Aktualności

[PIĘĆ PYTAŃ] O reakcję Lechii, zmiany Legii i sprinty Arki

Rozgrywki23.04.2019 

Jak Lechia Gdańsk zareaguje po najgorszej serii w sezonie? Jak na Legię Warszawa wpłyną zmiany, których Aleksandar Vuković musi dokonać? Czy Leszek Ojrzyński zbuduje w Płocku twierdzę? Dlaczego wyniki sprintów Arki Gdynia są takie słabe? Skąd niemoc Śląska Wrocław, drużyny bez gola od ponad sześciu godzin? Na te pytania szukamy odpowiedzi przed meczami 32. kolejki LOTTO Ekstraklasy.

Jak zareaguje Lechia?

Niemal dokładnie 155 ligowych minut temu Piotr Stokowiec mógł ostatni raz poczuć komfort pozycji Lechii Gdańsk w tabeli. Jego zespół prowadził 1:0 z Cracovią na wyjeździe, a w Warszawie Legia przegrywała z Pogonią Szczecin. Co się stało dalej, już każdy wie: rywale ówczesnego lidera wyrównali i rozbili Lechię, podobnie jak w kolejnej serii spotkań zrobił to Piast. A Legia poszła w drugą stronę, odrabiając straty i wygrywają swoje mecze.

Oczywiście nie wszystko stracone, podobnie jak i porażka z Piastem u siebie nie świadczy dramatycznie o Lechii – jej rywal zagrał bardzo dobrze, a reakcja piłkarzy Stokowca w drugiej połowie i to pomimo gry w osłabieniu również wiele pozytywnego powiedziała o ich charakterze. Co jednak nie zmienia faktu, że wyjazd do Szczecina teraz nie jawi się jako misja podtrzymania przewagi nad Legią, lecz gonienia za obrońcami tytułu.

– Nie jestem smutny, tylko zły – mówił po 0:2 z Piastem trener Lechii. Trudno mu się dziwić, bo w zasadzie w sposób niewytłumaczalny jego zespół przestał na zwłaszcza pierwszych 45 minut przypominać mu to, co cały czas tworzy. Stokowiec wskazywał na niedokładności w grze i straty, których było zbyt dużo. Najwięcej zaliczyli ich Mladenović i Haraslin, a więc jedne z mocniejszych ogniw drużyny.

Teraz także od nich będzie zależało, jak Lechia zareaguje na dwie porażki z rzędu. W lidze tak negatywnej serii jeszcze nie miała, choć zdarzyły się takie wyniki, jak punkt w trzech meczach. Jednak wtedy nastąpiło sześć zwycięstw w kolejnych siedmiu spotkaniach. Podobne odbicie mogłoby w fazie finałowej nadal dać mistrzostwo.

Jak zagra Legia po wymianie kręgosłupa?

– To polska Ekstraklasa, dzieją się w niej rzeczy nieprzewidywalne. Każdy zespół może zagrać dobre spotkanie, często w najmniej oczekiwanym momencie – to zdanie słychać od trenerów i piłkarzy klubów ligi polskiej stosunkowo często, jest ono jednocześnie wytłumaczeniem na własny brak stabilizacji, jak i chęcią zwrócenia uwagi na emocje w rozgrywkach.

Tym razem tego argumentu – jako ostrzeżenia przed rywalem – użył Aleksandar Vuković, którego Legia Warszawa pojedzie do Poznania zagrać z Lechem. Rywalizacja ta w teorii powinna rok w rok zwłaszcza na tym etapie sezonu decydować o mistrzostwie, dziś dla jednych jest tylko szansą na uratowanie twarzy, a dla drugich krokiem do tytułu.

Dla Legii mecz z Lechem może być pewnego rodzaju buforem: możliwością na oszczędzenie na zdrowiu kilku zawodników, by wygrać ważniejszą bitwę, która w weekend czeka na nich w Gdańsku. Dlatego Vuković nie robił wielkiego dramatu z nieobecności Artura Jędrzejczyka czy Andre Martinsa – gdyby to dotyczyło potyczki z Lechią, nieobecność liderów z kręgosłupa drużyny byłaby bardziej odczuwalna.

Pytanie jednak, jak nieobecności wpłyną na grę Legii. Zwłaszcza, że po przejęciu drużyny Vuković optował za stabilizacją. W czterech meczach w linii obrony tylko dwukrotnie w wyjściowej jedenastce musiał zastąpić któregoś z podstawowych graczy (Remy’ego raz zmienił Wieteska, a Vesovicia – Stolarski). W drugiej linii Martins z Antoliciem zagrali razem w każdej z tych kolejek, a przed nimi Hamalainen. W Poznaniu ten kręgosłup zostanie przetrącony o trzy z pięciu nazwisk. Może więc nie Lech w środę będzie wyzwaniem, lecz szansa dla tych, którzy dotychczas raczej byli zmiennikami.

Czy Wisła wybudzi się też w Płocku?

I jak tu nie wierzyć w efekt nowej miotły? – Nasza gra za bardzo się nie zmieniła, ale trener Leszek Ojrzyński natchnął nas optymizmem – mówił o zmianie szkoleniowca w Wiśle Płock jej obrońca, Alan Uryga. Jeśli tyle wystarczyło do trzech wygranych z rzędu, najlepszej serii w tym sezonie, to w każdym klubie szkoleniowcy powinni wmawiać swoim piłkarzom, że każdy z nich „jest zwycięzcą”.

Ale do dopełnienia odmiany losów Wisły i podtrzymania passy potrzebna jest również poprawa tego, co w obecnym sezonie płocczan jest najgorsze – formy domowej. Tylko Śląsk Wrocław na własnym terenie strzelił mniej goli, jedynie Miedź Legnica nazbierała mniej punktów. Aż trudno uwierzyć w regres w tej kwestii: ze średniej punktów 1,73 na równy punkt na mecz domowy.

Już pierwsze spotkanie Ojrzyński w Płocku wygrał, ale do pełni szczęścia potrzebuje kolejnych – już nie tylko z Koroną Kielce, ale też tych, które dopełniłyby formalności w pozostaniu w lidze, przeciwko Arce Gdynia (34. kolejka) i Zagłębiem Sosnowiec (37.). Jeśli w tych meczach nie stanie się Wiśle nic złego, to latem Ojrzyński może już nie tylko budować Wisłę wedle pozytywnego nastawienia, ale też własnego planu – na kolejny sezon w Ekstraklasie.

Kto w Arce zacznie biegać?

Jedną z najbardziej dobitnie pokazujących ten sezon Arki statystyk jest ta odnośnie sprintów – gdynianie średnio wykonują ich najmniej w lidze (81). W meczu z Górnikiem z Zabrzu było jeszcze gorzej, różnica między drużynami wyniosła aż 19 najszybszych biegów (89 do 70). Nic dziwnego, że przyjezdnym z takim trudem przychodziło tworzenie akcji, że naliczono im ledwie dwa kluczowe podania. Jeśli ktoś nie przyspieszy w biegu na wolne pole, to nawet Michałowi Janocie trudno będzie coś wymyślić.

W poprzednim meczu z Miedzią, także w Gdyni, różnica nie była już tak spora (tylko pięć sprintów na korzyść rywali Arki), lecz efektu to nie przyniosło, a goście wywieźli remis golem w samej końcówce. To również nie jest sprawa, którą nowy trener Jacek Zieliński może ze spotkania na spotkanie poprawić – w zasadzie wciąż powtarza, że problem jest mentalny (piętnaście meczów bez zwycięstwa) i raczej próbuje głowy piłkarzy zresetować, niż może naładować ich nogi energią.

To nie koniec złych informacji dla gdynian. – Nasza sytuacja kadrowa niestety nie jest najlepsza. Kruszymy się. Wypadł Siemaszko, trudno powiedzieć co z Michałem Janotą – mówił Zieliński zaraz po meczu z Górnikiem. Może sygnał do biegania i bez piłki da Luka Zarandia, którego wejście nieznacznie szarpnęło grą Arki – w niecałe pół godziny zaliczył cztery dryblingi, miał jeden strzał i jedno dośrodkowanie. Nadal niewiele, ale o skali wyzwania przed Arką świadczy właśnie to, jakiej nadziei musi się każdy w Gdyni chwytać.

Co jeszcze da się zawalić?

Tak przecież wygląda sezon Śląska Wrocław, który zaczął się od zapowiedzi, że po zmianach kadrowych znów będzie atakowana grupa mistrzostwa. Później było coraz gorzej, przez zmianę trenera, aż zimowe transfery, których efekt był w zasadzie żaden – Lubambo Musonda już jest tylko rezerwowym, a Krzysztof Mączyński regularnie zawodzi. Nawet mając już w głowach grę w grupie spadkowej liczono, że przynajmniej czterema meczami u siebie uda się utrzymać – tymczasem zapaść wiosenna jest taka, że większość spotkań Śląsk zagra na wyjeździe.

I jeśli zagra tak, jak w Kielcach – o połowę mniej strzałów od Korony, znacznie niższe posiadanie piłki, zdecydowana większość pojedynków przegranych – to również Górnik da sobie ze Śląskiem radę. Zwłaszcza, że dwa tygodnie temu, gdy wpadł do Wrocławia, to mając lekki kryzys wywiózł trzy punkty bez straty gola. A Śląsk do siatki rywali trafić nie może już od ponad sześciu godzin. Niech wyznacznikiem dramatu w ofensywie tej drużyny jest fakt, że Marcin Robak – jej najlepszy strzelec – od miesiąca nie trafił żadnym uderzeniem w bramkę, nie mówiąc o jej zdobyciu.

W meczu z Górnikiem do sięgnięcia po jakiekolwiek punkty potrzebna jest wrocławianom diametralna odmiana nie tylko formy, ale i treści – tej ostatniej jest na boisku mało, co zauważał choćby komentator Canal+, Kamil Kosowski. – Nie słychać nawet tego, by piłkarze się na siebie denerwowali – mówił w trakcie porażki Śląska w Kielcach. Vitezslav Lavicka jednak twierdził, że reakcja w szatni była taka, że „musimy być wszyscy razem i mocno pracować”.

Tymczasem jeśli nawet tak doświadczonemu trenerowi nie uda się wskrzesić ambicji i umiejętności tych piłkarzy, to we wrocławskim klubie będą mogli dopisać kolejną rzecz do coraz dłuższej listy niepowodzeń. Jeśli trend w szybkości jej zapełniania będzie się utrzymywał, kolejnym rozdziałem w historii Śląska będzie pierwsza liga.

Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności