Aktualności

[WYWIAD] Krystian Bielik o roku cierpienia, odbudowie i przyszłości

Reprezentacja12.01.2019 
W jesiennych barażach okazał się jednym z nieoczekiwanych bohaterów reprezentacji Polski do lat 21 w dwumeczu z Portugalią. Jego szansa gry w kadrze Czesława Michniewicza przyszła po wielu miesiącach cierpienia, leczenia i męczarni poza boiskiem. W wywiadzie dla „Łączy Nas Piłka” Krystian Bielik opowiada, jak kontuzje zmieniły jego podejście oraz tłumaczy, dlaczego w dniu swoich 21. urodzin czuje się… staro.

Rozmawiamy z tobą w przededniu ważnego meczu z Sunderlandem i w twoje 21. urodziny. Czego więc sobie życzysz?

Tylko zdrowia. Nic więcej nie jest mi teraz potrzebne. Mam je, gram co tydzień, czasami po dwa pełne mecze. Jestem z tego powodu szczęśliwy. Oczywiście gram w League One, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Byłem dwa lata temu w Championship i wiem, że mógłbym tam grać i chciałbym wrócić na wyższy poziom. Życzę sobie, by ten rok był lepszy, niż pierwsza połowa 2018. W drugiej w końcu dostałem powołanie do kadry narodowej i mogłem się pokazać.

Rozmawialiśmy, gdy grałeś na wypożyczeniu w Birmingham City i mówiłeś, że zrobiłeś ten krok w tył specjalnie, by się czegoś nauczyć. Czy w takim razie wypożyczenie do ligi niższej traktujesz jako dwa kroki w tył?

Ja musiałem je wykonać wyłącznie przez kontuzję, przez stracony rok. Przed urazami miałem naprawdę bardzo dobre oferty z Championship, mogłem jechać i podpisywać umowę z Nottingham Forest czy Leeds United. Ale wtedy przyszedł mecz z Manchesterem City w drugiej drużynie, a ja czułem się odpowiedzialny, byłem jednym z kapitanów. Chciałem wtedy zagrać i… wtedy zaczęło się wszystko co złe. Wypadł mi bark i nie grałem przez cztery miesiące, potem przedłużyło się to na cały rok. W klubach Championship to wiedzieli i uważali, że muszę na nowo udowodnić, że zasługuję na szansę, na wypożyczenie. Jednak mecze U-23 nie za bardzo ich zainteresowały, stąd poszedłem poziom niżej. Jestem w Charltonie szczęśliwy, że gramy dobrze, jesteśmy w czołówce.

Pamiętasz ile dni ominęło cię przez kontuzję?

Przez bark nie grałem cztery miesiące aż wróciłem na dwa mecze. Czułem się w nich bardzo dobrze fizycznie. Wtedy odezwało się kolano, fizjoterapeuta dał mi dwa dni przerwy, a trzeciego wyszedłem na kilka ćwiczeń. Przygotowywałem się do treningu jak do każdego: rozgrzewka wewnątrz na siłowni, rozgrzewka na boisku. Przy czwartym sprincie naderwałem mięsień dwugłowy i… coś we mnie pękło. To był cios. Wróciłem po kontuzji barku i wiedziałem, że wciąż mam szansę na wypożyczenie, ale przydarzyło się takie czas. Wzięło mnie Walsall, trenowałem z nimi tydzień i ósmego dnia naderwałem ten sam mięsień. Nie wiem, czy za bardzo się spieszyłem, czy czegoś nie zrobiłem… Nieważne. Teraz jestem zdrowy. Zmęczony – w czternaście dni zagraliśmy cztery mecze – ale czuję się bardzo dobrze. Mięśnie są silniejsze niż były.

To były trzy kontuzje w bardzo krótkim czasie. Jak radziłeś sobie z tym psychicznie?

Były momenty lepsze i gorsze. Myślę, że gdybym nie miał przyjaciół takich, jakich mam w Londynie, to byłoby mi ciężej. Gdy jesteś kontuzjowany przez rok, to dokładnie wiesz, co będziesz robił danego dnia. Budzisz się rano i już to wiesz: kogo zobaczysz na siłowni, jakie ćwiczenia będziesz musiał wykonać… Ta monotonia może wykończyć. Dodatkowo widzisz kolegów, którzy szykują się do weekendowego meczu, gdy ty wzmacniasz bark na siłowni… Gdybym miał po tych treningach wracać sam do pustego mieszkania to byłoby słabo. Nadal mam przyjaciół w Polsce z którymi codziennie gram, ale nie mógłbym się zamknąć w domu i tylko spędzać czas przed konsolą. Jednak tu miałem też polskich przyjaciół, w tym starszą ode mnie parę, która już wróciła do kraju. Małżeństwo z dwójką dzieci, które wołały do mnie „wujku”. Mogę powiedzieć, że zżyłem się z nimi tak bardzo, że to moja rodzina. Aż ciężko przychodzi mi, że nie widzimy się na co dzień. Nigdy im tego nie zapomnę, jak mi pomogli: zawsze drzwi do nich były otwarte, czas spędzaliśmy radę. Moi rodzice są nauczycielami i choćby chcieli, to nie mogli przyjeżdżać tu bardzo często. Był to ciężki okres i na pewno się zmieniłem pod każdym względem: jako piłkarz i jako człowiek. Wcześniej nie doceniałem tego, co miałem. Widzę teraz, jak młodsi nie podchodzą w stu procentach do rozgrzewki, pracy na siłowni. Ale tego bez ciężkiej kontuzji się nie poczuje, nie zrozumie. To nie jest oczywiście tak, że teraz pracując na maksimum i nad każdym aspektem, to nic mi się nie stanie. Ale wierzę, że sobie pomagam, by zagrać cały sezon bez kontuzji.

Obchodzisz dwudzieste pierwsze urodziny, a przyszedłeś na spotkanie z nami, zwiesiłeś głowę i wypowiedziałeś tę liczbę jakby… ze smutkiem. Czyżbyś czuł się staro?

Nie ukrywam, że dzisiaj wstałem i tak się poczułem. Pojechałem do kawiarni po pączki, kupiłem trzy kartony dla chłopaków z klubu i sztabu, jechałem na trening i przypomniałem sobie, jak zrobiłem to samo w Championship. Gdy mi składali życzenia to czułem się… dziwnie. Choćby patrząc na piłkarzy, którzy są w podobnym wieku, ale już na topie, jak Kylian Mbappe, który ma mistrzostwo świata, gole w Ligue 1 i Lidze Mistrzów. A ja gram w League One i chciałoby się więcej.

Porozmawiajmy o tym obecnym etapie. Czy przyjeżdżając cztery lata temu do Londynu też sobie wyobrażałeś, że będąc w tym wieku wciąż będziesz się przebijał poprzez wypożyczenie?

Przyjeżdżając do Arsenalu miałem rozmowę z trenerem Arsenem Wengerem, który powiedział, że jeśli będę wystarczająco dobry, to będę grał w jego zespole. Jeśli będę potrzebował ogrania, to będę zdobywał je w U-23. Moje pierwsze wypożyczenie do Birmingham City było zimą 2017 roku, miałem dziewiętnaście lat, zagrałem dziesięć spotkań na bardzo dobrym poziomie. To było dla mnie pozytywnym bodźcem. Rozmawiałem z Tomkiem Kuszczakiem, któremu jestem wdzięczny, że wziął mnie pod swoje skrzydła i pokazał mi seniorską piłkę. On do mnie podszedł i mówił mi: wyglądasz, jakbyś zagrał sto meczów w Championship. Tego uczucia nie kupi się za żadne pieniądze. To jest też poziom na którym chcę się rozwijać, na którym powinienem grać i na którym bym był, gdyby nie kontuzje. One pokrzyżowały moje plany. Przez ten rok na uboczu poczułem, jak to jest nie być traktowanym jak piłkarz, ale pacjent. Musiałem przez to przejść.

Wspomniałeś Tomka Kuszczaka, swoich przyjaciół z Polski. Kto jeszcze pomagał ci w rozwoju w ostatnich latach, także tym na boisku?

W Arsenalu zagrałem tylko w kilku spotkaniach towarzyskich i wtedy najczęściej występowałem obok Brazylijczyka Gabriela, ale najbardziej podpatrywałem w treningach Laurenta Koscielnego. Dla mnie przed kontuzją był to najlepszy obrońca w Premier League. Kto twierdzi inaczej, ten po prostu się nie zna. Miał wszystko, choć po urazach ma problem z powrotem na ten poziom. Jego timing w odbiorze, wyprzedzaniu przeciwnika… Zawsze był tam, gdzie trzeba, w odpowiednim momencie. Mógłbym o tym opowiadać przez trzy godziny. Z kolei męskie doświadczenie zbieram w League One, jak i w Championship. Szczerze mówiąc, z perspektywy gry środkowego obrońcy nie ma między tymi poziomami dużej różnicy.

Mówisz o sobie jako środkowym obrońcy, tak grałeś jesienią w reprezentacji Polski do lat 21, ale ostatnio występujesz w roli defensywnego pomocnika.

Tak i najbliższy mecz z Sunderlandem (przed nim odbyła się rozmowa – red.) będzie moim ósmym z rzędu na tej pozycji. Wracają mi nawyki pomocnika, mogę mówić, że jestem nim lub obrońcą, ale… sam nie wiem, gdzie jest mi teraz lepiej. Potrafię zagrać tu i tu, ale gdyby przyszedł mój debiut w Premier League, np. z Liverpoolem, to wolałbym zagrać w obronie. Pomimo tego, że musiałbym walczyć z Roberto Firmino, że biegłby na mnie Mohamed Salah. Czułbym się pewniej, bo w ciągu ostatnich kilku lat zagrałem na tej pozycji o wiele więcej meczów w seniorskiej piłce.

A pamiętasz takiego obrońcę jak Rio Ferdinand? Gdy przychodziłeś do Anglii, on rozgrywał swój ostatni sezon w profesjonalnym futbolu.

Pamiętam nazwisko, ile znaczył w Premier League.

Pytamy, bo to do niego porównał cię Lee Bowyer, czyli twój szkoleniowiec w League One.

Czyli dobrze wyprowadzał piłkę, był skuteczny w powietrzu, miał łatwość w wygrywaniu pojedynków, wyprzedzaniu przeciwnika. Ale też trener przy zmianach mojej pozycji mówił, że czasem jest mi na środku obrony za łatwo. Ja się z tym nie zgadzam, bo w League One takich spotkań nie ma. Na obronie trzeba spodziewać się wszystkiego. Czuję się komfortowo, a ta pewność siebie w futbolu jest niezbędna. To zależy również od kolegów. Im lepszych ma się piłkarzy wokół siebie, tym samemu gra się lepiej.

W jednym ze spotkań Charltonu trener ściągnął cię już w przerwie. To była dla ciebie nauka?

Ściągnął mnie z boiska, ponieważ straciłem trzy piłki, kiwałem się w bocznej strefie. Oglądałem jeszcze raz ten mecz i ze wszystkich w Charltonie ten był najcięższy: nie pod względem fizycznym, ale gdy dostawałem piłkę, obracałem się z nią, to od razu atakowało mnie dwóch rywali. Nie miałem pola do jej prowadzenia, musiałem ją holować, bo w danym momencie nie widziałem żadnej opcji. Może nie byłem przyzwyczajony wtedy do gry w środku pomocy, nie zmieniłem myślenia z pozycji obrońcy? Nie chcę się w żaden sposób tłumaczyć. Czy to jednak była nauka? Był to cięższy moment. Zauważyłem, że następnego dnia muszę wrócić na trening i znów walczyć o skład. Zwykle taka zmiana oznacza utratę miejsca w wyjściowej jedenastce. Nie było żadnej rozmowy z trenerem, nie był on bardzo zły czy agresywny. Zrobiłem więc wszystko w tygodniu, by odzyskać miejsce i on mnie w niej wystawił na środku obrony, a ja zagrałem bardzo dobry mecz.

Czy może nauką jest więc to, ile grasz teraz spotkań? Już masz rekordową dla siebie liczbę występów w jednym sezonie seniorskiej piłki.

Zdecydowanie. Moje ciało to odczuwa. Nigdy wcześniej nie grałem w cyklu wtorek-sobota. Tak grają topowe kluby łączące ligę z europejskimi pucharami. A ja przez rok nie grałem i po jednym takim cyklu doznałem kontuzji łydki. Mój organizm nie był przygotowany na taki szok. Nie czułem nic na meczu, nic bezpośrednio po, ale ból pojawił się dopiero następnego dnia rano. Zauważcie: nigdy wcześniej nie biegałem po dwanaście kilometrów w meczu. Gdy trafiło się jedenaście kilometrów na środku obrony to był wyjątek, a teraz w roli pomocnika moja średnia jest zdecydowanie wyższa. To niezbędne doświadczenie, które zaprocentuje w przyszłości. Im wcześniej przygotuję swój organizm na takie obciążenia, tym lepiej zniosę je w przyszłości.

W urodziny często myśli się o tym, jak minęły ostatnie lata, ale też patrzy się w przyszłość. Gdzie więc Krystian Bielik widzi się w wieku 26 lat?

Widzę się w Premier League lub w Bundeslidze. Plus w reprezentacji Polski. Najwyższe szczeble piłkarskie. Myślę, że mam ku temu predyspozycję i jeśli zdrowie mi pozwoli, nie będę miał kontuzji, to sto procent, że tam będę. Nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, czy będzie to prędzej lub później, ale dopnę swego.

Rozmawiali w Londynie Jakub Bolewicz i Michał Zachodny

Fot. East News

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu Polityka prywatności