Aktualności

[PIĘĆ PYTAŃ] O charakter Wisły, dwa hity ligi oraz derby determinacji

Rozgrywki22.02.2019 

Czy Zagłębie Sosnowiec po przełamaniu niekorzystnej serii zdoła zbudować pozytywną? Która z drużyn corocznych faworytów ligi – Lecha i Legii – efektywniej przepracowała ostatni tydzień? Czy charakter Wisły zwycięży logicznego faworyta z Gdańska? Czyja kość w „kryzysowym” starciu w Legnicy okaże się słabsza? Kto lepiej obroni się w niedzielnym hicie ligi? Na te pytania szukamy odpowiedzi przed meczami 23. kolejki LOTTO Ekstraklasy.

Komu uda się zbudować serię?

Piłkarze Górnika Zabrze wiedzą, jak to jest nie wygrać dziewięciu kolejnych spotkań z rzędu, bo oni to już w tym sezonie przeżyli. Sezonie dla nich trudnym, bo rozwijającym się zupełnie wbrew oczekiwaniom kibiców, którzy na pewno nie spodziewali się aż takiego pogorszenia wyników czwartej drużyny poprzednich rozgrywek. Wtedy siłą Górnika była regularność: ich najdłuższa seria bez zwycięstwa w sezonie zasadniczym trwała cztery kolejki.

Obecnie jest inaczej, nawet po przekonującym zwycięstwie na inaugurację wiosny z Wisłą Kraków (2:0) i pomimo objęcia prowadzenia w Szczecinie zespół nie potrafił zbudować serii, bo ostatecznie to Pogoń wygrała 3:1. Marcin Brosz jednak wie, gdzie jest tego przyczyna. – Wszystko leży w naszych głowach – przyznał w czwartek szkoleniowiec zabrzan. – Przy tych zmianach kadrowych, które zaszły w każdej formacji, kolejny mecz dostarcza nam następnych informacji. Jednak moim zdaniem możemy jeszcze lepiej grać niż przeciwko Wiśle – dodawał.

Nawet lepsza dyspozycja będzie konieczna, ponieważ Zagłębie Sosnowiec właśnie na zbudowanie serii będzie liczyło: beniaminek zwycięstwem nad Arką przerwał swoją passę dziewięciu meczów bez wygranej. W ubiegłym tygodniu najbliżsi rywale Górnika (sobota, godz. 15.30) byli przede wszystkim zdeterminowani i – pomimo trudnych momentów – ani na moment nie opuszczała ich myśl o trzech punktach. Kto wie, czy nie okaże się to najważniejszą (i jedyną?) nadzieją Zagłębia na walkę o utrzymanie. Ale do tego potrzeba kolejnych punktów.

Kto pracował lepiej?

– Wierzę, że będzie to spotkanie na przełamanie – powiedział Adam Nawałka przed meczem z Legią (sobota, godz. 18), ale tak naprawdę mógłby podobnie wypowiedzieć się jego najbliższy przeciwnik, Ricardo Sa Pinto. Oczywiście drużyna Portugalczyka nie zaczęła wiosny od dwóch porażek, nie zagrała tak fatalnie, jak poznaniacy, ale styl klęski z Cracovią sprzed tygodnia przywołał wątpliwości, co do pracy tego szkoleniowca.

Nie chodzi o stronę fizyczną, ale typowo piłkarską: Legia w tym elemencie najbardziej odstawała od Cracovii. Nie potrafiła zdominować przeciwnika, nabrać płynności w grze wystarczającej do stworzenia sobie przewagi choćby w środku pola. W kwadransie (60-75) w którym najdłużej utrzymywała się przy piłce Legia nie oddała żadnego strzału.

To jednak i tak małe zmartwienie w porównaniu do tego, jak bardzo swoją grę musi odmienić Lech Poznań, całkowicie rozbity tydzień temu przez Piasta. Cztery strzały oddane przez „Kolejorza” w Gliwicach to najniższy wynik w sezonie ligowym zespołu, co zresztą jest również tylko jedną z kilku składowych na wczesnowiosenny kryzys. Dla porównania, Piast miał tych prób jedenaście, do tego trzynaście kluczowych podań.

Z drugiej strony te ostatnie wpadki ligowych potęg – póki można tak Legię i Lecha nazywać – zmuszają, by spojrzeć inaczej na sobotni mecz. Nie przez pryzmat indywidualności na boisku, ale na ławkach. To w końcu od pracy Nawałki i Sa Pinto w ostatnich dniach będzie zależało najwięcej: czy dobrali odpowiednie środki, czy skupili się na właściwych elementach i wreszcie, czy dokonali właściwych wyborów po ostatnich obserwacjach? To ich starcie i z cyklu: przegrany straci więcej, niż zyska zwycięzca.

Czy charakter wygra z logiką?

To powinno być łatwe spotkanie do wytypowania: lider po jednym z lepszych spotkań w sezonie – choć tylko zremisowanym – podejmuje u siebie drużynę, która dopiero od kilku tygodni buduje się na nowo i to przy ogromnych problemach. Oczywiście w kontekście Wisły Kraków wszyscy patrzą na kwestie pieniędzy potrzebnych do uratowania klubu, ale sytuacja trenera jest równie istotna. W końcu Maciej Stolarczyk musi zarządzać zespołem, który zimą stracił ośmiu piłkarzy, a transfery do klubu przypominały bardziej desperackie łatanie dziur, niż przemyślaną strategię. Ale w przypadku Wisły tak to musiało wyglądać.

Lechia jest tego chaosu całkowitym przeciwieństwem, ostatnia zima była najspokojniejszym okresem transferowym w klubie od lat. Komfort Piotra Stokowca wyznacza fakt, że czterech zawodników odesłał na wypożyczenia, a nawet strata Rafała Wolskiego nie wywołała nerwowych ruchów w Gdańsku. To też widać na boisku: o ile lider z każdą minutą wiosny wyglądał coraz pewniej, o tyle Wisła nawet wygrywając ze Śląskiem wyglądała na zespół dopiero się poznający.

– Kadra jest wąska, więc każdy musi być gotowy, by w pewnym momencie wziąć odpowiedzialność na siebie i wyjść w pierwszej jedenastce. Nieobecność jednych to szansa dla innych. Każdy jest częścią zespołu i każdy z moich zawodników będzie brany pod uwagę. Wszyscy mają swoją wartość i chcą pokazać swoje możliwości na boisku – mówi Maciej Stolarczyk, ale on ma już w tym sezonie doświadczenie, jak robić dobrą minę do złej gry. Pytanie, czy w sobotę (godz. 20.30) dołącza do niego w tym piłkarze.

Dla nich to również kwestia charakteru. Gdy spojrzą na ławkę rezerwowych, to alibi na słabszy dzień mają gotowe: są z wizytą u lidera, który u siebie ma świetny bilans ośmiu zwycięstw i jeszcze w Gdańsku nie przegrał. Na logikę wszystko wskazuje na zwycięstwo Lechii. Jednak jeśli coś ta zima pokazała, to na pewno to, by Wisły nie skreślać. Pytanie, czy drużyna pójdzie za całą społecznością, która de facto pozwoliła im tej wiosny grać.

Kto okaże się bardziej zdeterminowany?

W Legnicy jeszcze nikt nie ma powodów bić na alarm, ale dwie porażki 0:3 na początek rundy sprawiły, że dobra forma na koniec ubiegłego roku została zapomniana. Zamiast skupiać się na pozytywach, trener Dominik Nowak musi wrócić do podstaw: dlaczego ułożona na nowo jesienią defensywa nagle przestała działać, a piłkarze – czego mecz z Zagłębiem w Lubinie idealnym przykładem – wyglądają na tak zagubionych, że podają piłkę rywalom?

Nie ma tu łatwej odpowiedzi, ale poniekąd zimowe transfery Miedzi pokazały, gdzie jej szukać – w jakości linii defensywnej. Nic dziwnego, że właśnie w tej formacji Nowak szukał wzmocnień, choć wciąż nie wiadomo, czy Elton Monteiro oraz Bozo Musa takimi się okażą. Na razie jedną z przyczyn drugiego najgorszego bilansu bramek straconych w lidze może być… najgorszy w Ekstraklasie wskaźnik intensywności gry defensywnej drużyny. Według wyliczeń InStat (liczby pojedynków oraz przechwytów na minutę posiadania piłki przez rywala) Miedź jest na końcu tej klasyfikacji i to wyraźnie odstaje od reszty stawki.

Z kolei w Płocku powoli biją na alarm: dwa zdobyte punkty na 21 możliwych w ostatnich siedmiu kolejkach to bilans fatalny. Mimo wszystko warto zwrócić uwagę na fakt, że z uważanymi za dużo mocniejsze Legią i Jagiellonią Wisła przegrywała tylko po 0:1. – Byliśmy blisko urwania punktów faworytom – mówi Damian Rasak w rozmowie ze stroną oficjalną klubu. Zawodnik podaje również receptę na poprawę wyników, która… wcale nie jest tak bardzo różna od tego, jak Ekstraklasę chce ratować Miedź. – Musimy być nastawieni bardzo bojowo. Nie możemy jednak dopuścić do żadnych podziałów, teraz trzeba pokazać charakter drużyny i tworzyć jedność. Jeśli uda się nam wygrać w Legnicy wszystko wróci do normy – mówi i pewnie tymi słowami oddaje podejście każdej ze stron. Może w lidze nie należy już mówić o meczach drużyn z dołu tabeli jako tych za „sześć punktów”, lecz raczej starć w których słabsza kość pęka.

Czyj sukces narodzi się w tyłach?

Najskuteczniejsza defensywa w meczach domowych przeciwko najlepszej ofensywie w spotkaniach wyjazdowych? To jest prawdziwy hit kolejki. Zwłaszcza, że Cracovia właśnie jest w trakcie najlepszej serii w obecnym sezonie Ekstraklasy – sześciu zwycięstw z rzędu – której pozazdrościć mogą jej mocniejsze i realnie celujące w mistrzostwo drużyny. Taką jest z pewnością Jagiellonia, której udało się wygrać maksymalnie cztery kolejne spotkania.

Jak to w Ekstraklasie: kluczem do wszystkiego jest defensywa. Nawet widać to po Jagiellonii, która – o ile nie straci w Krakowie bramki – może wyrównać swój wynik czystych kont z jesieni już po trzech meczach wiosny. Drużyna Ireneusza Mamrota w Legnicy atakowała głównie z kontry, nawet u siebie z Wisłą Płock grała w sposób kontrolowany, ryzykując więcej dopiero w ostatnich minutach, zresztą skutecznie.

Z kolei Cracovia pięć czystych kont ma nawet licząc wyłącznie mecze u siebie, w których straciła ledwie siedem goli. W ostatnich sześciu kolejkach jej bramkarza rywale pokonywali ledwie trzykrotnie, nawet jeśli w Warszawie cały zespół do „zera z tyłu” potrzebował trochę szczęścia w kluczowych momentach. Jednak szczęście sprzyja tym, którzy na nie pracują i po Cracovii to widać, nawet jeśli ten proces trochę Michałowi Probierzowi zajął. Jednak od dziewiątej kolejki licząc (pierwszego triumfu „Pasów” w sezonie) to jego zespół ma najwięcej punktów (30) i stracił najmniej goli (9).

Stąd wstęp do wstawki o prawdziwym hicie Ekstraklasy: takim, w którym dwie drużyny będą skupione głównie na tym, by się przesadnie nie odsłonić. W ostatnich latach właśnie do tego przyzwyczaili się kibice. A gdzie upatrywać nadziei na widowisko? Choćby w tym, jak Cracovia atakowała ze środka pola na Legii oraz jak Jagiellonia kontrowała z szybkością w Legnicy. Te plany trenerów raczej się nie zmienią.

Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności