Aktualności

[LOTTO EKSTRAKLASA] Ratownik Malarz, wzmocniona Jagiellonia i Lech bez nadziei

Rozgrywki10.05.2018 

Jedyne, co zostało Nenadowi Bjelicy po porażce w środę, to obiecanie kibicom, że w dwóch ostatnich meczach powalczą o zwycięstwa. Jednak to może nie wystarczyć ani do utrzymania posady, ani zostawienia po sobie pozytywnego wrażenia. W wyścigu o mistrzostwo liczy się już tylko Legia Warszawa z Jagiellonią Białystok, a „Kolejorz” może zostać uwikłany w walkę o europejskie puchary, bo za plecami ma rozpędzonych Górnika Zabrze oraz Wisłę Kraków.

– Nic już nie zależy od nas – powiedział bezbronny i załamany Nenad Bjelica. Jego Lech Poznań właśnie na własnym stadionie uległ Jagiellonii Białystok (0:2), stać było go na ledwie jeden celny strzał. To była też trzecia z rzędu domowa porażka, w fazie finałowej gorzej w Ekstraklasie punktowała dotychczas tylko Arka Gdynia. A przecież poznański obiekt miał być największym atutem „Kolejorza”: tu w sezonie zasadniczym rozbili Jagiellonię (5:1), pokonali Górnika Zabrze (3:1) i Koronę Kielce (1:0). Gdy już gościli te zespoły w fazie finałowej, doznawali klęsk, które ostatecznie kosztowały Lecha walkę o mistrzostwo Polski.

A przecież po trzydziestej kolejce Bjelica zapowiadał w wywiadzie dla Sport.pl, że jego Lech jest faworytem. – Gramy jak faworyt, mamy mentalność faworytów – dodawał. Nic z tego się nie spełniło. Gdy tylko Cillian Sheridan po kwadransie dał prowadzenie Jagiellonii, zespół chorwackiego szkoleniowca malał w oczach. Dość powiedzieć, że goście o przewagę mogli się martwić jedynie w momencie, gdy ich obrońca Ivan Runje głową skierował piłkę na słupek własnej bramki. W drugiej połowie pomimo zmian gra Lecha była taka sama, a Jagiellonia jak wyrafinowany rywal wypunktował gospodarzy – po rzucie rożnym przewagę siły i wzrostu nad Maciejem Gajosem wykorzystał Bartosz Kwiecień.

Po spotkaniu kapitan Lecha w wywiadzie telewizyjnym nie był w stanie podać przyczyny porażki. – Nie wiem, co się stało – powiedział Gajos. Więcej od piłkarzy kibice nie usłyszeli, bo ci postanowili poprosić o uszanowanie ich medialnej ciszy po ostatnich wpadkach. Tłumaczył się z kolei Nenad Bjelica. – Pierwsze piętnaście minut wyglądało słabo, zagraliśmy podobnie jak ostatnio z rywalami z Białegostoku. W drugiej połowie graliśmy bardziej sercem niż głową i przeciwnik strzelił drugiego gola – mówił, co było w zasadzie powtórzeniem jego komentarzy po niedawnej porażce z Górnikiem (2:4). Z jedną diagnozą Chorwat jednak trafił. – Umiejętności piłkarzy poznaje się w meczach pod presją. Niewiele drużyn z czołówki wygrywało mecze u siebie, nie tylko my zawiedliśmy – zaznaczył.

To prawda, bo piłkarze Jagiellonii również mogą powiedzieć, że im stadion nie służy: w fazie finałowej ugrali w trzech meczach domowych tylko punkt z Legią (0:0), przegrywając z Wisłą Kraków (0:1) oraz Górnikiem (1:2). Za to na wyjazdach, gdy nie muszą dominować i budować ataków pozycyjnych, radzą sobie znacznie lepiej i dzięki zwycięstwom w Poznaniu oraz Kielcach (3:0) wciąż trzymają się obrońców tytułu w tej walce. – Zdawaliśmy sobie sprawę, jakie znaczenie ma ten mecz – powiedział po zwycięstwie Ireneusz Mamrot. – Od początku weszliśmy dobrze w to spotkanie, graliśmy spokojnie i dobrze taktycznie. Pamiętaliśmy ostatni mecz w Poznaniu - wtedy dobrze się dla nas zaczęło, ale źle skończyło. Teraz szczęście było po naszej stronie, bo raz piłka zatrzymała się na poprzeczce, kilka strzałów było niecelnych – tłumaczył ze skromnością. Ale miał też rację mówiąc, że jego zespół nie dał Lechowi powtórzyć tego, co dało im zwycięstwo 5:1 kilka tygodni temu. Piłkarze Jagiellonii lepiej wymijali pressing gospodarzy, spokojniej wyprowadzali ataki i byli bardziej zdyscyplinowani w obronie.

Malarz na ratunek

Tej organizacji w defensywie brakowało zdecydowanie warszawskiej Legii, która – pomimo drugiego z rzędu zwycięstwa u siebie – nie przekonała w starciu z Wisłą Płock. Jeśli już, było to najbardziej wyszarpana wygrana w tym sezonie, choć obrońcy tytułu prowadzili już 2:0. – Nie lubię sytuacji, w której strzelamy dwa gole, a mimo to przegrywamy – nie mógł przeżyć porażki 2:3 Jerzy Brzęczek, szkoleniowiec gości. – Pokazaliśmy dobrą piłkę na stadionie mistrza Polski. Mimo wszystko jestem dumny z tego, jak dzisiaj zaprezentowała się moja drużyna – dodał jednak.

Faktycznie, to Wisła była lepsza w tym spotkaniu, dość szybko przejęła kontrolę nad wydarzeniami na boisku, lecz popełniała juniorskie błędy. Najpierw bramkarz Thomas Dahne przy rzucie rożnym wypiąstkował piłkę prosto w plecy Cafu, przy drugim golu Legii fatalną stratę zaliczył Arkadiusz Reca, a najgorzej zachował się przy trzecim trafieniu Legii jej były piłkarz, Dominik Furman. Środkowy pomocnik zaczął się kiwać na własnej połowie, stracił piłkę na rzecz Marko Vesovicia, który podał do Sebastiana Szymańskiego. Młody rozgrywający strzelił w słupek, ale znów w odpowiednim, szczęśliwym miejscu był Cafu i dobił jego uderzenie.

W tamtej chwili – a była już 88. minuta – wydawało się, że losy spotkania się odwrócą. Od 2:0 dla Legii Wisła potrafiła wyrównać stan meczu w niecałe 200 sekund. Najpierw głową trafił Alan Uryga po rzucie rożnym, następnie po stałym fragmencie pięknym wolejem piłkę do siatki posłał Kamil Biliński. Chwilę wcześniej czerwoną kartkę obejrzał stoper Legii, Mauricio. A to wszystko przy kilku sytuacjach, gdy desperacko i chaotycznie broniącą Legię musiał ratować znów jej bramkarz, Arkadiusz Malarz. Doświadczony golkiper jest w tym sezonie jedyną stałą w drużynie mistrzów Polski, ale słabość reszty zmusiła go do bardziej wytężonej pracy, niż na całym dystansie poprzedniego sezonu. Ma już więcej interwencji niż przed rokiem (108 do 103), ale za to skuteczność utrzymuje na niemal tym samym poziomie (76-77% obronionych strzałów).

Dwie walki w jednym

Po jednym z uderzeń, które Malarz zdołał odbić, do bramkarza podbiegł strzelający rywal, Jose Kante, by mu pogratulować. Więcej powodów do zachwytów Legia swoim kibicom nie dała, choć trzy punkty mogą okazać się bezcenne – pozbawiły nadziei na tytuł rywala z którym przyjdzie się Legii mierzyć w ostatniej kolejce. Może to sprawi, że wyprawa do Poznania stanie się ciut mniej trudniejsza, choć przecież na obrońców tytułu wcześniej czeka spotkanie z Górnikiem u siebie. Młody zespół Marcina Brosza już raz Legię pokonał (3:1) i kolejny raz zatrzymał (1:1 w Pucharze Polski), choć w Warszawie zawsze minimalnie przegrywał (0:1 i 1:2). Jednak te starcia były wielce emocjonujące i niełatwe dla piłkarzy ze stolicy, co nie zmieni się w niedzielę, ponieważ Górnik w fazie finałowej zebrał dziesięć punktów, wygrywając trzykrotnie na wyjazdach.

W środę zabrzanie zremisowali u siebie po interesującym spotkaniu z Koroną Kielce (2:2). Gola strzelił Marcin Urynowicz już w 18. sekundzie, ale dwa trafienia Elii Soriano dały prowadzenie gościom. W drugiej połowie wyrównał Paweł Bochniewicz i… Górnik zbliżył się na dwa punkty do Lecha Poznań, utrzymał również czwarte miejsce, które premiowane jest grą w europejskich pucharach. O to chce powalczyć także Wisła Kraków, która zaimponowała rozmontowaniem Zagłębia Lubin (3:0): znów gwiazdą był Carlitos, ale dwa gole dodał także Rafał Boguski. Teraz przed „Białą Gwiazdą” mecz z rozbitym mentalnie Lechem, a więc wyzwanie, jakie może im pomóc w gonieniu Górnika. W grupie mistrzowskiej wcale już nie chodzi tylko o wyścig mistrzowski, ale równie ciekawie zrobiło się także za plecami Legii oraz Jagiellonii.

Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu Regulamin portalu 25.05.2018 Regulamin sklepu Regulamin sklepu (2014) Polityka prywatności
Wzór odstąpienia od umowy sprzedaży