Aktualności

[WYWIAD] Kinga Szemik: Dostałam od życia bardzo wiele. Teraz nadchodzi nowe

Reprezentacja17.05.2020 
Zamienia Stany Zjednoczone na Francję i drużynę uniwersytecką na drugoligowe FC Nantes. Kinga Szemik do decyzji o powrocie do Europy długo dojrzewała. - W końcu jednak zobaczyłam szerszą perspektywę. Teraz wszystko jest w moich rękach, nogach, a przede wszystkim głowie - mówi reprezentantka Polski. Z 22-letnią bramkarką porozmawialiśmy nie tylko o powodach wyjazdu do Francji, ale także o tym, czy liczy na częstsze powołania do kadry, o obawie przed zakażeniem COVID-19 i czterech latach spędzonych w USA.

Cieszysz się na powrót do Europy?

Na pewno jestem podekscytowana, bo zacznę nowy rozdział w życiu, przeżyję coś nowego. Czekam na to, ale wiąże się z tym wiele różnych emocji, także stres. Znajdę się w zupełnie innym kraju, w którym nie będę nikogo znać, ale z drugiej strony, przechodziłam przez to samo, przyjeżdżając do Stanów. Najbardziej martwi mnie fakt, że będę musiała nauczyć się od podstaw języka francuskiego (śmiech).

Jakieś słowa już znasz?

Jeszcze nie, ale myślę pozytywnie i wierzę, że będzie dobrze.

Dlaczego właśnie Nantes?

Długo dojrzewałam do tej decyzji. Rozmawiałam z wieloma trenerami, między innymi z trenerem bramkarek Orlando Pride. Dzięki temu na pewne kwestie spojrzałam inaczej. Uświadomiłam sobie, że NWSL (najwyższa klasa rozgrywkowa w USA - przyp. red.) to nie jest dobre miejsce dla młodych zawodniczek, które chcą się rozwijać, szczególnie na pozycji bramkarki. Nawet, gdybym dostała się do jakiegoś klubu, musiałabym liczyć się z tym, że przez rok, dwa, czy trzy mogę nie grać. Oczywiście fajnie by było znaleźć się w którejś z drużyn NWSL dla samego faktu, ale czy byłoby to dla mnie dobre w tym momencie? Nie sądzę. Rozmawiałam też z trenerami z Polski, m.in. z asystentką selekcjonera reprezentacji, Natalią Niewolną, która także mówiła, że najważniejsze jest to, bym grała. Podjęłam więc decyzję o transferze do Nantes. Idę swoją drogą i biorę odpowiedzialność za to, co robię. Myślę, że to dobry krok.

Nie miałaś oporów z powodu tego, że jest to klub z niższej klasy rozgrywkowej?

Początkowo nie sądziłam, że to będzie dla mnie dobre miejsce. Wiadomo, że najlepiej byłoby znaleźć się w największym i najlepszym klubie, ale realia wyglądają trochę inaczej, szczególnie na pozycji bramkarki. W Stanach bramkarka, nieważne jak dobra by nie była, jeśli nie dostaje się do najwyższej ligi, to najczęściej wylatuje do Europy. Chodzi o to, by cały czas grać. Długo mi zajęło, żeby dojrzeć do tej decyzji, ale w końcu zobaczyłam szerszą perspektywę. Nie pozostaje mi nic innego, niż ciężko pracować i myśleć pozytywnie. Wszystko jest w moich rękach, nogach, a przede wszystkim głowie. Uważam, że dopóki jestem zdrowa, to ode mnie zależy, jak pokieruję swoim życiem i tak też jest w tym przypadku. Wiem, że początkowo ta zmiana będzie bardzo trudna, ale uważam, że będzie też impulsem do rozwoju.

To kolejna z Twoich odważnych decyzji, bo podobnie jak przy wyjeździe do USA kilka lat temu, rzucasz wszystko, co masz i zmieniasz życie o 180 stopni.

Czasami nie można za dużo myśleć. Trzeba po prostu w coś iść, nie zastanawiając się za bardzo. Tylko od ciebie zależy, jak coś przyjmiesz. Nawet, jak sytuacja wydaje się zła, da się z niej wyjść. Trzeba tylko chcieć. To bardzo trudna praca nad psychiką, ale z czasem staje się nawykiem. Dzięki temu, że w wieku 18 lat wyjechałam do Stanów, teraz jest mi łatwiej zdecydować o kolejnym wyjeździe. Uważam, że decyzja o przenosinach do USA, była najlepszą w moim życiu.

Powiedziałaś, że musisz grać. To znaczy, że dostałaś zapewnienie od Nantes, że będziesz pierwszym wyborem trenera?

Wiadomo, że to tak nie działa, ale widzę, że bardzo im zależy na tym, bym tam grała. Klub ma świetne podejście i zapewnia bardzo dobre warunki. Sprawia, że piłkarka czuje się traktowana poważnie. Mnie takie nastawienie bardzo się podoba, a do tego dochodzi też to, że głównym celem na nowy sezon będzie awans do pierwszej dywizji. Od nowych rozgrywek Nantes będzie miało ośmioosobowy sztab szkoleniowy. To warunki lepsze niż w niejednej drużynie z elity, a fajnie jest grać gdzieś, gdzie wiesz, że masz zapewnioną opiekę. Można się wtedy skupić tylko na rozwoju.

Miałaś jakieś inne propozycje z Europy?

Przewijały się różne kraje, ale niektóre kluby odzywały się do mnie np. rok temu, kiedy miałam jeszcze rok studiów przed sobą, a oni chcieli, bym przyjechała już. W ogóle nie brałam tego pod uwagę, bo wiedziałam, że chcę na spokojnie skończyć studia i dopiero potem pójść w innym kierunku. Były więc propozycje, ale nie będę się nad tym roztrząsać. Teraz podpisałam kontrakt i jestem zadowolona. To się liczy.

W Stanach nie tylko grałaś w piłkę, ale przede wszystkim studiowałaś psychologię. I tu i tu miałaś duże osiągnięcia. Trudno było to pogodzić?

Były bardzo trudne momenty. Trzeba dobrze operować czasem i dbać o siebie, a w chwilach, gdy czuje się, że wysiada się psychicznie, wymagać od siebie jeszcze więcej. Jeśli ma się stypendium naukowe, a średnia ocen się obniży, można nie zostać dopuszczonym do gry w lidze. To wszystko się łączy i konieczne jest poświęcenie i skupienie. Nie jest to łatwe, ale jeżeli ktoś chce jednocześnie studiować i uprawiać sport, w Ameryce to dostanie.

Czyli nie do końca jest tak, jak w filmach, w których jeśli ktoś uprawia sport i reprezentuje uczelnię, to może, mówiąc kolokwialnie, „olewać” naukę.

Ten stereotyp musiał się skądś wziąć. W przypadku niszowych sportów nie ma czegoś takiego, ale wiem, że są przypadki osób, grających np. w koszykówkę czy baseball albo futbol amerykański, które mają większą pomoc od wykładowców. O tym się jednak nie mówi głośno. Ludziom się wydaje, że każdy semestr zaliczą bez żadnego wysiłku, ale w większości przypadków tak się nie dzieje. W mojej drużynie nie było ani jednej osoby, która miałaby ulgowe traktowanie.

Jak w ogóle oceniasz poziom piłki uniwersyteckiej w Stanach? Można go do czegoś porównać?

To długi temat, bo sprowadza się do tego, jak ta liga jest podzielona. Jako że Stany są ogromnym państwem, są trzy ligi uniwersyteckie: pierwsza, druga i trzecia. W pierwszej występują drużyny największych i najbogatszych uczelni. W drugiej mniejsze szkoły, a w trzeciej jeszcze mniejsze. Każda z tych lig dzieli się na konferencje - mniejsze ligi. Sezon kończą play-offy, których wygrany mierzy się ze zwycięzcą z innej konferencji. Jedne konferencje są silniejsze od innych, bo np. w Karolinie Północnej jest uczelnia, która kobiecy futbol rozwija od 20 lat. Jeśli chodzi o moją konferencję, to poziom jest dobry, choć nie najlepszy w USA. Wynika to z tego, że program żeńskiej piłki powstał na mojej uczelni około sześciu lat temu. Dla mnie to było ciekawe doświadczenie, bo byłam w zasadzie częścią czegoś nowego. To samo zafascynowało mnie w Nantes, które jest młodym zespołem, ale chce zajść daleko.

Powiedziałaś wcześniej, że decyzja o wyjeździe do Stanów, była najlepszą w twoim życiu. Co dał Ci ten czas?

Chyba mogłabym na ten temat napisać książkę. Dostałam od życia bardzo wiele, począwszy od faktu, że żyłam w miejscu, kulturze, w której są osoby z całego świata. Mam teraz znajomych na każdym krańcu globu. Fantastyczne jest to, że mimo iż część z nich wróciła już do swoich krajów, jak wybiorę się do Ghany czy Norwegii, mam do kogo się odezwać i z kim spotkać się na kawę. Tego nawet nie da się opisać i by to zrozumieć, trzeba to przeżyć. Po drugie - nauka. Robię to, co kocham, uczę się tego, co mnie pasjonuje, a do tego gram w piłkę. Czasem, gdy idę ulicą, z każdej strony otoczona palmami, to myślę: kurde, jak miałam 12 lat, marzyłam o tym! Teraz kończę pewien rozdział w swoim życiu i zdaję sobie sprawę z tego, że chyba trochę nie doceniam siebie samej za to, że spełniam swoje marzenia. Dobrze, że są takie momenty, gdy można sobie to uświadomić. Dodatkowo, co też jest fantastyczne, miasto, w którym mieszkam, jest zupełnie inne niż reszta Stanów. Jest tu mnóstwo osób z korzeniami latynoskimi. Dochodzi do tego, że można pójść do restauracji i nie usłyszeć angielskiego, a tylko hiszpański.

Szkoda, że nie francuski.

(śmiech) no niestety. Takie chwile i spotkania bardzo otwierają umysł. Wiem, że gdybym była nadal w Polsce, nie doświadczyłabym tego.

Nie będzie Ci takich chwil brakować?

Na pewno w jakimś stopniu tak. Jestem jednak w takim momencie swojego życia, że nie muszę się nigdzie osadzać i definiować, co jest dla mnie najlepsze. Nie znam wszystkiego, co mnie czeka. We Francji pewnie też zakocham się w wielu rzeczach i to jest wspaniałe. Można doświadczać, czerpać z życia i cieszyć się chwilą. Nikt nie odbierze mi tego, co przeżyłam.

Cofnijmy się trochę w czasie do stycznia i draftu. Co sobie pomyślałaś, gdy nie wybrała Cię żadna drużyna? Nie byłaś tym zaskoczona, zawiedziona?

Absolutnie nie. Wiem, jak wyglądają realia. W drafcie bardzo rzadko wybiera się bramkarkę. Nie miałam więc żadnych oczekiwań. Podeszłam do tego na luzie: jak ktoś mnie zaciągnie, to ok, jeśli nie, to też dobrze, bo i tak znajdę sposób, by ułożyć sobie życie. Myślę, że większą otoczkę na ten temat robiły osoby, które wiedziały, że uczestniczę w drafcie niż ja. Dla mnie, inaczej niż dla nich, to nie była wielka sprawa. Może kiedyś myślałabym inaczej, ale perspektywa zmieniała się w miarę poznawania tego, jak to wszystko działa. Rok temu miałam przyjemność trenować z Houston Dash, w którym broni m.in. Jane Campbell. To pozwoliło mi sprawdzić na własnej skórze, jak to jest w klubach NWSL. I wcale nie jest tak kolorowo, jak wszyscy myślą. Kluby europejskie zaczynają mieć dużo lepsze zaplecze niż kluby w Stanach.

Ciekawe w drafcie było też to, że wspominane Orlando Pride w nim Cię nie wybrało, a odezwało się kilka dni później z pytaniem, czy nie chcesz przyjechać na testy.

Mówiąc szczerze, zupełnie nie rozumiem tej tradycji draftu. To, że ktoś zostanie zaciągnięty przez jakiś klub, nie oznacza nawet, że na pewno do niego trafi. Oznacza jedynie, że będziesz z nim trenować w przygotowaniach przed sezonem, a dopiero później zdecydują, czy cię chcą, czy nie. To pompowanie balonika, tradycja, której trzeba się trzymać, bo jak coś było zawsze, to na pewno jest dobre.

Co dały Ci treningi w Houston Dash?

Otworzyły mi oczy i uświadomiły, nad czym muszę pracować, by rozwinąć się jako bramkarka. Byłam też w szoku, jak przyjęła mnie drużyna. Wszyscy do mnie podchodzili, rozmawiali. Na przykład Rachel Daly, reprezentantka Anglii, zaskoczyła mnie pierwszego dnia, gdy podczas treningu krzyknęła do mnie „Kinga, zagraj!”. Nie sądziłam, że zapamięta moje imię (śmiech), tym bardziej że dla ludzi mieszkających w Stanach jest ono dość egzotyczne. Było to więc fajne doświadczenie, ale nie rozpamiętuję go. Skupiam się na nowym rozdziale.

Liczysz na to, że grając w Europie, będziesz częściej powoływana do reprezentacji Polski?

Mam to z tyłu głowy, ale nie przesłania mi to obrazu całości. Oczywiście jest to jeden z moich celów, bo możliwości reprezentowania kraju to wielki honor. Wiem jednak, że na powołanie muszę zapracować codzienną pracą w klubie. Ewentualna możliwość bycia na zgrupowaniu będzie dla mnie nagrodą za to, co robię.

Przed Tobą jeszcze kilka tygodni w Stanach. Jak w ogóle wygląda teraz rzeczywistość w USA? Koronawirus wiele zmienił?

Niektórzy się dziwią, że zachorowań jest tak wiele, ale wynika to z tego, że Stany są naprawdę ogromne. To logiczne, że statystycznie liczby będą wyższe niż w innych krajach. Są jednak różnice między poszczególnymi stanami. Tu, gdzie mieszkam, jest w porządku. Przez miesiąc mieliśmy kwarantannę, ale sytuacja się uspokoiła. Dramatycznie jest np. w Nowym Jorku czy Waszyngtonie, gdzie choruje ogrom ludzi. USA to jednak taki kraj, w którym ekonomia jest bardzo ważna. Chcąc, nie chcąc, wszystko zacznie się otwierać i nie wiadomo, jak to się rozwinie. Jednak nie można wiecznie żyć w zamknięciu, bez pracy. Są rodziny, które maja na utrzymaniu np. czwórkę dzieci. Jak im powiedzieć, że mają zostać w domu, skoro bez pracy nie wyżywią dzieci?

A jak Twoja szkoła poradziła sobie z tą sytuacją?

Studenci otrzymali wsparcie finansowe, jeśli oczywiście o nie zawnioskowali. Uniwersytet otworzył też w mieście dwa punkty, w których można było za darmo wykonać test na obecność koronawirusa. To pokazuje, jak bardzo byli zmotywowani. W Stanach problemem jest to, że wiele osób nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Dlatego też początkowo myślałam, że ta sytuacja będzie niemożliwa do ogarnięcia. To, by móc wykonać darmowe badanie, było ogromnie ważne.

Pamiętam, że gdy rozmawiałyśmy na początku pandemii, sama byłaś wystraszona, że możesz chorować na COVID-19.

Były dwie takie sytuacje. Pierwsza wiązała się z przerwą wiosenną na uczelni, w trakcie której z koleżankami wyjechałyśmy do Cancún w Meksyku. Piątego dnia naszego pobytu tam, zrobiło się głośno o sytuacji we Włoszech i całej Europie, a w Meksyku nie było żadnych obostrzeń. Zaczęłyśmy sobie zdawać sprawę z tego, że nie powinno nas tam w ogóle być, ale nie miałyśmy przy tym świadomości, jak groźny jest ten wirus. Pewnego dnia wszystkie poczułyśmy się bardzo osłabione, miałyśmy gorączkę itd. Na szczęście było to spowodowane tym, że w Cancún jest bardzo ostre słońce, co czasem powoduje właśnie takie objawy. Drugą sytuację spowodował mój znajomy, który już po naszym powrocie do Stanów poprosił o to, by go przenocować. Zgodziłyśmy się, bo każdy może mieć trudną sytuację. Następnego ranka po tym, jak przyjechał, oznajmił nam, że może mieć koronawirusa… Pojawiła się złość, ale na szczęście test wyszedł ujemny. Swoją drogą, będąc na uczelni, wiele czytam o wirusie, jego pochodzeniu, tym, jak i co atakuje. I myślę, że w tym wszystkim najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Nie możemy panikować i pozwolić na to, by sytuacja definiowała nasze życie i samopoczucie. Trzeba oczywiście mieć z tyłu głowy, że wirus jest i być uważnym, ale należy przy tym dbać o swoje zdrowie psychiczne.

Rozmawiała Aneta Galek
Fot. Paula Duda

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności