osiem lat brat. Rodzice kupili mu cały ekwipunek od korków, przez getry, spodenki, koszulkę po dres. Poszedł na jeden trening i trener też powiedział, że nie za dobrze wygląda. Brat się zraził i poddał.

Sprzęt się nie zmarnował, bo Tobie się udało?

Niestety, zwykle było tak, że nic po bracie na mnie nie pasowało. W końcu przyszła kolej na mnie. I też trafiłem do tego samego trenera, choć na początku tego nie wiedziałem, a taty pewnie nie kojarzył. Po pierwszym treningu nic nie powiedział, ale pojechałem na obóz. Miałem wtedy może z siedem lat. W końcu rodzice poszli do trenera i usłyszeli, że się nadaję. Tak zacząłem trenować w Hutniku i spędziłem w nim pięć lat. Kolejne sześć byłem w Progresie Kraków.



To teraz siedem lat w Wiśle?

Zobaczymy, na razie jestem tu 2,5 roku. Zresztą nie wierzyłem, że zagram w Wiśle. Od małego chłopaka to było dla mnie marzenie. Chodziłem z tatą i bratem na mecze. W wieku 17 lat dostałem propozycję z tego klubu. I długo się zastanawiałem. Miałem trafić do zespołu Centralnej Ligi Juniorów. Obawiałem się, że po roku mój pobyt tam się skończy, zwłaszcza że wtedy Wisła nie miała rezerw. Po podpisaniu kontraktu czułem jednak ogromną dumę i zaszczyt. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Już po pół roku zacząłem trenować z pierwszym zespołem.

I w końcu debiut w ekstraklasie. To też musiało być duże wydarzenie.

Pamiętam, że po podpisaniu kontraktu, a jeszcze zanim zacząłem trenować z pierwszą drużyna, byłem na meczu Pucharu Polski. Poszedłem z bratem i szefem firmy, w której pracował. Pytał mnie kiedy zadebiutuje. Niechętnie odpowiadałem, że może za pół roku albo za rok, ale nie za bardzo w to wierzyłem. A tu rzeczywiście minęło kilka miesięcy, a ja jestem w podstawowym składzie na mecz z Wisłą Płock. Dla mnie ogromny szok, bo do tej pory zwykle kibicowałem tym piłkarzom. Teraz to ja wychodzę na boisko i ci ludzie, z którymi siedziałem na trybunach i razem krzyczałem, teraz dopingują mnie. To był bardzo ważny moment w mojej karierze. Teraz już stało się dla mnie trochę normalniejsze, bo jesienią występowałem dość regularnie. Czasem jednak jak pomyślę, że niedawno jeszcze kibicowałem, a teraz mogę grać dla Wisły, to bardzo to doceniam. Zwłaszcza, że w sporcie różnie bywa.



A jak zareagowali najbliżsi na debiut?

W zespole było sporo kontuzji, a do tego było jasne, że część zawodników odchodzi. Dlatego trzy dni przed meczem wiedziałem, że zagram. Powiedziałem rodzicom, oni cioci, ciocia dziadkowi i wszyscy byli na trybunach. Mocno to przeżywali. Zresztą cały czas bardzo mi kibicują. Jak wiedzą, że jest mecz, to organizują rodzinne spotkania i potem wysyłają mi zdjęcia, że wspólnie oglądali. To mnie bardzo mobilizuje, bo gram też dla nich. Czy jest dobrze, czy źle, to zawsze mogę liczyć, że mnie podniosą na duchu.

Grasz regularnie w ekstraklasie, jesteś rocznik 2001 i mógłbyś grać w reprezentacji Polski U-21. Myślałeś o tym?

To porównywalne marzenie do gry w Wiśle. Oczywiście myślałem o tym, ale nie pozostaje mi nic innego, jak solidnie trenować, by nadal grać w lidze. Trenerzy na pewno obserwują zawodników z mojego rocznika i być może kiedyś dostanę powołanie. W kadrze U-19 są moi koledzy z Wisły Damian Hoyo–Kowalski i Olek Buska, co jest dla mnie też duża motywacją.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot. Cyfrasport

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności