Aktualności

Karny to nie loteria, lecz nagroda. „Mała rzecz robi ogromną różnicę”

Rozgrywki27.02.2020 

Niektórzy wciąż nie rozumieją. Mówią, że rzuty karne to loteria, że nie da się ich wytrenować, że nic nie zastąpi atmosfery meczu, że – jak w każdym pojedynku – szanse strzelającego i broniącego są równe. Nawet najlepsi się mylą, prawda? Tymczasem to w futbolu największa nagroda i dobra metoda w osiąganiu własnych celów.

Rzut karny to przecież najbardziej niesprawiedliwy przepis w piłce nożnej. Oczywiście, że zdarzają się wypadki, gdy atakujący jest faulowany będąc sam na sam z bramkarzem, albo tuż przed strzałem na pustą bramkę, w momencie oddawania uderzenia z dobrej pozycji… Jednak zdecydowana większość przewinień w „szesnastce” to złe decyzje obrońców w momentach, gdy więcej zimnej krwi nie naraziłoby ich zespół na niemal pewną stratę gola.

Niemal pewną, bo właśnie z wyliczeń piłkarskich analityków-statystyków wynika, że rzut karny to 75-procentowa szansa na gola. Współczynnik „goli oczekiwanych” jest dla jedenastek tak wysoki, że w obecnym sezonie Ekstraklasy, jak informuje nas EkstraStats, na ponad pięć tysięcy strzałów tylko dziesięć miało wyższe xG. Z tych dziesięciu sytuacji dziewięć skończyło się golem, w każdej nie było już bramkarza między słupkami, a uderzający stał nie dalej, niż pięć metrów od bramki.

W Ekstraklasie zresztą ostatnio z rzutami karnymi jest problem: z sześciu ostatnich podejść aż pięć było niecelnych. Nie obronionych przez bramkarzy, ale po prostu przestrzelonych. Śląsk Wrocław mógł wygrać z Pogonią w Szczecinie, gdyby piłki nie wykopał Erik Exposito, a Raków Częstochowa mógł sensacyjnie zwyciężyć z liderującą w tabeli Legią Warszawa. „Portowcy” tę stratę punktów mogliby odrobić tydzień później przeciwko ŁKS-owi, gdy do rzutu karnego podchodził Zvonimir Kozulj – lecz i on spudłował.

Karny to jeszcze nie bramka – tłumaczył swojego kolegę po meczu Damian Dąbrowski. Jeszcze nie, ale prawie. – Wszyscy widzieliśmy, że Erik źle psychicznie zniósł ten zmarnowany rzut karny i to był powód zmiany już w przerwie. Sądzę, że to była dobra zmiana. Erik dostał wsparcie od drużyny – mówił Vitezslav Lavicka po pomyłce Exposito. – Założenie miał dobre, Majecki już leżał. Trzeba mieć odwagę, żeby w meczu z takim przeciwnikiem uderzyć w podobny sposób. Wymagam od zawodników kreatywności, więc dlaczego miałbym za to rugać? Jeżeli teraz stłamsiłbym Daniela, mogę spowodować, że w grze będzie wybierał już tylko bezpieczne rozwiązania. Nie na tym polega piłka – podkreślał w „Przeglądzie Sportowym” Marek Papszun, analizując jedenastkę przestrzeloną przez Daniela Bartla.

Jak widać, podejścia do rzutów karnych są różne, choć ich niewykorzystanie może w ogólnym rozrachunku kosztować drużyny sporo. W książce „Twelve yards” Bena Lyttletona jest przywołane badanie hiszpańskiego profesora Ignacio Palaciosa-Huerty, który przeliczył wartość analizowania i trenowania rzutów karnych, by przełożyć ją na średnią zdobycz punktową zespołu. Badacz oznajmił, że wynik to 3,87 punktów. Co mogłoby to oznaczać w poprzednim sezonie polskiej ligi? Wystarczy spojrzeć na Lechię Gdańsk: Flavio Paixao nie wykorzystał trzech jedenastek w meczach z Koroną Kielce, Wisłą Płock i Śląskiem Wrocław. Teoretycznie jego gole mogłyby dać pięć punktów więcej ekipie Piotra Stokowca – i tyle na koniec sezonu dzieliło Lechię od mistrzowskiego Piasta.

Oczywiście nie można zarzucić trenerowi gdańszczan braku przygotowania. Flavio w poprzednich rozgrywkach wykorzystał siedem z dziesięciu jedenastek, więc był na granicy właściwej skuteczności z rzutów karnych. Do tego warto przypomnieć sobie, co działo się w Pucharze Polski w meczu z Wisłą w Krakowie we wrześniu 2018 roku. Kamery Polsatu pokazały, jak swoich piłkarzy przygotowują do serii jedenastek obydwaj szkoleniowcy. W ekipie Lechii najpierw głos zabrał Stokowiec. – Skupcie się na małym zadaniu. Odrzućcie mecz, puchar, awans. Najważniejszy jest karny. Wykonajcie ten stały fragment tak, jak chcecie, jak potraficie. Liczy się tylko zadanie. Sam stres wam nie pomoże, myślcie tylko o dobrym strzale – powiedział piłkarzom, po czym jego asystent, Łukasz Smolarow, wyczytał przygotowaną wcześniej listę strzelców. Co się działo w drugim obozie? Trwało poszukiwanie chętnych, padało pytanie „kto się czuje na siłach?” i to oczywiście Lechia Gdańsk grała dalej. Doszła do finału pucharowych rozgrywek i je wygrała: również dzięki karnym.

O nieco podobnym przypadku na ubiegłotygodniowej konferencji „Tactical Insights 2020” opowiadała Lisa Fallon. Obecnie pracująca jako analityk kobiecej drużyny Chelsea, a wcześniej będąca w sztabie irlandzkiego Cork City trenerka tłumaczyła, jak dostrzeżenie problemu przy rzutach karnych, ich analiza i odpowiedni trening pozwoliły odmienić losy tego zespołu. Mistrzostwo w 2016 roku zdobyło Dundalk z siedmioma punktami przewagi nad Cork. Fallon wyliczyła, ile było niewykorzystanych rzutów karnych i jak ta nieskuteczność mogła wpłynąć na losy wyścigu o tytuł. Dostrzegając spore możliwości poprawy swoich piłkarzy poszła z materiałem do trenera, Johna Caulfielda i przekonała go, by odmienić losy Cork. – Małe rzeczy robią więc ogromną różnicę – stwierdziła. Wcześniej, jak sama przyznała, musiała mierzyć się z bardzo tradycyjnym podejściem także wewnątrz drużyny: słyszała, że karne to loteria, że nie da się ich wytrenować…

Co konkretnie zaczęto robić w irlandzkim klubie? Zaczęło się od łamania wymienionych stereotypów i pokazania faktycznych wartości rzutów karnych. Przypomniała również, że łączna różnica między zwycięzcą a pierwszym przegranym w czterech różnych dyscyplinach olimpijskich wynosiła ledwie 1,28 sekundy (Londyn 2012). Wszystko miało zależeć od podejścia piłkarzy, by przekonali się do zmiany myślenia. Wyznaczono też kilku konkretnych, nominowanych strzelców. Nagrywano wszystkie ich wykonywane rzuty karne, ale każdy miał tylko jedną próbę na treningu. Zawodnicy musieli wcześniej zadeklarować, jak i gdzie zamierzają uderzyć. Za to otrzymywali punkty: trzy za wykonanie zgodne z zapowiedzią i zakończone golem, dwa za obronione uderzenie, gdy piłka jednak leciała tam, gdzie zadeklarowali, i jeden za bramkę strzeloną w inne miejsce. Trwało to cały sezon, zdarzało się więcej powtórzeń, stwarzano trudniejsze warunki (bramkarze znali kierunek), ale, jak podkreślała Fallon, miało to służyć budowaniu ich pewności siebie.

W sezonie 2017 piłkarze Cork City byli z rzutów karnych niemal bezbłędni. Zamiast siedmiu punktów do Dundalk, skończyli ligę z właśnie taką przewagą i tytułem mistrzowskim. Z największym rywalem zmierzyli się również w finale krajowego pucharu, by powalczyć o pierwszy dublet w historii. Ostatni mecz sezonu, 25 tys. ludzi na trybunach i… rzuty karne. Fallon wskazuje po kolei strzelców dla Cork, których wykonania jedenastek na treningach pokazywała wcześniej. Nic się nie zmieniło, wszyscy trafiają. W czwartej serii wskazuje na bramkarza City, Marka McNulty’ego, który przy rzucie karnym kolegi z drużyny jest odwrócony. – Nie dlatego, że nie wierzy, czy z przesądu. On miał tak robić, koncentrować się na swoim zadaniu, przypominać sobie analizę wykonawców rywali – mówi Fallon. I McNulty kolejny strzał broni. Do piłki podchodzi Kieran Sadlier, który w treningach najczęściej zmieniał kierunek uderzenia. – Ponieważ od naszych wykonawców już po dogrywce, w kółku zebraliśmy deklarację, jak i gdzie strzelają, on w decydującym momencie postanowił nie zmieniać zdania. Nie dlatego, że był przekonany co do swojego wyboru, ale, jak sam później powiedział, nie chciał zawieść drużyny – tłumaczyła.

Przykładem w drugą stronę jest Jagiellonia Białystok, która od trzech sezonów jest jedną z najmniej skutecznych drużyn z rzutów karnych. W obecnych rozgrywkach miała ledwie trzy próby, lecz i tak skończyła z tylko jednym golem. W poprzednich jej piłkarze podchodzili do ustawionej na jedenastym metrze piłki najczęściej w lidze, aż trzynastokrotnie. Skończyło się ośmioma golami, drugą najniższą skutecznością i… piątym miejscem, poza europejskimi pucharami. Wystarczyłoby jedno trafienie, by wyprzedzić Cracovię. – Powiem więcej, gdybyśmy zsumowali wszystkie niewykorzystane rzuty karne z ostatnich dwóch lat, to kosztowały one nas tytuł mistrzowski, a w tym sezonie przynajmniej awans do Ligi Europy, jeżeli nie miejsce na podium – mówił na podsumowanie sezonu ówczesny trener Jagiellonii, Ireneusz Mamrot. – Także w tym sezonie nie wykorzystaliśmy karnych w meczach z Piastem oraz Lechią. Gdybyśmy w Gdańsku doprowadzili do wyrównania, to spotkanie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej, kto wie, czy nie wygralibyśmy tam. Każda historia jest inna. Jest to nasz problem, z którym musimy się zmierzyć. Ta sytuacja tylko potwierdza, że przy rzucie karnym kluczową kwestią jest psychika, odporność na stres i presję – dodawał.

Można stwierdzić, że trenera Mamrota brak wykorzystanych jedenastek przez jego piłkarzy kosztował sporo: po piątym miejscu presja na wyniki zwiększyła się, może nawet pośrednio doprowadziła do rozstania. O ile oczywiście pewne elementy da się wytrenować, o tyle do samej analizy problemu każdy szkoleniowiec potrzebuje wsparcia. W Cork City była to analityk Lisa Fallon, w Białymstoku nie trener nie miał w sztabie takiego pracownika.

Ostatnia seria nietrafionych rzutów karnych mogłaby sugerować, że w Ekstraklasie piłkarze mają z tym ogromny problem. Nic bardziej mylnego. Patrząc na cały sezon, to strzelający wciąż mają wyniki ponad oczekiwania: wykorzystali ponad 85% jedenastek. Jak wyliczają analitycy EkstraStats, tylko w dwóch sezonach od 2000 roku piłkarze byli bardziej skuteczni (2007/08 i 2013/14). O tym, że może warto postawić na rzuty karne świadczyć może również fakt, że przy bardziej dynamicznej, intensywnej i (zwłaszcza w Polsce) fizycznej grze i mając wsparcie VAR, sędziowie coraz częściej mają powód, by wskazywać na jedenasty metr. Odkąd wprowadzono format ESA 37, tylko w jednym sezonie było mniej niż 80 prób, gdy w trzech ostatnich – powyżej stu. Rekordem był poprzedni sezon: 129 rzutów karnych, 98 goli (skuteczność bliska 76%). W sześciu latach przed ESA 37 dyktowano średnio ponad 42 jedenastki, w sześciu z tym formatem rozgrywek ta liczba wzrosła do 96. Do końca sezonu zasadniczego jeszcze chwila, do pucharu maja – dwa miesiące. Czas dla ligowców jest, by zagwarantować sobie, że przez analizę oraz trening tego elementu gry, udało się własne cele zrealizować.

Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności