Aktualności

[PIĘĆ PYTAŃ] O starcie napastników, inna rola Cracovii i możliwości Piasta

Rozgrywki10.05.2019 

Kto będzie górą: będący w formie Oskar Zawada, czy ostatnia nadzieja Śląska, Marcin Robak? Czy Górnik na wyjeździe do Legnicy zapewni sobie w stu procentach utrzymanie? Ile Cracovii brakuje, by poradziła sobie w roli faworyta? Jak na Piasta wpłyną pełne trybuny stadionu w Gliwicach? Czy powrót zdobywców Pucharu Polski do Gdańska będzie także pod względem frekwencji okazały? Na te pytania szukamy odpowiedzi przed meczami 35 kolejki LOTTO Ekstraklasy.

Który z napastników będzie górą?

Gdyby wskazać największą zmianę w Wiśle Płock po przyjściu Leszka Ojrzyńskiego, to zaraz po znacznie lepszych wynikach zespołu najważniejszym aspektem było odblokowanie napastnika. Oskar Zawada w ostatnich pięciu meczach strzelił pięć goli. Choć to niewyobrażalne, to poprzednio taki dorobek w rozgrywkach klubowych zebrał na przestrzeni... niemal dziewiętnastu miesięcy!

Jego skuteczność w ostatnich tygodniach była naprawdę imponująca: pięć bramek to efekt dziewięciu strzałów. W pozostałej części sezonu Ekstraklasy miał nie dość, że tych prób niewiele (ledwie czternaście), to do tego wykorzystał tylko jedną. – To pokłosie ciężkiej pracy nad sobą. Na pewno pomaga mi taktyka Wisły, na którą stawia trener Leszek Ojrzyński. Już w pierwszym meczu pod jego wodzą, w którym na mnie postawił, odpaliłem. Co ważne dla mnie napastnika, gole strzelam i po wejściu z ławki, i wtedy, kiedy występuję w pierwszym składzie. Jestem głodny bramek, trener Ojrzyński jeszcze bardziej wyzwolił we mnie pazerność na gole. Nasza współpraca bardzo dobrze się układa – mówił Zawada w wywiadzie dla "Łączy Nas Piłka".

Na drugim biegunie jest Marcin Robak ze Śląska Wrocław, którego brak skuteczności od początku nowego roku do niemal końca kwietnia (tylko dwa gole) mocno doskwierał drużynie. Inaczej mówiąc: poza jednym spotkaniem z Arką Gdynia, gdy doświadczony napastnik nie zdobywał bramki, to zespół przegrywał. Ale w ostatnich trzech meczach już dwukrotnie trafił do siatki, choć nie w tym wygranym z Zagłębiem Sosnowiec. Najważniejsze dla niego jest jednak to, że nawet mając szanse, to oddaje strzały celne – a przecież zdarzył mu się miesiąc, gdy nawet tego brakowało. W sobotnim meczu o utrzymanie odpalenie jednego z tych dwóch napastników będzie kluczowe na drodze do zwycięstwa.

Czy Górnik postawi „kropkę na i”?

W matematykę i w szansę w Zabrzu nie chcą się już bawić. Gdy dwa lata temu Górnik z pozycji niemal straconej szedł zwycięską serią do Ekstraklasy, to mówiono o cudzie. Teraz podobnym zjawiskiem byłby spadek z najwyższej klasy rozgrywkowej, bo zespół Marcina Brosza ma pięć punktów przewagi nad przedostatnim Śląskiem, trzy kolejne zespoły za plecami i trzy mecze przed sobą. Wystarczy więc jedno zwycięstwo i nikt już nie będzie musiał się o bezpieczeństwo Górnika martwić.

Wydawało się, że serią czterech zwycięstw w drugiej połowie kwietnia ten spokój przyjdzie wcześniej, lecz ostatnia wpadka z Wisłą Kraków na swoim boisku to westchnienie ulgi o tydzień odłożyła. – Tym bardziej musimy koncentrować się na każdej kolejnej potyczce. Nie możemy oglądać się w przeszłość, jak również wybiegać dalej w przyszłość. W tym momencie konieczne jest, aby myśleć o zbliżającym się meczu – tłumaczył więc Valeriane Gvilia, jeden z najlepszych zawodników Górnika w rundzie wiosennej.

Pewnym ułatwieniem dla Górnik może być fakt, że z Miedzią grają w Legnicy – a więc na wyjeździe. To nie jest najbardziej stabilna z twierdz w Ekstraklasie, tylko w Sosnowcu gospodarze stracili więcej bramek. A skoro rywalom Miedź pozwala na okazje, to sporo z nich powinno trafić pod nogi Igora Angulo, najlepszego strzelca ligi. Jest on autorem połowy goli Górnika, jeśli więc zabrzanie się utrzymają, to wiadomo już do kogo pierwszego kierować za to podziękowania.

Ile Cracovia ma do nadrobienia?

Tym razem na konferencji Michała Probierza było bez niespodzianki. – Jesteśmy faworytem. Nikt nie spodziewał się takiego Lecha, ale w ostatnich meczach wyglądał już znacznie inaczej niż wcześniej – zapewniał szkoleniowiec Cracovii. Choć może w Polsce to deklaracja rzadka, to akurat trafiona – „Pasy” prezentują się w tym sezonie znacznie lepiej od „Kolejorza”, choć obecnie te drużyny dzielą tylko dwa punkty i sobotnie zwycięstwo poznaniaków może to wrażenie skutecznie zatrzeć.

Prawdą jednak jest, że także Cracovia ma coś do nadrobienia. Po awansie do grupy mistrzowskiej i możliwościach zaangażowania się w walkę o medale przyszły trzy porażki z wyżej rozstawionymi rywalami: Legią (0:1), Jagiellonią (0:1) i Piastem Gliwice (1:3). Dopiero pokonanie Lechii przywróciło Cracovię do równowagi w rywalizacji o ostatnie miejsce pucharowe. Jednak do tego potrzeba kolejnych zwycięstw: już z zespołami znajdującymi się za plecami piątej drużyny w kraju.

Na razie ten bilans Cracovii z drużynami wewnątrz czołowej ósemki nie jest specjalnie imponujący: tylko Lech strzelił w tych spotkaniach mniej goli, aż cztery zespoły punktowały lepiej. – gdy weszliśmy do ósemki to te trzy porażki wpłynęły na to, gdzie jesteśmy. Wtedy sześć dni nami wstrząsnęło, teraz jednak mam nadzieję, że po ostatniej kolejce będziemy zadowoleni – dodawał Probierz. Jeśli mu się uda, to niewykluczone, że również w wewnętrznej tabeli czołowej ósemki przesunie się znacząco w górę. Tylko do tego potrzebuje pewnego oswojenia – z rolą o której mówił szkoleniowiec, czyli tą faworyta.

Ile jeszcze może Piast?

Z kolei Piast Gliwice to w tej tabeli grupy mistrzowskiej najlepiej punktująca i strzelająca gole drużyna – co nie powinno być wielkim zaskoczeniem, gdyż w 2019 roku nie ma od nich lepszego zespołu. W ostatni weekend piłkarze Waldemara Fornalika pokonali Legię w ekscytującym meczu w Warszawie, ale teraz zadanie będzie zgoła inne. Samemu wcielić się w rolę faworyta i pokazać, że jeszcze mogą więcej wykrzesać z siebie na ligowym finiszu.

Ten skok na historyczny wynik Piasta może wreszcie przyciągnąć to, czego w sezonie raczej w Gliwicach brakowało – atmosferę wyjątkowości. Owszem, zespól spisywał się świetnie, grał ciekawy futbol i ma zawodników cieszących kibicowskie oko, ale… to niekoniecznie i z wielu względów wpływało na frekwencję. Wynik z poprzedniego meczu u siebie (ok. 6100 fanów) i tak był o tysiąc niższy, niż gdy w sierpniu do Gliwic zawitała Legia.

Może więc trochę życzeniowo trener Fornalik mówi, że cieszy go, gdy „gra Piasta przyciąga na stadion kibiców”. – Po to się gra, by dostarczyć frajdy fanom. Chcemy, aby przychodzili na mecze i udzielali drużynie wsparcia – mówił Fornalik zapytany o prognozowany komplet. A jeśli trybuny szczelnie się wypełnią, to i presja wzrośnie. Zwłaszcza, że z Jagiellonią w tym sezonie jeszcze nie wygrał – jeśli ma jednak przełamywać swoje bariery, wygrywać tytuły, to raczej komplet nie powinien być przeszkodą, a wsparciem na finiszu sezonu.

Czy Lechia wróci do walki?

Niedziela może być również niezłą weryfikacją, ile faktycznie Lechii dało zwycięstwo w finale Totolotek Pucharu Polski – w końcu od zwycięstwa na PGE Narodowym niedzielny mecz z Zagłębiem Lubin będzie pierwszym rozegranym w Gdańsku. Frekwencja może pokazać, czy i kibice nie uznali, że tamta wizyta w Warszawie była szczytem możliwości zespołu Piotra Stokowca, gdy teraz wystarczy już sama strefa medalowa.

Tymczasem szkoleniowiec Lechii planuje coś innego. – Robimy wszystko, by do końca grać o mistrzostwo. Od 28 marca z jedną przerwą gramy co 3 dni i wiedzieliśmy, że to będzie trudny okres. Za bardzo nie wzmacnialiśmy drużyny w okienku zimowym i kadra jest wąska, ale nigdy na to nie narzekaliśmy. Poradziliśmy sobie z tym, włącznie z rozgrywkami Pucharu Polski. Teraz mamy zadyszkę, ale tylko wynikową, bo jeśli chodzi o strukturę gry nie gramy inaczej. Ten tydzień resetu i nie grania w środku tygodnia się przydał – zaznacza Piotr Stokowiec.

Na ile faktycznie ta przerwa Lechii się przydała pokaże Zagłębie, a starcie dwóch różnych stylów gry może już być dla kibiców interesującą perspektywą. Raczej pragmatyczna, szukająca szans w kontrach i stałych fragmentach drużyna będzie musiała zatrzymać coraz płynniej grających w posiadaniu piłki lubinian. Poprzedni mecz tych zespołów w Gdańsku przyniósł spektakl w jakich rzadko Lechia uczestniczy – wynik 3:3, hat-trick Artura Sobiecha, dramaturgię rywali podnoszących się z 0:3 do przerwy… Powtórka może nie przybliżyła by gdańszczan do mistrzostwa, lecz pewnie sprawiła, że kibice będą chcieli na stadion wrócić. I to również byłaby dobra informacja.

Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności