Aktualności

[PIĘĆ PYTAŃ] O kryzys Lecha, Pekharta, nielicznych, beniaminków i wyścig o tytuł

Rozgrywki22.12.2020 

W obszernym podsumowaniu jesieni w PKO BP Ekstraklasie zastanawiamy się w pięciu pytaniach o przyczyny kryzysu Lecha Poznań, co o lidze mówi jej najlepszy strzelec, dlaczego tylko nieliczni grali coś innego, skąd problemy beniaminków i czy można w tym sezonie liczyć na mistrzowski wyścig. Zapraszamy do lektury.

Co kryzys mówi o Lechu w Ekstraklasie?

Jedną z historii sezonu miała być przygoda Lecha w europejskich pucharach i sposób łączenia jej z Ekstraklasą. Dziś można stwierdzić, że w Poznaniu na jesieni po obiecującym lecie srogo się zawiedli. Ledwie trzy zdobyte punkty w fazie grupowej to mało, choć rywale byli z wyższej półki. Na krajowym podwórku jest nawet gorzej, dziewiątej drużynie w tabeli bliżej do jednozespołowej strefy spadkowej, niż do podium…

Gdzie szukać przyczyn niepowodzeń? Najczęściej podawanym wytłumaczeniem jest zmęczenie. W zwyczajowym rozumieniu oznaczałoby to problemy w ostatnich etapach spotkania. Faktycznie, tylko Podbeskidzie straciło więcej bramek po 60. minucie meczów (12) niż Lech (10). Jednak problemem jest także to, że w połowie spotkań ligowych poznaniacy jako pierwsi tracili gola, a nie go strzelali. Co więcej, już od dłuższego czasu w Ekstraklasie „Kolejorz” nie odwrócił losów spotkania – od początku sezonu 2018/19 do dziś udało się to ledwie raz w… 37 przypadkach. Dodatkowo, bilans bramkowy Lecha w pierwszych 30 minutach jest gorszy (-4) od tego w ostatnich 30 (-2).

Czy więc problemem nie jest fizyczność, a świeżość głów zawodników Dariusza Żurawia? Z pewnością przy preferowanym – i, co warte podkreślenia, wybijającym się na tle ligi – stylu gry zespołu jest to niemal koniecznością, by był on w pełni realizowany. Jeśli nie ma radości i kreatywności, otwartości głów, to defensywa przeciwnika ma łatwiej, również w fazach przejściowych, czyli kontratakach. Zimowy reset jak najbardziej jest dla piłkarzy Lecha wskazany.

Czy najlepszy strzelec ligi podkreśla jej charakterystykę?

W bardzo ciekawy sposób na spotkaniu z mediami po końcu jesiennej części sezonu odniósł się Czesław Michniewicz do pytania o styl gry swojej drużyny. – My nie chcemy grać piłki do nogi, tak grają hokeiści – stwierdził szkoleniowiec Legii. Pewnie nie było to uwagą w stronę całej Ekstraklasy, ale mimo wszystko ta diagnoza staje się trafiona, gdy ogląda się więcej jej spotkań. Mało jest drużyn lub po prostu piłkarzy, którzy wykonują podania zdobywające przestrzeń, a nie wymagające tego od przyjmującego.

Do czego prowadzi gra do nogi? Przede wszystkim stanowi o słabym tempie i intensywności spotkań. Owszem, zagrania są dokładne, ale wcale nie kreatywne, nie rozwijają gry drużyn. Zwykle kończy się tym, że wobec braku opcji piłka jest podawana do boku, następuje dośrodkowanie… i resztę każdy już zna.

Zgadza się to również w przypadku Legii. Wystarczy popatrzeć na charakterystykę jej najlepszego strzelca – obrońcy tytułu, ale też całej ligi i to z wyraźną, pięciobramkową przewagą. Jeden z lepszych występów Tomasa Pekharta przypadł na mecz z Wisłą Kraków, gdy zaliczył dwa trafienia, ale też miał więcej pojedynków niż podań. Faktycznie, ze wszystkich regularnie grających napastników Ekstraklasy średnia podań Czecha jest najniższa (14 w meczu). Po prostu czeka na właściwe dośrodkowanie.

Co też można napisać o znakomitej większości snajperów w lidze. Ich charakterystyka jest zaskakująco spójna jeśli chodzi o ich charakterystykę. Zresztą nie trzeba patrzeć na nich, wystarczy rzucić okiem na tych, którzy najczęściej zagrywają w pole karne: pierwsza dwójka to boczni obrońcy, Rafał Pietrzak i Filip Mladenović, kolejna to wykonawcy stałych fragmentów w zespołach mocno się na nich opierających (Trałka – Warta Poznań, Szwoch – Wisła Płock). Jedynym zawodnikiem ze środkowej osi boiska, którego jednocześnie nie ma w czołowej dwudziestce uderzających z rzutów rożnych i wolnych jest Bartosz Nowak z Górnika Zabrze. Nawiasem mówiąc, goli po stałych fragmentach pada w Ekstraklasie już 43% z całości, tyle samo, ile po atakach pozycyjnych.

Także dlatego większość spotkań wygląda tak samo: najwięcej, ze zrozumiałych względów, dośrodkowuje Legia Warszawa (23 razy na mecz), najrzadziej beniaminkowie z Poznania i Mielca. Ale reszta jest na bardzo podobnym poziomie, od jedenastu do osiemnastu wrzutek w spotkaniu. Podobne wrażenie można odnieść z klasyfikacji kluczowych podań: poza czterema drużynami wyciągającymi wynik ponad średnią (Lech, Raków, Górnik i Legia) reszta co najwyżej do przeciętnego wyniku dobija.

Dlaczego zaryzykowali nieliczni?

Poprzedni punkt może doprowadzić do dosyć oczywistego pytania, które wręcz narzuca się w sezonie przejściowym – krótszym, z ledwie jednym spadkowiczem i aż trzema nowymi zespołami. Poza wyjątkami, jak bardziej ofensywna gra Rakowa, czy zmiana ustawienia i ryzykowny pressing Górnika, liga broni się jak może, byle tylko nie wyłamywać się ze schematów. Tymczasem powinny tej bardziej odważnej grze sprzyjać nawet puste stadiony, pozbawione zwykle wrogiej dla gości atmosfery. I faktycznie, więcej obserwujemy zwycięstw przyjezdnych w porównaniu do poprzedniej jesieni (o sześć punktów procentowych), ale czy jest to efekt odważniejszej gry? Wątpliwe.

Próbowali beniaminkowie, ale skończyło się to dla nich źle. Krzysztof Brede starał się być wierny swojemu pomysłowi na grę, lecz fatalne błędy odsłoniętej obrony sprawiły, że nie prowadzi już ostatniego w tabeli Podbeskidzia. Jeszcze wcześniej pracę stracił Dariusz Skrzypczak, który również chciał nadać mniej pragmatyczne oblicze Stali, ale teraz mielczanie muszą liczyć – i widzą już różnicę – że Leszek Ojrzyński nada grze drużyny więcej organizacji.

To jednak pytanie bardziej skierowane do stałych bywalców Ekstraklasy. W trakcie sezonu Piotr Stokowiec kilka razy podkreślał chęć budowania bardziej ofensywnie nastawionej drużyny i, faktycznie, Lechia jest w czołówce klasyfikacji strzałów, szans czy prowadzonych ataków. Jednak pod koniec rundy zdarzyły się gdańszczanom trzy mecze przegrane, bez strzelonego gola. Ich bilans bramkowy wynosi zaledwie jedną bramkę na plusie, a najbardziej różnicę w podejściu widać po tym, że Lechia ma tylko jeden remis. Albo wygrywa, albo przegrywa – w poprzednim sezonie tylko trzy zespoły częściej dzieliły się punktami.

Wiele o podejściu mówi zestaw czołówki: Legia prowadzi w lidze bo ma jakość, a nie jest już skończonym „produktem” kilkumiesięcznej pracy Michniewicza. Raków miło zaskakuje, lecz taki sam bilans punktowy ma Pogoń Szczecin, która dopiero na finiszu rundy zaczęła grać mniej pragmatycznie, tylko trzy mecze jesienią wygrywała różnicą więcej niż jednej bramki. Zaraz za podium znajduje się Śląsk Wrocław, którego problemem było m.in. to, jak piłkarze (Robert Pich) narzekali, że przez większość czasu spotkań nie potrafią utrzymać się przy piłce i w zasadzie tylko się bronią… Może więc nadzieją na lepszą wiosnę będą zregenerowany Lech, udoskonalona w swoim szaleńczym pressingu Wisła, grająca w przestrzenie Legia i może jeszcze te ekipy, które stwierdzą, że naprawdę nie mają nic do stracenia.

Beniaminkowie faktycznie są najsłabsi?

Wygrali tylko dziewięć z czterdziestu dwóch spotkań, z czego jedna trzecia kompletów punktów była w meczach między nimi. Chociaż strata Stali i Warty do środkowej części tabeli nie jest duża, to przed startem wiosny na przełomie stycznia i lutego raczej nikt nie będzie obstawiał ich tak wysoko. Beniaminkowie to też dwie najgorsze ofensywy (Warta ma tylko trzy bramki na własnym terenie) i dwie najgorsze defensywy. Najwyższe zwycięstwa gospodarzy jesienią były przeciwko Podbeskidziu (4:0 Lechii i Lecha), najwyższa wygrana gości zdarzyła się w Mielcu (6:0 Wisły Kraków).

To sugerowałoby, że największym szczęściem beniaminków jest to, że tylko jeden z nich spadnie. Błędem byłoby skazywać nawet Podbeskidzie na starty, które w krótki okres zimowy ma przejść spore zmiany – w losowości Ekstraklasy może to oznaczać wręcz korzystny efekt wiosną.

Jednak nawet indywidualnie trudno o wyróżnienie któregokolwiek z zawodników. Przeglądając „kreatywne” klasyfikacje indywidualne – strzałów, podań kluczowych i dryblingów – można dostrzec tylko jednego piłkarza beniaminków w czołowych dwudziestkach. Kamil Biliński będący w dziesiątce najlepszych strzelców i Łukasz Sierpina w analogicznym zestawieniu asystentów to też żaden powiew świeżości, mowa przecież o parze 32-latków… Może po nowych przedstawicielach Ekstraklasy nie spodziewano się cudów lub przebojów, ale wynik na koniec roku nadal jest pewnym rozczarowaniem. Może niech sensacyjny wynik Stali w Warszawie (3:2 z Legią) w ostatniej kolejce będzie zwiastunem tego, że jeszcze nie wszystko w ich przypadku stracone.

Czy w tym sezonie będzie wyścig o mistrzostwo?

W poprzednim sezonie się nie udało, dwa lata temu było zaskakująco, w 2018 roku trwał on niemal do samego końca. Jak będzie tym razem, na skróconym dystansie? Na pewno trudno porównywać obecne rozgrywki do tych, które były rozgrywane w formule ESA 37. Ostatni raz, gdy Ekstraklasa grała w ramach trzydziestu kolejek (2012/13) wygrała Legia (67 punktów) z sześcioma oczkami przewagi nad Lechem i aż dwudziestoma nad trzecim Śląskiem.

Obecnie ta największa różnica może być między trzecią a czwartą drużyną – Legia, Raków i Pogoń średnio zdobywają przynajmniej dwa punkty na mecz, wyniki kolejnych Śląska i Górnika, jeśli się utrzymają, będą oznaczać podobny rezultat, który w 2013 roku dał podium wrocławianom.

To jednak nie jest odpowiedź na pytanie, a ono jest bardziej złożone. Michniewicz musi widzieć w Rakowie i Pogoni zagrożenie, a także dostrzega problemy w tym, jak zbudowana jest jego kadra. – Z mojej perspektywy największym zagrożeniem teraz jest to, że jeżeli 12 zawodników, którym kończą się kontrakty w czerwcu, zostanie do końca sezonu, to oni mogą nam nie dawać tyle, ile sami by chcieli i ile ja bym od nich oczekiwał. Słowem: zapanuje niepewność. Wiadomo, że wiele tutaj zdeterminują wyniki, bo jeżeli one będą dobre, to nie będzie problemu, ale jeżeli będą gorsze, zacznie się dyskusja – zauważał w podsumowaniu rundy trener Legii.

Pod tym względem rywale Legii wydają się stabilniejsi, choć nie bez swoich problemów. Rakowowi i Pogoni może zabraknąć armat: najlepsi strzelcy tych drużyn mają odpowiednio po pięć i cztery gole. Mimo tego jest zauważalna ważna różnica, która wpływa na to, by to ekipie Marka Papszuna dać większe szanse na podtrzymanie rywalizacji z Legią. Dlaczego? Choćby dlatego, że jego zespół kreuje najwięcej i najlepsze sytuacje. Suma goli oczekiwanych (wyliczenia EkstraStats) Rakowa jest najwyższa w lidze (24,86) i znacznie wyższa od trzeciej Legii (18,48). To taka przewaga, jaką warszawianie mają nad przedostatnią w klasyfikacji xG Stalą.

Co więcej, dotychczasowy dorobek punktowy bardziej schlebia Legii niż Rakowowi, tak przynajmniej wynika z modeli statystycznych EkstraStats. Mowa też o dwóch zespołach dopuszczających do najmniejszej liczby i najmniej jakościowych okazji swoich rywali, a więc znów wypada stwierdzić, że jeśli ktoś ma dotrzymać kroku Legii, to właśnie częstochowianie.

Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności