Aktualności

[MŁODZIEŻ EKSTRAKLASY] Marcin Listkowski – z deskorolki na murawę

Rozgrywki13.02.2020 
– Marcin, bierz deskę i chodź z nami! – tego typu zawołania towarzyszyły mu przez pewien czas dzień w dzień. Chwytał więc deskorolkę i jeździł, ćwicząc koordynację, robiąc triki, ciesząc się swobodą, jaką dawało mu bycie skaterem. Ta forma zabawy stała się punktem wyjścia do jego późniejszej kariery piłkarza. Ale Marcin Listkowski, pomocnik Pogoni Szczecin, zapewne tego nie planował...

Bo jak mógł przewidzieć, że niewinna jazda na deskorolce może mu pomóc na boisku? A pomogła i to bardzo. Choćby w ogólnej sprawności. Czuł piłkę lepiej niż inni. – To była norma, że kiwał po trzech, czterech przeciwników i zdobywał bramki. Miał świetny balans z piłką, wychodziło to naturalnie. W roczniku o trzy lata starszym, w lidze wojewódzkiej, potrafił nastrzelać wiele goli. Nie miał problemu z minięciem kilku przeciwników. W ekstraklasie też często korzysta z dryblingu, aby zrobić przewagę. Chociaż tutaj nie zawsze przekłada się to na liczby – mówi "Łączy Nas Piłka" Patryk Dąbrowski, trener Marcina Listkowskiego w Lechu Rypin, gdzie 22-letni zawodnik zaczynał przygodę z futbolem.

Zaprawiony w różnych sportach

Zdaniem Dąbrowskiego deskorolkarstwo wyrobiło w Listkowskim pewne nawyki przydatne na boisku piłkarskim. – Zawsze był sprawny fizycznie i bardzo dobry technicznie. Przykład? Mecz z Norwegią w reprezentacji U-17, kiedy uderzył z przewrotki. Nożyce, strzały z powietrza to była jego wizytówka – przyznaje Dąbrowski.

Pomocnik Pogoni o swojej skaterskiej przeszłości wypowiada się z entuzjazmem. – Może trochę inspirowałem się wówczas Tony Hawkiem. Ale to przede wszystkim efekt znajomości z dwoma dobrymi kolegami, z którymi mocno się trzymałem. Oni zawsze mieli zajawkę na punkcie deskorolki. I z czasem mnie w to wciągnęli. Trwało to dwa, trzy lata. Wówczas nie było dnia, żebym rozstał się z deskorolką. Czy byłem usportowiony? W każdej dyscyplinie, z której odbywały się zawody w mojej szkole podstawowej – skok w dal, skok wzwyż, biegi – zajmowałem miejsca w czołówce – opowiada nam Listkowski.



W Lechu Rypin był z kolei czołowym piłkarzem. – Wyróżniał się i to bardzo. Przewyższał poziomem każdą kolejną swoją kategorię wiekową. U nas zaliczał się do jednych ze zdolniejszych – zaznacza Dąbrowski. Przy okazji przypomina, że Listkowski zaczynał w... bramce. – Wiadomo jak to z dzieciakami: jedne lubią bronić, inne strzelać gole. Marcinowi podobało się akurat stanie na bramce. W jednym z meczów wpuścił sporo bramek i najwyraźniej zmienił zdanie, bo postanowił, że będzie jednak sam strzelał – śmieje się były trenera Listkowskiego z Lecha.

Ćwiczył to, co oglądał

– Mój tata był bramkarzem-amatorem w rozgrywkach dziś nazywanych Ligą Szóstek. Patrzyłem jak zachowuje się między słupkami, jakiś wzorzec pozostał. Poza tym, jestem najmłodszy z rodzeństwa, przez co bracia stawiali mnie na bramkę. Polubiłem to. Nie skończyłem z bramką ze względu na wpuszczane gole, po prostu mój pierwszy mecz w polu wszystko zmienił. Jechałem na mecz ze starszym rocznikiem 1997. Pierwszy bramkarz był ode mnie starszy więc to on stanął w bramce. Moja gra tak się spodobała trenerowi, że następnego dnia, gdy przyszedłem na trening ubrany w strój bramkarski kazał mi zostawić rękawice, przebrać się i zostać w polu. I zostałem... – przypomina piłkarz „Portowców”.

W środku pola – tak jak na deskorolce – miał pełną swobodę ruchów. Tutaj uwidoczniły się wszystkie jego fizyczne atuty. Czyli między innymi świetne panowanie nad piłką. – To jest związane z tym, że w dzieciństwie bardzo dużo czasu spędzałem z piłką. Miałem to szczęście, że wielu moich znajomych podzielało moją pasję. Nie graliśmy w nią dla wyniku, a zabawy. Każde udane zagranie, które staraliśmy się powtórzyć, oglądając coś wcześniej w telewizji czy w Internecie, sprawiało nam mnóstwo frajdy. Lubiłem uczyć się różnych nowości, ćwicząc to potem na boisku – podkreśla Listkowski.



Jego umiejętności oceniali najlepsi. Będąc jeszcze zawodnikiem Lecha trafił na testy do Ajaksu Amsterdam. W tej samej sprawie zaprosili go przedstawiciele West Hamu United. – Wieźliśmy Marcina z narzeczoną na lotnisko w Gdańsku. Stąd leciał do Londynu. Siedział z tyłu cichy, skulony, nic się nie odzywał. Był introwertykiem, chłopakiem zamkniętym w sobie. Jak się spotykamy to żartujemy z tamtej sytuacji. Mówię: „Wtedy wysłaliśmy małego, biednego chłopczyka, teraz jesteś facetem”. Zmienił się o 180 stopni. Mamy przed oczyma obraz Marcina sprzed lat i gdy porównamy to z obecnym Marcinem, to nic tylko się uśmiechnąć pod nosem – przyznaje Dąbrowski.

Spóźniony gol

Listkowski rósł piłkarsko, zmieniał się charakterologicznie. Przeszedł do Pogoni. W wieku 17 lat zadebiutował w ekstraklasie u trenera Czesława Michniewicza. Ich drogi znów się spotkały w reprezentacji U-21. – Wydawało się, że kariera Marcina szybko się rozwinie. Grał, grał, grał, zdobywał doświadczenie, później stanął w miejscu. Dobrze, że w sezonie 2018/19 poszedł na wypożyczenie do Rakowa Częstochowa. Tam miał dobry czas. Raków chciał go zostawić, ale miał wrócić do Pogoni, aby walczyć o skład – podkreśla trener Michniewicz.

W obecnym sezonie gra regularnie. W meczu z Wisłą Płock doczekał się pierwszego trafienia w ekstraklasie w 83 występie. – Ta bramka ciążyła mu mentalnie. Potrzebował jej, żeby jeszcze bardziej się zbudować psychicznie. Ciśnienie narastało, niby Marcin z tym walczył, ale hejt temu nie sprzyjał. Mocno pracował na gola. Cieszę się, że w końcu mu się udało. Mam nadzieję, że nastąpił punkt zwrotny jego kariery, przepraszam: wciąż przygodzie z piłką. Ma potencjał i jeśli go wykorzysta to jeszcze się rozwinie – sugeruje Dąbrowski.

– Miał pecha, bo premierowego gola na boiskach mógł wcześniej strzelić. Graliśmy z Podbeskidziem. Okiwał Zubasa, a ten rzucił się na niego zza polem karnym, zagrał ręką, czego nie dostrzegł sędzia. Marcin biegłby z piłką do pustej bramki, skończyło się na żółtej kartce dla bramkarza Podbeskidzia – przypomina Michniewicz.



Przełom?

– W ostatnim czasie postanowiłem, że nie będę się ciągle zadręczał liczbami. Pracowałem dużo z trenerem mentalnym. Wiedziałem, że wcześniej czy później liczby przyjdą. Po Wiśle kamień spadł mi z serca. Mam nadzieję, że zacznę częściej trafiać do siatki. Wierzę też, że najlepszy mecz dopiero przede mną, chociaż spotkanie z Wisłą Płock na pewno utkwi mi w pamięci na długo. Nie tylko ze względu na bramkę, ale sam przebieg spotkania. W spektakularny sposób odwróciliśmy losy meczu – mówi Listkowski.

Dąbrowski: – Tak naprawdę od niego zależy, gdzie zajdzie. Umiejętności ma bardzo duże. Śmiem twierdzić, że to jeden z lepszych dryblerów w ekstraklasie. Potrzebował tylko luzu, zdjęcia z siebie presji związanej z brakiem bramki. Myślę, że powinien ruszyć w dobrym kierunku.

Michniewicz: – Marcin dobrze chroni piłkę, jest twardy, zdyscyplinowany. Dobrze wywiązał się ze swoich zadań w spotkaniu z Serbią, asekurując Roberta Gumnego. Słucha, uczy się. Wszystko przed nim. Zaliczył szybki debiut na poziomie ekstraklasy, potem dostał od życia po głowie. Ale jest na najlepszej drodze, żeby nadal się rozwijać.

Piotr Wiśniewski

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności