Aktualności

Trudne życie beniaminków. „Wcześniej tak wielkich różnic nie było”

Rozgrywki08.01.2021 

Jesienią przeżywali różne momenty. Czasem byli chwaleni za swoją grę, doceniano ich postawę, niektórzy deklarowali, że na bieżąco wyciągają wnioski. Efekt jest jednak taki, że jesień zakończyli na trzech ostatnich miejscach w PKO Ekstraklasie. Beniaminkowie – to o nich mowa. Czy elita piłkarska to progi, na które coraz trudniej się wdrapać i stabilnie stać?

W XXI wieku rzadko byliśmy świadkami sytuacji, by drużyny, które jeszcze nie tak dawno świętowały awans, po kilku miesiącach solidarnie zajmowały miejsca na samym dole ligowej tabeli. To wyjątek, ale w ostatnich latach można zauważyć, że dla wielu drużyn awans do ekstraklasy staje się początkiem problemów.

Raków wyjątkiem

W ostatnich czterech sezonach jedynymi drużynami, którym udał się szturm na bramy ekstraklasy, były zespoły Górnika Zabrze i Rakowa Częstochowa. – Zabrzan nie brałbym jednak pod uwagę. To nie był beniaminek – zauważa Wojciech Jagoda, komentujący mecze PKO Ekstraklasy w Canal+. – Górnik spadł i po roku wrócił. Patrząc, jak wielkie są tradycje piłkarskie w Zabrzu i z jakim nastawieniem czternastokrotny mistrz Polski przystępował do gry w pierwszej lidze, to nie można traktować go na równi z innymi drużynami, które w tym okresie robiły awans – mówi Wojciech Jagoda.

Raków awans świętował po 21 latach przerwy. W Częstochowie było to ogromne wydarzenie,  połączone niejako z bardzo dobrym występem w Pucharze Polski. – Podstawą jest trener Marek Papszun. Dostał po tyłku od życia będąc w niższych ligach, ale potrafił nauczyć swoich zawodników dyscypliny taktycznej, innego systemu. Bo przypomnijmy, Raków jako jedyny w ubiegłym sezonie systematycznie grał trojką środkowych obrońców. To taki pozytywny wypadek przy pracy – mówi w charakterystyczny dla siebie sposób telewizyjny ekspert, dodając: – Raków fałszuje obraz ostatnich lat.



Klucz na ławce trenerskiej

Dzisiaj na podobne pochwały, co trener Papszun, może liczyć Piotr Tworek w Poznaniu. – Długo do Warty nikt nie umiał się dobrać, gdyż trener Tworek miał świadomość, jaką ma kadrę. Nie miał graczy Barcelony, miał na środku Bartosza Kielibę i Łukasza Trałkę. Miał świadomość, że ci zawodnicy zrobią swoje, przypilnują grę i przekłują wady w zalety. Poznaniacy grali kompaktowo, walecznie, a nazwisk tych zawodników wielu z nas musiało się jesienią dopiero uczyć – przypomina telewizyjny ekspert, dla którego bohaterem był Mateusz Kuzimski. – Gdzie grał, to zdobywał bramki. Jego gole dla Warty znaczyły więcej, niż trafienia Tomasa Pekharta dla Legii. Właściwy człowiek na właściwym miejscu – twierdzi.



Zarówno w Podbeskidziu, jak i w Stali Mielec dokonano już zmian na ławkach trenerskich w tym sezonie. W Bielsku-Białej roszady będą największe, bo tam panuje największe rozczarowanie. – Od pierwszego do ostatniego meczu Podbeskidzie jesienią wyglądało źle. Nie przypominam sobie fajnej gry w wykonaniu tej drużyny. Gdy już coś wychodziło, to raczej przez prezenty ze strony rywali – Wojciech Jagoda ma na myśli chociażby zwycięskie spotkanie z Zagłębiem Lubin. – Najsłabsza drużyna, największe rozczarowanie, a trener Krzysztof Brede chyba się pogubił. Od samego mieszania i obijania łyżeczką o szklankę herbata nie będzie słodsza. Jeżeli jednak miał zapewnienie, że zimą będą wzmocnienia, to może powinien dostać szansę by naprawić swoje błędy – dodaje.

Warta Poznań imponowała w początkowej fazie sezonu. Z czasem dała o sobie znać krótka ławka i uboga kadra. Stal Mielec zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli, ale przede wszystkim zaimponowała finiszem, kiedy to w czterech ostatnich meczach zdobyła siedem punktów. Znacznie poprawiła swoje notowania na finiszu, ale dobre momenty miała również we wcześniejszych spotkaniach. – Chociażby zremisowany na starcie mecz z Wisłą Płock, gdzie zabrakło tego doświadczenia, czy spotkanie z „Pasami” w Krakowie. Stal w meczu, który zakończył się wynikiem 1:1, była lepsza. Pewnie jestem jedyną osobą w Polsce, której podobała się praca trenera Dariusza Skrzypczaka. Stal grała jednak na miarę możliwości. Zarówno trener Skrzypczak, jak i Leszek Ojrzyński robili swoją pracę – mówi Wojciech Jagoda, który w mieleckiej machinie docenia przede wszystkim Macieja Domańskiego i Grzegorza Tomasiewicza. – Pierwszy przebiega średnio 13 kilometrów na mecz, ten drugi ma 167 cm, ale serce jak u chłopa dwumetrowego – dodaje.



Podbeskidzie przykładem

W pierwszej dekadzie nowego stulecia jedynie w sezonie 2003/2004 dwie drużyny, które świętowały awans, po kolejnych dwunastu miesiącach musiały żegnać się z najwyższym poziomem rozgrywkowym. Mowa o Górniku Polkowice i Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Tyle, że ta druga drużyna do sezonu przystępowała z minusowymi punktami, natomiast spadek ekipy z Dolnego Śląska przesądził się po przegranych barażach z Cracovią.

W 2008 roku tylko dwanaście miesięcy pobyt wśród najlepszych trwał Zagłębia Sosnowiec, w 2012 roku w analogicznej sytuacji był Łódzki Klub Sportowy. W 2015 roku jako beniaminek z elitą pożegnał się również GKS Bełchatów.

Nie brakuje jednak także przypadków, że beniaminkowie w połowie sezonu będący w bardzo trudnej sytuacji ostatecznie z kłopotów potrafili się wydostać. Najlepszym przykładem tutaj jest... Podbeskidzie, które w sezonie 2012/2013, jak i sezon później, wiosną wydostawało się ze strefy spadkowej. Za tym pierwszym razem Dariusz Kubicki, a później Czesław Michniewicz naprawiali błędy trenera... Roberta Kasperczyka. W tym drugim przypadku szkoleniowcem Podbeskidzia był... Leszek Ojrzyński, dzisiaj pracujący w Stali Mielec.



Każdy przypadek inny

Przyczyn takiego stanu rzeczy i niepewnych losów beniaminków jest pewnie wiele. Sam prezes Podbeskidzia Bielsko-Biała jeszcze przed sezonem zwracał przede wszystkim uwagę na kwestie finansowe. – Nie możemy się równać z drużynami grającymi systematycznie w ekstraklasie pod względem finansowym. Nawet jeżeli uznaje się nas za stabilny klub, to jednak ekstraklasa ma swoje realia. Raków a Podbeskidzie to inna półka – mówił Bogdan Kłys, zaznaczając jednocześnie, że nie pieniądze będą odgrywać najważniejszą rolę.

– Trzeba zwrócić uwagę na to, że teraz bardzo szybko młodzi zawodnicy z pierwszej ligi trafiają do ekstraklasy – dodaje Wojciech Jagoda. – Był taki okres, że młodzieżowcy ciągnęli swoje drużyny pierwszoligowe do przodu. Teraz wszystko odbywa się bardzo szybko. Czołowi zawodnicypierwszej ligi momentalnie idą do ekstraklasy, ci z PKO Ekstraklasy wyjeżdżają na zachód. Rynek jest wydrenowany, co wpływa na rozwarstwienie – argumentuje komentator telewizyjny.

Tylko w trzech ostatnich latach z piłkarską elitą tuż po awansie pożegnały się drużyny Sandecji Nowy Sącz, Miedzi Legnica i Zagłębia Sosnowiec oraz Łódzkiego Klubu Sportowego. – Każdy przypadek jest inny, ale widać, że we wcześniejszych latach tak wielkich różnic nie było – zakończył Wojciech Jagoda.

Tadeusz Danisz

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności