Aktualności

Marcin Cebula – 24-letni… weteran myśli o nowym wyzwaniu

Rozgrywki14.08.2019 
W Koronie jest już od 11 lat, a w pierwszej drużynie od sezonu 2012/2013. W kieleckim zespole nie ma piłkarza z dłuższym stażem. – Zżyłem się z tym klubem. Było wiele wspaniałych momentów, ale także te bolesne, kiedy zostałem zesłany do rezerw. Teraz myślę o wyjeździe do zagranicznego klubu. Trzeba podążać za marzeniami i spróbować czegoś nowego. Korona zawsze jednak będzie dla mnie bardzo ważnym miejscem na ziemi – zapewnia Marcina Cebula.

Mimo niespełna 24 lat ma pan najdłuższy staż w Koronie. Czuje się pan weteranem?
Rzeczywiście, jeśli spojrzeć na kadrę zespołu, to choć nie jestem najstarszy, to można powiedzieć, że jestem weteranem. W pierwszej drużynie jestem już siedem lat, a przecież do Kielc trafiłem wcześniej, bo na poziomie gimnazjum. Dużo czasu tu spędziłem, ale został mi już tylko rok kontraktu. Nie wiem, co będzie dalej, ale chciałbym spróbować czegoś nowego. Moim marzeniem jest wyjechać do zagranicznego klubu. Wszystko zależy teraz ode mnie. Staram się zrobić wszystko, by grać w podstawowym składzie i robić to najlepiej jak potrafię.

Z rodzinnego Staszowa był naturalny kierunek do Kielc?
Akurat kibice Pogoni i Korony nie pałają do siebie sympatią. Kiedy było się młodym chłopcem, to rzeczywiście marzyło się, by właśnie trafić do kieleckiego zespołu. Korona była najbliżej z klubów, które występowały w ekstraklasie. Byłem też bliski przenosin do Ostrowca Świętokrzyskiego, by tam się uczyć i grać w KSZO. Na szczęście trzymał nad tym pieczę tata i trafiłem do Korony.



Zadebiutował pan w ekstraklasie jeszcze przed ukończeniem 18-stego roku życia, a dokładnie w wieku 17 lat i 148 dni. To klubowy rekord?
Pamiętam debiut, ale nie byłem najmłodszym zawodnikiem Korony w ekstraklasie. W tym samym meczu, z Polonią Warszawa, na boisko wszedł też rok młodszy Karol Angielski. A zadebiutował nawet kilka kolejek wcześniej. Jeśli ktoś ma być więc rekordzistą pod tym względem, to pewnie on.

Ze statystyk wynika, że gra pan pięć, sześć meczów w pierwszym składzie, a potem siada na ławce. Skąd to się bierze?
Rzeczywiście, właściwie u każdego trenera tak było, że przez kilka meczów wychodziłem w podstawowej jedenastce, a potem byłem rezerwowym. Trudno mi zdiagnozować z czego to wynika. Czy to był tylko efekt mojej słabszej dyspozycji, czy trener szukał innych wykonawców pod konkretnego rywala. Ale było tak często i to nie było dla mnie korzystne, bo nie mogłem rozegrać pełnej rundy. Chyba nie było tak, że jak Koronie nie szło, to we mnie szukali kozła ofiarnego. Bardziej to był problem z utrzymaniem formy przez dłuższy czas. Rozgrywałem trzy, cztery niezłe mecze i zdarzało się gorszy występ.

Od kiedy jest pan w pierwszym zespole Korony drużyna miała siedmiu trenerów. Któremu zawdzięcza pan najwięcej?
Dzięki trenerowi Leszkowi Ojrzyńskiemu zadebiutowałem w ekstraklasie, ale od każdego szkoleniowca można było czegoś się nauczyć. Trener Jose Rojo Martin Pacheta przede wszystkim chciał byśmy grali piłką, ćwiczyliśmy dużo sytuacji boiskowych i to mi się na pewno przydało. Obecny szkoleniowiec, Gino Lettieri, stawia na mnie, rozegrałem wszystkie cztery spotkania w tym sezonie i mam nadzieję, że odpowiada mu to, co pokazuję na boisku.



Ale nie tak dawno niewiele brakowało, by właśnie z jego powodu odszedł pan z Korony.
Był taki moment, że nie za bardzo dogadywałem się z trenerem. Było blisko mojego odejścia z Korony. Jednak porozmawialiśmy ze szkoleniowcem i usłyszałem, że jestem potrzebny drużynie. To zaważyło, że zostałem. Nie ukrywam, że zesłanie do rezerw było dla mnie bolesne. To był najtrudniejszy moment od kiedy jestem w Koronie. To był dla mnie cios. Wtedy byłem bardzo blisko decyzji o odejściu, ale zostałem w porę przywrócony do pierwszej drużyny. Nie chciałbym się męczyć w rezerwach, bo trzeba grać.

Kibice Korony wspierali pana w tym trudnym momencie?
Były telefony od fanów, chcieli dowiedzieć się jak wygląda sytuacja z mojego punktu widzenia. Dostałem od nich słowa otuchy, abym się nie poddawał i spróbował wrócić do pierwszego zespołu. Od odejścia z Pogoni Staszów z każdym sezonem czułem się coraz bardziej zżyty z Koroną. Można powiedzieć, że tu się wychowałem. Teraz myślę o wyjeździe do zagranicznego klubu, by jeszcze gdzieś się sprawdzić. Korona zawsze jednak będzie dla mnie bardzo ważnym miejscem. Trzeba jednak podążać za marzeniami i spróbować czegoś nowego.

Pięć goli i osiem asyst to skromny dorobek jak na środkowego pomocnika, który rozegrał ponad 120 spotkań w ekstraklasie.
Czułem na sobie ciężar, że gram w podstawowym składzie, a nie widać tego w statystykach. Właściwie nie strzelałem goli, a asyst w sezonie miałem czasem jedną lub dwie. Było mi to wypominane i mocno to uwierało. Myślę, że trochę sobie z tym poradziłem. Nie jest jakoś lepiej, ale postęp mały jest [trzy gole i cztery asysty w poprzednim sezonie – przyp. red.]. Staram się tym nie przejmować, tylko robić swoje i wierzę, że asyst i goli będzie więcej.



W tym sezonie po czterech kolejkach Korona ma cztery punkty. To nie za słaby początek rozgrywek?
Nie ma dramatu, ale była duża szansa, by wyciągnąć więcej z tych meczów. Z Legią [porażka 1:2] mogliśmy nie tylko pokusić się o punkt, ale nawet o więcej. Nie ma się co załamywać, ale mogło być lepiej. Sami widzimy, że dobrze zaczynamy mecze, nieźle prezentujemy się do przerwy, a w drugiej połowie już nie gramy tego samego i nie potrafimy przycisnąć rywala. Cofamy się i mamy problemy ze stworzeniem sytuacji.

Cztery razy wyszedł pan w podstawowym składzie. Nie obawia się pan, że znów wróci na ławkę rezerwowych?
Ha, ha. Trudno powiedzieć, ale oczywiście chcę grać. U trenera Lettierego skład bardzo się zmienia i jest dostosowywany pod taktykę na konkretnego rywala. Zaledwie z trzech, czterech zawodników może czuć się pewniakami. Mam nadzieję, że nie czeka na mnie tylko rola rezerwowego.

Rozmawiał Robert Cisek

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności