Aktualności

[MŁODZIEŻ EKSTRAKLASY] Mateusz Spychała – szkolny prymus, który został piłkarzem

Rozgrywki04.06.2020 
– Sport się zmienił, dziś sukces odnoszą ci, co mają coś w głowie – mówi Tomasz Frąk, pierwszy trener i szkolny wychowawca Mateusza Spychały, grającego obecnie w Koronie Kielce. 22-letni obrońca w stronę ekstraklasy ruszył z Warty Sieraków, w której razem z bratem Maciejem robili furorę. Nic dziwnego, że po lokalne talenty szybko zgłosił się Lech Poznań.

Oferta Lecha pojawiła się, gdy bracia mieli 10 lat, a za sobą ponad połowę życia spędzonego w klubie. To był ewenement na skalę kraju – w Warcie powołano do życia drużynę 5-latków. – Tworząc tę drużynę, słyszałem tylko: „Co pan robi?! Pięć lat to za wcześnie na grę w piłkę!”. Jednak więcej u nas było treningów ogólnorozwojowych, lekkoatletycznych niż piłkarskich. Dlatego Mateusz i Maciej byli dobrymi biegaczami, dobrze skakali w dal. U nas w Sierakowie grali z rocznikiem o dwa lata starszym. Z tego względu często się odbijali na boisku od innych, a i tak byli najlepsi. Wiek nie stanowił żadnej przeszkody. W Sierakowie byli wiodącymi dzieciakami, jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie – podkreśla Tomasz Frąk.

„Łupali” wszystkich

Spychałowie wyróżniali się dwoma rzeczami: pracowitością – dla nich treningi mogłyby trwać po pięć, sześć godzin, a i tak nie mieliby dość – oraz techniką. Nieco lepszy technicznie był Maciej. Mateusz z kolei przewyższał wszystkich przygotowaniem motorycznym. – Brał udział w czwartkach lekkoatletycznych w biegu na 300 metrów. W IV klasie zajął jedno z miejsc na podium. Zdobył więc nieoficjalny medal mistrzostw Polski w swoim roczniku. U nas był napastnikiem. Ustawiliśmy go głównie z przodu, ponieważ był szybki, w dodatku waleczny – opowiada Frąk.



Zdaniem Frąka dobre przygotowanie fizyczne Mateusza i Macieja to efekt wcześniejszej niż w przypadku innych zawodników styczności z piłką w klubie. – W drugiej edycji turnieju o puchar Deichmana zajęliśmy 2. miejsce. Pojechaliśmy jedną szkołą i wszystkich „łupaliśmy”. Ludzie nie wiedzieli co się dzieje. Robili duże oczy i myśleli, skąd nagle zespół z jakiegoś Sierakowa nie kopie w piłkę, a po prostu w nią bardzo dobrze gra. A to dwóch braci Spychałów robiło na boisku robotę za pięciu, więc w rywalizacji pięciu na pięciu biliśmy każdego równo – wspomina nasz rozmówca.

Takich sytuacji, w których panowało błędne przekonanie o sile dzieciaków z Sierakowa, było więcej. – Nie chciano nas zapraszać, bo byliśmy z małej miejscowości. Sądzili, że przyjadą chłopcy do bicia, tymczasem przywoziliśmy puchary, miejsca na podium zdarzały nam się często. Najśmieszniejsze jest to, że przeprowadziliśmy pospolite ruszenie, żeby mieć tak młodą drużynę – tłumaczy pierwszy trener Mateusza Spychały.

Średnia 5.0

Mateusz i jego brat już w bardzo młodym wieku mieli zakodowane w głowie, że praca to fundament wszystkiego. – Nie było opcji, żeby opuścili trening, mecz, wyjazd na turniej. Musieliby mieć chyba 40 stopni gorączki, żeby odpuścić, w innym wypadku zawsze pierwsi i gotowi do pracy. Dużą rolę w takim ich podejściu odegrali rodzice, którzy mocno pomagali im w karierze. Nas też napędzali do działania. Dla ich taty nie było problemu, aby wziął swój samochód i woził chłopaków z drużyny na turniej – podkreśla Tomasz Frąk.



Wsparcie rodziców i dobre wzorce wyniesione z domu stanowiły tylko część recepty na późniejszy rozkwit kariery Mateusza. – Mati bardzo dobrze się uczył. Wiem to, bo byłem jego wychowawcą w szkole podstawowej. Zawsze miał średnią powyżej 5.0. Jego brat tak samo. Sport się zmienił, dziś sukces robią ci, co mają coś w głowie. Talent to nie wszystko – zastrzega pan Tomasz.

Maciej w przeciwieństwie do Mateusza nie doczekał się jeszcze występu w ekstraklasie. Mateusz zaś od tego sezonu jest zawodnikiem Korony Kielce. – Trzy lata temu grałem w II lidze [Radomiak Radom], dwa następne sezony spędziłem w I lidze, naturalną koleją losu była więc ekstraklasa. Po prostu przyszła na nią pora w odpowiednim czasie. Przez ostatnie lata systematycznie piąłem się w górę ligowej hierarchii. Nadszedł moment na kolejny krok, który był możliwy dzięki szansy od Korony – przyznaje Mateusz Spychała.

Ukłon w stronę trenera Skowronka

Trzeba też przyznać, że sam stworzył dla siebie taką szansę. Jak w młodości, gdy bardzo dobrą grą w Warcie wzbudził zainteresowanie „Kolejorza”. – Graliśmy w lidze rozgrywek okręgowych, w której za rywali mieliśmy Lecha i Wartę Poznań. Z Lechem przegrywaliśmy, ale były to bardzo zacięte boje. Ówczesny trener tamtego Lecha Krzysztof Rembicki zwrócił uwagę na mnie i na brata, po czym przekonał naszych rodziców, że warto abyśmy trenowali w Lechu – Spychała opisuje kulisy swoich przenosin do klubu z Bułgarskiej, w którym występował osiem lat, zdobywając m.in. wicemistrzostwo Polski juniorów (porażka w finale z Legią Warszawa 2:3).

Na samym początku przygody z „Kolejorzem” grał jeszcze jako napastnik. – Dopiero jak przeszliśmy na grę po jedenastu to trenerzy uznali, że nadaję się na skrzydło. I tak zostałem bocznym pomocnikiem. Na etapie junior młodszy w drużynie prowadzonej przez trenera Wojciecha Tomaszewskiego i asystenta Ivana Djurdjevicia sprofilowano mnie na bocznego obrońcę – wyjaśnia młody zawodnik Korony.



– Jestem wdzięczny wielu swoim trenerom. Każdy z nich dołożył jakąś cegiełkę do tego, że znalazłem się w ekstraklasie. W seniorach zawsze trafiałem na bardzo dobrych szkoleniowców. Na pewno muszę w tym miejscu docenić trenera Artura Skowronka. To on ściągnął mnie z II ligi do Wigier Suwałki. Potem przenieśliśmy się razem do Stali Mielec. Stamtąd dostałem się do ekstraklasy. Trener Skowronek przeprowadził mnie przez przyśpieszony kurs od piłkarza drugoligowego do zawodnika ekstraklasowego – zaznacza Spychała.

Dziś pozostaje mu trzymać kciuki za rychły występ na poziomie ekstraklasy brata Macieja, w końcu obaj zapracowali na ekstraklasę. – Zawsze to ułatwienie i komfort mieć obok siebie brata w drużynie i to jeszcze brata bliźniaka. Mogliśmy dzięki temu razem trenować, grać w piłkę, spędzać dużo czasu w klubie. Całe szczęście, że naszą pasją udało się zarazić kolegów. Mieliśmy przez to ekipkę rówieśników, było z kim pograć na podwórku. Naprzeciwko naszego domu był plac zabaw, a obok niego „boisko”, choć to za dużo powiedziane. Po prostu wolna przestrzeń, więcej tam było ziemi niż trawy. Z tym placem był problem, bo obok przechodziła droga. Piłka co chwilę wpadała nam pod samochody. Później teren został ogrodzony, a my ze słupów z siatki otaczającej plac zrobiliśmy bramki i graliśmy całe dnie – wspomina Mateusz Spychała.



Tym samym 22-latek został kolejnym piłkarzem, który przeszedł drogę z podwórka na stadion. Konkretnie: z Sierakowa do Kielc.

Piotr Wiśniewski

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności