Aktualności

[PIĘĆ PUNKTÓW] O cierpliwości, stałych fragmentach, reakcji i jakości

Rozgrywki24.12.2018 

Dla Lotto Ekstraklasy nastała przerwa zimowa, a więc również czas idealny do podsumowań pierwszej części sezonu. Na „Łączy Nas Piłka” sprawdzamy trendy w grze najlepszych ekip, patrzymy na poziom zespołowy oraz indywidualny, a także szukamy wyróżniających się indywidualności w dwudziestu kolejkach ligi.

Liga wymaga cierpliwości…

…i to nie tylko od kibiców. Tylko cztery drużyny z szesnastu zdobyły większość bramek w pierwszych połowach obecnego sezonu. Dla przykładu, Jagiellonia Białystok, Wisła Płock (po jednym), Cracovia, Wisła Kraków i Korona Kielce (po dwa) strzeliły w pierwszym kwadransie tyle samo goli, ile jedna Lechia Gdańsk (dziewięć). W zasadzie w tym względzie lider Ekstraklasy jest wyjątkiem od reguły spotkań, które wyglądają tak samo: rzadko spotyka się zespoły, które od pierwszego kopnięcia piłki chcą przejąć dominację w meczu i jak najszybciej strzelić gola.

Lechii to się udawało, choć o drużynie Piotra Stokowca też można pisać, że ma pragmatyczne podejście. Po prostu lekko zmodyfikowane w porównaniu do również reaktywnie działających klubów. Lider w aż czternastu z dwudziestu meczów wychodził na prowadzenie i tylko raz zdarzyło mu się oddać pełną pulę punktów. Nic dziwnego, że szkoleniowiec Lechii był zachwycony. – Jest pięknie, co tu dużo mówić – zapewniał po zwycięstwie 4:0 z Górnikiem Zabrze w ostatniej kolejce. – Ten mecz był zwieńczeniem tego roku. Podsumował nasze dobre przygotowanie, odporność i konsekwencję. Dzisiaj nie zlekceważyliśmy niczego – dodawał i tłumaczył, że takie jest DNA drużyny i udało się Lechii przypadek ograniczyć do minimum. Także dlatego gdańszczanie tylko trzy razy jako pierwsi tracili bramki.

Faktycznie, Lechia najwyższy odsetek goli (24%) strzeliła w pierwszym kwadransie, do tego dodając sześć trafień przed upływem pół godziny gry. Nic dziwnego, że Stokowiec mówił o meczu z Górnikiem jako podsumowaniu rundy: Lechia szybko strzeliła gola, ograniczała ataki rywali i dodała kolejne bramki przed 60 minutą. Wtedy, wierząc, że zespół dostanie więcej przestrzeni do ataku, trener wprowadził szybszych zmienników, Konrada Michalaka i Jakuba Araka. Krok po kroku cierpliwa Lechia realizowała swój plan, punktując przeciwnika.

Ale niewiele drużyn chce sobie na to pozwolić. Przecież pokazują to inne drużyny z czołówki. Legia Warszawa aż 41% wszystkich goli strzeliła w ostatnim kwadransie. Jagiellonia Białystok tylko raz trafiła do bramki przeciwnika w pierwszych piętnastu minutach, Lech Poznań tylko trzykrotnie, podobnie jak piąta w tabeli Pogoń Szczecin. A przecież mowa o kandydatach do mistrzostwa lub europejskich pucharów, powinny być to więc w teorii zespoły prowadzące grę i dominujące. Jednak ten sezon Ekstraklasy jeszcze raz pokazuje, jak złudne jest to wrażenie z bardziej rozwiniętych piłkarsko lig. Dlatego raz jeszcze: w Polsce kibice i piłkarze potrzebują więcej cierpliwości.

Liga dla dobrze poinstruowanych

Gdy wchodzi się do szatni warszawskiej Legii, jak głosi jedna z plotek, któraś ze ścian jest zapełniona schematami stałych fragmentów w ofensywie i defensywie. Nie ma więc przypadku w tym, że niemal połowę goli broniący tytułu mistrza Polski zespół strzelił po rzutach rożnych, wolnych, karnych i nawet z autów (16 z 34). Wie o tym Ricardo Sa Pinto. – Zdarzają się zwycięstwa, które nie są atrakcyjne do oglądania, są natomiast bardzo ważne. Myślę, że przez te pięć miesięcy wykonaliśmy doskonałą pracę. Potrafimy kontrolować mecz, stwarzać zagrożenie ze stałych fragmentów, a moi zawodnicy dużo walczą – zapewniał Portugalczyk.

To prawda, że Sa Pinto poprawił znacząco grę drużyny. W okresie odkąd prowadzi zespół tylko Lechia Gdańsk zdobyła dwa punkty więcej, tylko cztery kluby strzeliły więcej goli, tylko Cracovia straciła równie mało goli (15). To naprawdę dobre wyniki, choć nie przychodziły Legii w sposób spektakularny. Wręcz przeciwnie i, jak wyżej w przypadku Lechii, można się odwołać do ostatniego meczu rundy. W Sosnowcu Legia strzelała na bramkę rywali aż 24 razy, ale do siatki trafiała dwukrotnie po stałych fragmentach. Nawet trzeci gol Sandro Kulenovicia przypominał rzut wolny: Michał Kucharczyk na prawej stronie przyjął piłkę, poczekał aż ta się zatrzyma, spojrzał w pole karne i dośrodkował prosto na głowę napastnika, który wbiegł przed bramkarza.

I te stałe fragmenty gry to idealne odzwierciedlenie charakterystyki Sa Pinto. Portugalczyk w trakcie meczu sprawia wrażenie, jakby chciał kontrolować każdy aspekt zachować swojej drużyny, każdy atak piłkarze mogliby rozgrywać wedle jego wskazań. I przy rzutach wolnych oraz rożnych te instrukcje są na tyle sprecyzowane oraz wytrenowane, że przynoszą Legii korzyści, a do nich dopiero zimą, mając więcej czasu, Sa Pinto będzie dokładał kolejne elementy planu gry.

A przecież Legia to najlepiej punktująca drużyna Ekstraklasy w 2018 roku. Pomimo swoich problemów, trzykrotnej zmiany trenerów, odpadnięcia z europejskich pucharów i wielu transferów, które mogły zachwiać strukturą drużyny. Jednak mogło być jeszcze lepiej i Sa Pinto to wie. – Wciąż bywa tak, że brakuje nam regularności. Zależy mi na zawodnikach, którzy po wejściu na boisko zaprezentują taką samą jakość, jak ci, którzy grają od początku. Chcę mieć wyrównaną kadrę – wskazuje trener… najszerszej kadry w Ekstraklasie. Jesienią we wszystkich rozgrywkach przynajmniej minutę rozegrało aż trzydziestu zawodników.

Liga piłkarsko uśredniona

Wyróżnienie najlepiej punktującej Legii nie jest przypadkowe, bo jej uzależnienie od stałych fragmentów ma również przełożenie na inny fakt: lidze brakuje dominującej drużyny. Nie pod względem punktów, lecz stylu gry. Zespół najlepiej utrzymujący się przy piłce (Piast Gliwice, 54% posiadania piłki) od najgorszego (Zagłębie Sosnowiec) dzieli tylko dziesięć punktów procentowych. Patrząc szybko na najlepsze ligi, to ta różnica jest zdecydowanie bardziej znacząca: w Anglii to 24 pp., we Włoszech 16,5 pp., w Hiszpanii i w Niemczech po 19 pp.

Czym jeszcze się to przejawia? Cóż, drużyny po prostu nastawiają się na grę z kontry. Według statystyk EkstraStats tylko dwa zespoły były w stanie dwukrotnie odrobić wynik po stracie pierwszego gola i wygrać spotkanie. To pokazuje, jak istotny jest pierwszy gol – w niemal dwóch na trzy przypadki kończy się zwycięstwem. Pod tym względem ostatnia kolejka była wyjątkiem, bo straty odrobiły Legia Warszawa, Pogoń Szczecin i Cracovia, by wygrać, a Jagiellonia i Arka Gdynia ugrały punkt ze straconej pozycji.

Jednak ogólny trend potwierdzają inne statystyki. Choćby ta o skuteczności ataków pozycyjnych, które wciąż nie są – pomimo wyjątków i trenerów chętniej stawiających na doskonalenie tego aspektu – atutami polskich drużyn. Tylko 9% tak prowadzonych akcji kończy się strzałem, co jest wynikiem zdecydowanie niższym w porównaniu do kontrataków (15%) i stałych fragmentów (aż 33%). Oczywiście, tych pierwszych jest więcej, są trudniejsze i wymagają więcej cierpliwości oraz jakości, lecz ich różnica w efektywności również wynika z koncentracji na danym aspekcie w treningu oraz planach meczowych.

Gdzie w tym wszystkim jest posiadanie piłki? Cóż, w większości przypadków to efekt pierwszego skutecznego ataku i tego, który zespół będzie do tego zmuszony. Lech Poznań swoje najwyższe zwycięstwo osiągnął przy ledwie 40-proc. udziale w grze, podobnie jak Śląsk Wrocław wygrywając w Legnicy aż 5:0. Zagłębie Lubin wygrało z Jagiellonią w Białymstoku 4:0 mając posiadanie przez ledwie 43% czasu. A skoro o Miedzi: nie ma przypadku, że lepsza seria wyników przyszła, gdy trener Dominik Nowak postawił na bardziej pragmatyczne podejście w drużynie beniaminka. W Ekstraklasie po prostu nie opłaca się w tym względzie wyróżniać.

Liga bez idola

Uśrednienie we względzie najbardziej piłkarskim – bo przecież dotyczącym operowania piłką, rozgrywania akcji, wymieniania podań i chęci do kreowania sytuacji – prowadzi również do braku wyróżniających się zawodników. W końcu nawet Carlitos w bardziej systemowo działającej Legii jest innym zawodnikiem, niż był w Wiśle Kraków, gdzie miał pełną swobodę działań w ofensywie.

O kim więc po pierwszej rundzie można napisać, że się zdecydowanie wyróżniał? Może Flavio Paixao, czyli bezapelacyjny lider Lechii, jej najlepszy strzelec w historii występów w Ekstraklasie? Ale on nie jest nawet zdecydowanie przewodzącym zawodnikiem w klasyfikacji kanadyjskiej, gdzie równie dobre wyniki mają Zdenek Ondrasek (już wytransferowany z Wisły do FC Dallas) i Igor Angulo (Górnik Zabrze), a lepsze liczby notuje Christian Gytkjaer z Lecha Poznań (dziewięć goli i pięć asyst). Zresztą gdyby Duńczyka wyróżnić za całą jesień, to brzmiałoby to dziwnie, w końcu jest z zawodzącego swoich kibiców zespołu. W ostatnich dziesięciu kolejkach strzelił tylko pięć goli.

Coraz bardziej przeciętnie w oczach kibiców prezentował się piłkarz o potencjale na ligową gwiazdę, czyli Arvydas Novikovas z Jagiellonii Białystok i to do tego stopnia, że ostatni mecz rundy zaczynał na ławce rezerwowych. Nie było takich zawodników również w innych goniących Lechię zespołach, w końcu lepiej prezentuje się Dominik Nagy z Legii, lecz jeszcze nie na miarę MVP całej ligi. Kolejne Pogoń Szczecin, Piast Gliwice i Korona Kielce są silne kolektywem, Marcin Robak jeszcze trzyma Śląsk Wrocław na powierzchni, lecz czy na pewno można wybierać najlepszego piłkarza ligi z drużyny, która jest trzecia od końca?

Zespoły mają indywidualności, ale nawet te są coraz łatwiej rozczytywane, więc liczą się sposoby – wyszczególnione we wcześniejszych punktach – które wykorzystują kolektyw nad jednostkę. Może to z perspektywy trenerów pojęcie słuszne, oni muszą operować na konkretnym potencjale ludzkim, lecz kibice mają coraz większy problem, by na mecze przychodzić dla jasno sprecyzowanych zawodników.

Liga nie dla Polaków

Z wyżej wyszczególnionym problemem wiąże się kolejna kwestia: Polacy również nie są wiodącymi postaciami drużyn Ekstraklasy. Tylko w pięciu z szesnastu zespołów są oni najlepszymi strzelcami – a to już powinien być sygnał ostrzegawczy. Zresztą napastnicy z kraju rozgrywek błyszczą bardziej w ligach zagranicznych, niż w tej własnej. Dość powiedzieć, że w czołowej dziesiątce jest ich tylko trzech, a jeden – Karol Świderski z Jagiellonii – jest w wieku poniżej 25 lat.

Rozszerzając temat strzelców, tylko dziewięciu na 23 wśród czołowych snajperów jest Polakami. Jedynie ośmiu z 19 najlepszych asystentów to Polacy. Wyłącznie siedmiu z 20 najczęściej dryblujących jest Polakami. Tylko sześciu z 20 najczęściej próbujących pokonać bramkarza rywali jest Polakami. Coraz rzadziej rola główna należy do zawodnika, którego do kadry mógłby powołać Jerzy Brzęczek.

Kogo więc wyróżnić poza wspomnianymi Robakiem i Świderskim? Na pewno dwóch kreatywnych piłkarzy, którzy decydują o obliczu gry swoich zespołów. To „dziesiątki”: Michał Janota z Arki Gdynia i Filip Starzyński z Zagłębia Lubin, którzy uczestniczyli w ponad 60% akcji bramkowych swoich drużyn. Ale nawet w czołowej dwudziestce tej klasyfikacji większość stanowią obcokrajowcy (11 do 9).

Michał Zachodny

 

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności