Aktualności

15 pytań do Rafała Boguskiego na 15. rocznicę debiutu w lidze. „Spełniłem marzenia, a nawet więcej”

Rozgrywki31.03.2021 

Równo 15 lat temu, 1 kwietnia 2006 roku, Rafał Boguski zadebiutował w ekstraklasie. Z krótką przerwą na jeden sezon w GKS Bełchatów, jest wierny Wiśle Kraków. Nie ma w ekstraklasie piłkarza z dłuższym stażem w jednej drużynie niż 37-letni pomocnik. – Bardzo wiele Wiśle zawdzięczam. Być 15 lat w takim klubie, to ogromny zaszczyt – przyznaje Boguski, który w ekstraklasie rozegrał 351 spotkań.

Jak doszło do transferu do Wisły i debiutu w ekstraklasie?

Jak przychodziłem do krakowskiego klubu, to miałem dużo obaw, czułem strach i niepewność. W końcu trafiłem do Wisły, która przez lata dominowała w ekstraklasie. Traktowałem to jako wielkie wzywanie, jak będę wyglądał na tle tylu reprezentantów Polski i zawodników zagranicznych. W szatni gdzie bym nie spojrzał tam gwiazda ekstraklasy lub kadry. Młodzi piłkarze jak ja, Adam Kokoszka, Mariusz Pawełek czy Marcin Juszczyk siedzieliśmy w swoim kącie. Atmosfera była bardzo wesoła – mnóstwo żartów, zabawnych sytuacji i anegdot. Oczywiście ja głównie słuchałem i nie włączałem się do dyskusji. Początki nie były łatwe. Trafiłem do Wisły mniej więcej w tym samym czasie, co trener Dan Petrescu. Akurat wprowadził swoje rządy i bardzo ciężkie treningi. Teraz u trenera Petera Hyballi też nie jest łatwo, ale u rumuńskiego szkoleniowca bardzo dużo biegaliśmy a mieliśmy mniej zajęć z piłką. Trzeba było sporo wybiegać, a dla mnie, który dopiero grał w trzeciej lidze, było jeszcze ciężej. Na tyle, że nie byłem nawet zgłoszony do rozgrywek. Dopiero jak kadra była coraz węższa z powodu kontuzji w końcu mnie wpisali na listę zawodników pierwszej drużyny. Na początku trener i tak mnie nie brał do kadry meczowej. W końcu tych urazów było tak dużo, że znalazłem się w osiemnastce. Wszedłem w końcówce spotkania z Polonią Warszawa. Było 3:1 dla nas, ale chciałem się jeszcze pokazać i po wrzutce strzeliłem przewrotką, a właściwie chciałem strzelić. Nie trafiłem w piłkę, a na dodatek byłem na spalonym.

Pierwszy gol w ekstraklasie?

W sezonie 2005/2006 wystąpiłem w zaledwie dwóch meczach, w sumie kilka minut. Po pierwszym letnim obozie sezonie trener Petrescu przekazał dyrektorowi sportowego, że nie widzi dla mnie miejsca. Okazało się, że jest możliwość wypożyczenia do GKS Bełchatów. Z chęcią się zgodziłem, bo nie miałbym szans na grę w pierwszej drużynie Wisły, a mogłem zostać w ekstraklasie. Pojechałem na testy, a trener Orest Lenczyk pozytywnie mnie ocenił. Nie żałowałem tego kroku, bo podniosłem umiejętności, a do tego świetnie czułem się fizycznie i reglanie grałem w ekstraklasie. Pierwszego gola zdobyłem po przerwie zimowej. Graliśmy z Górnikiem Łęczna i strzeliłem na 1:0. Dobiłem strzał z rzutu wolnego, który odbił bramkarz. Wygraliśmy 6:0. W Wiśle pierwszego gola zdobyłem z Polonią Bytom i też wysoko zwyciężyliśmy – 5:0



Która z 61. bramek zdobytych w ekstraklasie była najważniejsza?

Z jednej strony chciałbym móc powiedzieć, że to był ta w derbach z Cracovią w 2010 roku. Strzeliłem na 1:0 i byliśmy o krok od tytułu mistrza Polski. Niestety w ostatniej akcji meczu straciliśmy samobójczego gola, zremisowaliśmy i mistrzostwo nam odjechało. Skoro jednak nie ten, to moja pierwsza bramka w derbach w 2007 roku.

A który gol był najładniejszy? Ten ostatnio zdobyty z Wisłą Płock kiedy trafił pan do bramki niemal z linii końcowej?

Rzeczywiście był ładny, ale przypadkowy, więc go nie liczę. Znów wracam do meczów z Cracovią. W 2007 roku pięknie uderzyłem w kierunku dalszego słupka. W kolejnym sezonie na tę samą bramkę znów trafiłem, tyle że wtedy strzeliłem przy bliższym słupku. Pamiętam też trzy hat tricki w karierze. Najmocniej ten pierwszy z Odrą Wodzisław. W pierwszej połowie grałem słabo i bałem się, że trener Maciej Skorża zmieni mnie w przerwie. Tymczasem w drugiej połowie zdobyłem trzy gole w 25 minut.

Pierwszy pański sukces to wicemistrzostwo z GKS Bełchatów?

A właśnie, że nie. A to dlatego, że przez długi czas byliśmy liderem i to nas goniono. Tytuł straciliśmy w ostatnich trzech meczach, z których dwa przegraliśmy. Na własne życzenie zostaliśmy „tylko” wicemistrzami. Choć oczywiście dla drużyny z małego miasta to było duże osiągnięcie, ale czuliśmy wielki niedosyt. To nie był przypadek, że tak wysoko zakończyliśmy sezon, bo mieliśmy mocny skład. I to nie tylko jedenastu piłkarzy, ale też dobrych rezerwowych. Więc tak naprawdę pierwszy duży sukces dla mnie to mistrzostwo Polski z Wisłą w 2008 roku. W klubie była wielka mobilizacja po ósmym miejscu we wcześniejszym sezonie. Nowy trener i kilku nowych zawodników, bardzo mocna rywalizacja nawet o miejsce w kadrze meczowej. Ligę wygraliśmy z wielką przewagą nad Legią [14 punktów – przyp. red.]. Gdyby nie porażka w końcówce sezonu w stolicy, byłby cały sezon bez przegranej. To był ten mecz, w którym Paweł Brożek nie strzelił rzutu karnego, a Dariusz Dudka dostał czerwoną kartkę. Spotkanie o niczym nie decydowało, to była tylko walka o prestiż.



A największy sukces?

Trzy tytuły mistrza Polski i występy w reprezentacji. Przeszedłem też do historii, bo zdobyłem najszybszą bramkę w kadrze narodowej. Kiedy grałem w ŁKS Łomża, nie marzyłem nawet o występach w ekstraklasie, a co dopiero w reprezentacji. W kadrze najmocniej przeżyłem mecz z Irlandią. Choć graliśmy na wyjeździe, to na trybunach było z 50 tysięcy ludzi, w tym pełno polskich kibiców. Jak słuchałem hymnu, to miałem gęsią skórkę. Potem dwa razy w meczach towarzyskich byłem kapitanem, czym bardzo zaskoczył mnie trener Leo Beenhakker.

Największa porażka to odpadnięcie z Wisłą w europejskie pucharach z Levadią Tallin czy Karabachem Agdam??

To wciąż ten mecz, o którym już mówiliśmy, czyli remis z Cracovią. To bardziej bolało niż porażka 0:7 z Legią. To oczywiście była kompromitacja, ale nie niosła za sobą takich konsekwencji. Jednym spotkaniem, w ostatniej minucie przegraliśmy tytuł mistrzowski. Jeśli chodzi o europejskie puchary, to akurat z Levadią leczyłem kontuzje, ale też bolało, bo byliśmy zdecydowanym faworytem. Bardziej osobiście odczułem mecze z Karabachem. U siebie mieliśmy mnóstwo sytuacji, powinniśmy wysoko wygrać, a przegraliśmy i w rewanżu też nie daliśmy rady.



Który sezon uważa pan za najlepszy?

Drugi, mistrzowski z Wisłą, czyli 2008/2009, choć nie dokończyłem go z powodu kontuzji. Było w nim naprawdę mnóstwo emocji i pięknych chwil. Po pierwsze obroniliśmy tytuł. Po drugie nieźle spisaliśmy się w europejskich pucharach. Wyeliminowaliśmy Beitar Jerozolima, a potem graliśmy z wielką Barceloną. Na wyjeździe nie mieliśmy z nimi szans i przegraliśmy 0:4. Całe szczęście, że nie grał wtedy Leo Messi, który był na Igrzyskach Olimpijskich. W rewanżu wygraliśmy 1:0. Oczywiście przyjechali do nas z dużą zaliczką, ale i tak nasze zwycięstwo odbiło się echem. Do tego zagrałem pięć razy w reprezentacji, w tym w meczu z San Marino wygranym 10:0. To też historycznie najwyższe zwycięstwo. Szkoda tylko, że w meczu z Legią doznałem poważnej kontuzji. Potem miałem kolejne urazy i to chyba zaważyło na tym, że więcej w kadrze nie wystąpiłem.

Pierwszy trener w ekstraklasie?

Z jednej strony to Jerzy Engel, bo to on zaprosił mnie na testy. Polecił mnie jego syn Jerzy Engel junior, który prowadził mnie w ŁKS Łomża. Pojechałem na tydzień, a to była akurat przerwa na kadrę, więc w klubie było dość pusto. Pomyślnie przeszedłem testy, latem 2005 roku podpisałem kontrakt, ale pół roku spędziłem jeszcze w Łomży. Jak wróciłem do Wisły, to nie było już Engela, a trenerem został Petrescu. Początek miałem nawet udany, bo na świeżości dobrze wyglądałem. Potem z każdym kolejnym treningiem było już gorzej. Nie dziwię się, że tak mało spotkań zagrałem u tego szkoleniowca.



A trener, któremu najwięcej pan zawdzięcza?

W sumie jest ich kilku. Trenerowi Engelowi juniorowi zawdzięczam nie tylko to, że przeszedłem do Wisły, ale nauczył mnie bardzo dużo taktyki. Dzięki niemu wtedy w ŁKS zmieniliśmy sposób myślenia na boisku. Dzięki Markowi Zubowi, asystentowi trenera Lenczyka, który mnie zapamiętał w sparingu, trafiłem do GKS Bełchatów. W tym klubie szkoleniowiec tak mnie przygotował fizycznie, że nie bałem się żadnych pojedynków. Trener Skorża też był świetnym taktykiem, a do tego dużo nauczyłem się piłkarsko. W kadrze Beenhakkerowi wystarczyło kilka zdań, by przekazał jak ułatwić sobie grę w piłkę nożną.

Szkoleniowiec, z którym nie było panu po drodze?

Słabszych momentów staram się nie pamiętać, ale najbardziej różne zdanie miałem z Arturem Skowronkiem.

Które marzenia udało się spełnić, a których nie?

Tak jak mówiłem wcześniej, kiedy grałem w trzeciej lidze, to nawet nie marzyłem o ekstraklasie. Po transferze do Wisły oczywiście to się zmieniło. Wtedy zacząłem mieć takie małe marzenia, które krok po kroku się spełniały. Najpierw zagrać w ekstraklasie w podstawowym składzie, potem strzelić gola, hat tricka, wygrać mistrzostwo i wystąpić w reprezentacji. Także tych marzeń sporo się spełniło, chyba nawet więcej niż się spodziewałem. Dlatego czuję się spełnionym piłkarzem. Może w pewnym momencie zabrakło mi zdrowia, bo kiedy zacząłem grać w kadrze doznałem kilku kontuzji. Nie zadomowiłem się w reprezentacji i nie pojechałem na duży turniej. I tak na to, o czym marzyłem, jako młody chłopak, osiągnąłem bardzo dużo.



Najlepszy piłkarz, z którym pan grał?

Paweł Brożek. Miał ogromny potencjał, był na mistrzostwach świata. Zawsze jednak w ataku reprezentacji miał dużą konkurencję. A w lidze wiemy, jak dzielił i rządził.

Któryś z piłkarzy został pana najlepszym kumplem?

Też Paweł Brożek. Mnóstwo spotkań ze sobą zagraliśmy [227 – przyp. red.], a poza boiskiem też świetnie się rozumieliśmy. Nie mamy instagrama, nie afiszujemy się z tym, więc może niezbyt wiele osób o tym wie. Często jeździmy wspólnie na wakacje.



Czy po raz ósmy przedłuży pan kontrakt  Wisłą?

Mam w tym roku 36 lat. Pierwszy mecz w Wiśle zagrałem właśnie z takim numerem na plecach. A to dlatego, że dziewiątka była zajęta. Nie było też 18 i 27, które po zsumowaniu dają 9. Potem już przez lata grałem właśnie z tym numerem na plecach. Kiedyś ta piękna przygoda musi się skończyć i chyba nadszedł czas. Bardzo wiele Wiśle zawdzięczam. Być 15 lat w takim klubie, to ogromny zaszczyt. Kariery jednak jeszcze nie kończę. Piłka nożna wciąż sprawia mi ogromną przyjemność i jeśli zdrowie pozwoli, to jeszcze trochę ją pokopię.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot. Cyfrasport

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności