Aktualności

[FUTSAL] Gatta – klub, który uratował ludzkie życie, teraz sam zgasł

Piłka Ligowa14.01.2021 
W połowie sezonu wycofała się z rozgrywek Statscore Futsal Ekstraklasy Gatta Active Zduńska Wola. Rezygnacja ekipy z województwa łódzkiego to nie tylko ogromny cios dla wizerunku ligi, ale także wielka strata dla społeczności lokalnej, która na meczach starała się tworzyć klimat rodem z boisk piłkarskich. – Dla nas koszulka Gatty to relikwia – twierdzą fani.

Dzisiaj w Zduńskiej Woli życie toczy się swoim torem. Byli gracze Gatty znaleźli już nowe kluby, w większości w SFE, niektórzy do elity powinni zawitać w przeciągu kilkunastu miesięcy. Przyczyna wycofania klubu z rozgrywek natomiast jest dość oczywista – brak finansów.

Drudzy po Rekordzie

– Kolejny lockdown spowodował, że pojawił się u nas problem. Główny sponsor wycofał się w 90 procentach z finansowania. Miasto również nie jest w stanie nam pomóc, więc musieliśmy podjąć ostateczną decyzję – tłumaczył na antenie Radia Łódź prezes klubu Bartłomiej Dąbrowski, który przyznał, że rozważał różne rozwiązania: szukał wsparcia u innych sponsorów, ale brał pod uwagę także fuzję z innymi klubami.

Gatta ma w swojej kolekcji między innymi tytuł mistrzowski i wicemistrzostwo Polski. – Sukcesy w kraju plus europejska przygoda, to chyba najmilej wspominam. Wraz z synem, który był dyrektorem organizacyjnym Gatty, oraz trenerem Marcinem Stanisławskim miałem okazję także reprezentować klub na losowaniu w siedzibie UEFA. Była okazja pozwiedzać europejską centralę, zobaczyć pamiątki związane z początkami piłki, poznać się z szefem komisji futsalu. Szwajcarskie krajobrazy, jezioro genewskie, to wszystko też zrobiło ogromne wrażenie – wspomina Andrzej Dąbrowski, były prezes Gatty.



Lista sukcesów zduńskowolan mogła być jednak dłuższa. Na drodze ekipie z województwa łódzkiego stawał najczęściej Rekord. – Do dziś pamiętam decydujący o mistrzostwie mecz z Rekordem na wyjeździe. Prowadziliśmy 3:0... i przegraliśmy. Rekord został mistrzem. Za łatwo nam przyszło to prowadzenie... – ocenia z perspektywy czasu były trener Wojciech Sopur, który w szatni Gatty znajdował balans. – Byli zawodnicy doświadczeni, którzy przyjeżdżali tu grać, ale byli także miejscowi, którzy się uczyli. I to był kolektyw. Konflikty były, ale ich się nie wynosiło na zewnątrz. To co w szatni, to zostawało w naszych ścianach – twierdzi.

Każdy „rąbnięty”

Gatta przez lata była zespołem trochę wymykającym się spoza reguł. Co roku skazywana na pożarcie, określana mianem „staruszków”, grająca w hali przypominającej hangar, a trenująca czasem na podwórkach. Niektórzy obserwowali realia Gatty i mocno się dziwili, by nie powiedzieć, że patrzyli na to wszystko z góry. Na koniec, to jednak Gatta była górą. – Byliśmy mocno specyficzną ekipą. Na czym to polegało? Każdy z nas był rąbnięty – mówi wprost kapitan tej ekipy, Michał Szymczak. – Tylko dlatego się dogadywaliśmy. Każdy rozumiał swój żart, miał dystans do siebie, a jeżeli ktoś tego nie miał i trafił do naszej drużyny, to musiał szybko się tego nauczyć – dodaje.



A że Gatta w Futsal Ekstraklasie osiągała wyniki wyłącznie dobre lub bardzo dobre, to powody do radości i żartów były. – Dla mnie hitem było, gdy trójka naszych: Michał Marciniak, Marcin Stanisławski i Daniel Krawczyk stawała do rywalizacji kto jest wyższy. A nie muszę dodawać, że najwyżsi w zespole, to oni nie byli. Czy to po treningu, czy wracając z meczów wyjazdowych. Były różne metody miarki. Kto miał więcej włosów, ten najczęściej był najwyższy – nie potrafi opanować śmiechu Szymczak. – Daniel wyraźnie tracił na rywalizacji, gdy czupryna mu się przerzedziła – uśmiecha się.

– Później już nie było Marcina Stanisławskiego, ale w duecie też nikt nie odpuszczał. Gdy brakowało centymetrów, to coś dokładano na głowę – dodaje z uśmiechem Mateusz Olczak, który w Zduńskiej Woli spędził blisko sześć lat. – Marciniak pod względem żartów był mistrzem. Gdy wracaliśmy z wyjazdów busem zawsze był najgłośniejszy. Mistrz szyderki, zawsze było z nim wesoło. Potrafił budować atmosferę, wszystkich zaczepiał. Prezesów, gdy przyszli do szatni, obcokrajowców, gdy pojawili się w klubie. Każdy, kto zrobił coś głupiego, od razu był brany na tapet. Każdy z nas ma jakieś naturalne ułomności, ale w Zduńskiej Woli trzeba było być mocnym psychicznie – wspomina Mateusz. – Do legendy przejdzie również nasza siatkonoga, gdy Igor Sobalczyk się wkurzał. Po kilku słabszych zagraniach tak się gotował, a reszta miała kolejny powód do śmiechu – relacjonuje.



Rekord Krawczyka

Początek Gatty na hali sięga zakładowych turniejów. Podobnie jak wcześniej chociażby w Chorzowie, również w Zduńskiej Woli postanowiono w pewnym momencie spróbować swoich sił w cyklicznym graniu. – Graliśmy jako grupa Ferax, która jest między innymi producentem rajstop Gatta, chociażby z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wszystkim futsal się spodobał, bardzo widowiskowy sport, więc zgłosiliśmy drużynę do drugiej ligi – wspomina Wojciech Sopur, który z zespołem ze Zduńskiej Woli przeszedł wszystkie szczeble.

Drużyna szybko zrobiła awans do Futsal Ekstraklasy, a w niej ekipa mogąca liczyć na wsparcie prężnego sponsora od razu określiła swój cel. Do zespołu ze Zduńskiej Woli szybko dołączyli Stanisławski, Sobalczyk, Krawczyk czy Marciniak. Szkielet był gotowy, ale kolejni zawodnicy również bardzo dobrze wchodzili do drużyny – Chociażby duet z Torunia, który dołączył latem (Krzysztof Elsner i Kamil Naparło – przyp. red.). Krótko u nas był, ale bardzo mocno się zżyliśmy – mówi Szymczak.

Mocnym punktem szatni Gatty był także Arkadiusz Szypczyński. – Aruś to był taki wariat, roznosiła go energia. To na odprawie kogoś zaczął łaskotać, to rzucał klapkami, to z kolei zerwał firankę pod prysznicem, a że połowa firanki niedobrze wygląda, to trzeba dokończyć dzieła – wspomina z uśmiechem Olczak, który również był obiektem żartów kolegów. – Gdy Gatta miała już pięć fauli na koncie, dostawałem sygnał, „Mateusz ty już lepiej usiądź na ławce”. Bo wcześniej kilka razy złapałem szósty i mieliśmy problemy. Potem się tego trzymaliśmy – dodaje.

W ostatnich miesiącach żarty i radości mieszały się jednak z problemami. Większość zawodników latem została w klubie. Jednym z głównych celów było pobicie rekordu strzeleckiego przez Daniela Krawczyka. Wszyscy chcieli, by rekord został ustanowiony właśnie w klubie, w którym sami zawodnicy coraz mniej czuli się docenieni. – Właściwie nie wyobrażałem sobie, by mogło to się stać gdzieś indziej. Lwia część tego dorobku to właśnie Gatta, a ogromna zasługa jest przy tym moich kolegów, więc właśnie tak to musiało się odbyć – mówił „Krawiec” już po skończonym zadaniu. – To nie jest nasza zasługa. Na to pracował Daniel – słowa Szymczaka niejako potwierdzają klimat szatni w Zduńskiej Woli.



Kocury na hali

Symboli podczas przygody Gatty z SFE było jednak zdecydowanie więcej, że wspomnimy trenerski kunszt Marcina Stanisławskiego czy zaangażowanie Igora Sobalczyka. Jednym z nich było także uwielbienie kibiców. – To była siła Gatty. My zawsze graliśmy dla kibiców, a że była pełna hala, to się chciało grać. Czy w kadrze było dwunastu zawodników, czy pięciu, to charakter i wola walki zawsze była – dodaje Sopur, jakby chcąc oznajmić, że to co najgorsze wydarzyło się w momencie, gdy kibiców na halach zabrakło. Przy klubie powstał pierwszy w Polsce i oficjalny klub kibica „Kocury”. – Na pierwsze zebranie przyszło dziewiętnaście osób – wspomina dzisiaj 66-letni Adam Marecki, emerytowany pracownik Gatty, pomysłodawca klubu kibica i pierwszy jego prezes.

Z początkowo nieśmiałej inicjatywy w pewnym momencie powstała całkiem prężna organizacja. W szczytowym momencie liczyła blisko osiemdziesięciu członków. – Mieliśmy swój fundusz, ze składek kupowaliśmy koszulki, honorowaliśmy najlepszego zawodnika Gatty, organizowaliśmy po sezonie wspólne mecze, była integracja – wspomina Marecki, który prezesem klubu kibica był przez sześć lat.

Kibice Gatty kilkukrotnie byli nagradzani przez spółkę Futsal Ekstraklasa prowadzącą rozgrywki, jako najlepsza publika w kraju. W pomoc kibicom zaangażował się także sam klub, w przeszłości wspierając organizację meczów wyjazdowych. – Ale nie zawsze było wesoło. W Krakowie fani Wisły obrzucili nasz autokar kamieniami, ale to był jedyny taki incydent. Na innych meczach byliśmy chętnie witani, rywalizowaliśmy na doping – wspomina Marecki.

Mateusz Olczak o wsparciu kibiców przekonał się również w jednym z najważniejszych dni w swoim życiu. Fani Gatty przyjechali na jego ślub do Łęczycy. – Zrobili szpaler, bramę. Mieliśmy z wieloma okazję się trochę bliżej poznać. Zduńska Wola i Gatta to była dla mnie jak drugi dom, bo tam pomieszkiwałem, pracowałem, poznałem wielu wspaniałych ludzi – dodaje.

Twarz Gatty

Symbolem kibiców Gatty jest jednak niewątpliwie 68-letni Piotr Nowak. Charakterystyczna czapeczka, koszulka klubowa, niezbyt wysoki wzrost, ale wiara w zwycięstwo Gatty olbrzymia. – On chodził na mecze, ale również na treningi, jeździł na wyjazdy. Jest twarzą Gatty równie znaną, co gracze – mówi były prezes klubu kibica.

O rozpoznawalności Piotra Nowaka wszyscy mogli się przekonać, gdy w marcu ubiegłego roku na meczu z Rekordem Bielsko-Biała zasłabł i stracił przytomność. Trzymali za niego kciuki nie tylko gracze Gatty, ale także zawodnicy największych ligowych rywali. – Hala pełna kibiców, a ja nie miałem przy sobie nawet czekolady – wspominał na łamach portalu futsalekstraklasa.pl. – I zemdlałem. Jestem po zawale, po udarze. Miałem ogromne szczęście: straciłem przytomność w hali pełnej ludzi. Ja, Piotr, już witałem się ze świętym Piotrem. Ale w hali był ratownik i mnie uratował. Gdybym bym sam w domu, byłoby po mnie. A tak, trafiłem do szpitala. Dziś czuję się dobrze – mówił kibic, który na mecze Gatty nieprzerwanie chodził od 10 lat. – Futsal mnie uratował. W domu bym odszedł  – dodawał.



Może za rok, może za dwa...

Dzisiaj w Zduńskiej Woli chwilowo nie myśli się o futsalu, poradzenie sobie z kryzysem jest zdecydowanie najważniejsze. W ramach miejscowej akademii trenuje kilkunastu młodych chłopaków, drużyna wystartuje w Młodzieżowych Mistrzostwach Polski. Nieśmiało myśli się o rywalizacji w drugiej lidze za rok, może za dwa... – Gdy młodzi będą gotowi, to chcemy wystartować – mówi prezes.

Kibicom pozostaje czekać na powrót futsalu do Zduńskiej Woli. – My na pewno tematu nie zostawimy. Chcemy się spotkać z kibicami i chociażby pożegnać. Wiemy jednak, że teraz wszystko działo się bardzo szybko i każdy z nas działał w pośpiechu, poza tym nie ma możliwości na organizację żadnych spotkań. Gdy jednak sytuacja się uspokoi, to mam nadzieję, że wszyscy razem ponownie się spotkamy i powspominamy – dodaje Michał Szymczak.

– Ja już mam wszystko przygotowane. Niech tylko pandemia się skończy, to będę regularnie jeździł na mecze, tam gdzie chłopaki będą grać. Warszawa, Chorzów, Łódź. Nie da się o tym tak zapomnieć... – kreśli futsalowe plany Sopur.

– Uważamy, że klub można było ratować. Nie wiedzieliśmy do ostatniej chwili o pewnych decyzjach. Dla nas to szok, bo koszulka Gatty, to dla nas relikwia – mówi przedstawiciel kibiców. – Mamy zamiar uhonorować graczy Gatty, podziękować im za te lata gry – zapewnia.

– Wszystko się kiedyś zaczyna i musi mieć swój koniec – puentuje Andrzej Dąbrowski.

Tadeusz Danisz

Fot: 400mm, Cyfrasport

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności