Aktualności

[WYWIAD] Agnieszka Winczo: Powiedzieli mi, że jeśli odejdę, to klub się rozpadnie

Reprezentacja21.12.2018 
Trzydzieści cztery lata na karku. Od czternastu w reprezentacji Polski. I ani myśli kończyć! Nadal ma ambicje, żeby grać w Bundeslidze. Latem klub wybłagał ją, żeby została i wręczył jej opaskę kapitańską, której… nie chciała przyjąć! Jest jak win(cz)o - im starsza tym lepsza. O sparingach żużlowych, pracy przy próbkach mięsa, o tym, kiedy jej szef omija ją z daleka i kto rzucił na nią urok w rozmowie z Łączy nas piłka opowiada najbardziej doświadczona zawodniczka reprezentacji Polski i kapitan niemieckiego BV Cloppenburg, Agnieszka Winczo.

Kiedy na jednym z jesiennych zgrupowań przyszły wyniki badań krwi, doktor reprezentacji skomentował je słowami: tradycyjnie tylko jedna ma wszystko idealnie w normie. Wiesz o kim mowa?

Domyślam się (śmiech).

Jak to robisz?

Nie wiem, czy to przypadek i od czego to zależy. Dbam o siebie po prostu. Od samego początku gry w piłkę mam bardzo dobre wyniki badań. Poza tym… mam całą rodzinę lekarzy! Mama, ciotka, wujek… Jest dentysta, internista, a i nawet weterynarz się znajdzie. Może w tym jest sukces (śmiech).

Miałaś kiedyś jakiekolwiek problemy ze zdrowiem?

Nigdy nic poważniejszego. Jedną kontuzję i złamany nos. A o tym, jak często bywam w placówkach medycznych, niech świadczy fakt, że przed operacją nosa nie wiedziałam nawet, jak się zakłada ten zielony fartuch. Założyłam, a pani pielęgniarka mówi do mnie „wie pani co, ten fartuszek to odwrotnie trzeba”. Jedyną przychodnią, którą odwiedzam regularnie, jest gabinet dentystyczny mojej mamy.

To jak to jest - zmierzasz powoli ku końcowi piłkarskiej kariery, czy w ogóle nie pojawiają się takie myśli?

Nie myślę o tym. Póki zdrowie dopisuje, a, jak pokazują wyniki, dopisuje, to będę grała. Ciągnie mnie do sportu. Zawsze kiedy mamy dzień wolny od treningów w klubie, to sobie obiecuję, że wreszcie odpocznę po południu. A później ten dzień nadchodzi i okazuje się, że… nie mam co robić! Ostatecznie i tak idę biegać albo na basen. Tak już mam.

Od dziecka?

Od dziecka. Kiedyś ze względu na mój wzrost namawiano mnie na koszykówkę. Ale od zawsze grałam w piłkę. Miałam w rodzinie samych chłopaków - braci, kuzynów. Jako że byłam jedyną dziewczyną, to stawiali mnie na bramce. Później w swoim pierwszym klubie trener chciał, żebym grała w ataku, a ja powiedziałam „na bramce albo wcale!”. Wyszło jednak na jego. W pewnym momencie miałam jednak dylemat, bo poszłam do liceum nastawionego wyłącznie na koszykówkę. Szkoła bardzo chciała, żebym wybrała właśnie tę dyscyplinę. Ja chciałam grać w obie. Ale mama stwierdziła, że albo jedna, albo druga. Sportów było jednak w moim życiu więcej. Mieszkałam w końcu przy stadionie żużlowym w Częstochowie.

Były wyścigi?

Oczywiście! Tyle że na rowerach. Obok stadionu wyznaczono taki mały tor i tam ścigaliśmy się osiedle na osiedle. Nazywaliśmy to sparingami żużlowymi. W motocyklach żużlowych nie ma hamulców, więc my z rowerów też je powykręcaliśmy. Powymienialiśmy również przerzutki. Kolana, łokcie - wszystko mieliśmy pozdzierane i każdy był szczęśliwy. Rodzice, widząc nasze szczęście, na nas nie krzyczeli. Brat kilka razy wrócił do domu ze złamaną ręką, ale oczywiście się nie przyznał, tylko na drugi dzień dalej jeździł.

Rodzice odradzali Ci kiedyś piłkę nożną czy wręcz przeciwnie?

Nigdy nie odradzali. Rodzice mnie zawsze wspierali w tym, co robię. Mama organizowała mi czas - najpierw szkoła, potem jakiś SKS, potem piłka nożna. Przyjeżdżała po mnie po lekcjach i zawoziła na boisko. I to z jedzeniem! Jadłam w drodze na trening. Później mnie odbierała. Od zawsze w biegu. Sama się dziwię, jak ja to ogarniałam. Bez rodziców byłoby jednak ciężko.

Od małego żyłaś w biegu i żyjesz tak nadal. Wstajesz o 5:00, idziesz do pracy, potem na trening. W weekendy grasz mecze. Nie masz czasem po ludzku dość?

Czasem wieczorem, jak się wróci do domu i usiądzie, to przychodzi kryzys. Ale wiem, że ja nie umiem odpoczywać. Kiedy przyjdą święta, to jeden, góra dwa dni i człowiek się nudzi. Ciągle muszę coś robić. Nie potrafiłabym też chyba już żyć bez pracy. Zawsze pracowałam. Ostatnio nawet wcześniej wróciłam z urlopu! Zamiast po trzech tygodniach zakończyłam go po dwóch, bo stwierdziłam, że… poszłabym już do pracy!

Nie…

Poważnie! Nie wiem, skąd mi się to bierze.

Pracujesz w laboratorium. Co tam dokładnie robisz?

Badam mięsko! Dostajemy kitel, białe spodnie, białe buty. Prawie jak w psychiatryku (śmiech). Fajna praca mi się trafiła, chociaż na początku myśli były różne. Kończyłam studia na kierunku marketing na rynkach krajowych i międzynarodowych, więc oczekiwania były inne. Ale laboratorium brzmiało dobrze. Trafiłam do działu robienia próbek. Pobieram próbki z mięsa i każdą opisuję. Potem badam je komputerowo. Następnie moja próbka idzie do kolejnego badania. Każdy ma przypisane swoje stanowisko. A zaczynałam w dziale… próbowania mięsa!

To byłaś trochę jak królik doświadczalny.

Wiesz, jakie to było pyszne? Ale jak się przytyło trzy kilo w ciągu dwóch miesięcy, to już tak fajnie nie było. Naprzeciwko laboratorium jest restauracja, która powstała na potrzeby laboratorium. Szło się tam rano, brało 40-50 próbek mięsa, smażyło się, przygotowywało i testowało z szefem. Potem musiałam je ocenić pod względem wyglądu, konsystencji i smaku. A, co ciekawe, mój szef był wegetarianinem! Mama od dłuższego czasu wpajała mi posiłki beztłuszczowe, bez soli, a tu mi się taka praca trafiła i co? Przecież nie powiem, że ja tego robić nie będę. Dziś jednak ją doceniam. Mamy fajnego szefa, mimo że na początku podchodził do nas z dystansem, bo opinia o piłkarzach i piłkarkach nie była dobra. Większość wychodziła z założenia, że przecież przyszli tu grać, a nie pracować i średnio przykładali się do pracy. Szef zdradził nam później, że wpisywał nasze nazwiska w wyszukiwarkę i jak zobaczył, że jesteśmy reprezentantkami Polski, to stwierdził, że my w ogóle nic nie będziemy robić. Ale później miło się zaskoczył, czasami nawet chwali. Jest na tyle dobra atmosfera, że nie przeraża już wstawanie o 5 rano. Czuję się tu dobrze. Nie jest to ani zła, ani ciężka praca.

Koledzy z pracy śledzą Twoje boiskowe poczynania?

Szef wcześniej nie interesował się piłką, a odkąd ja przyszłam do pracy, to wie, co się dzieje. Kiedy wygramy, to przychodzi szczęśliwy, rozmawia z nami. A jeśli przegramy, to do czwartku się nie odzywa. Omija mnie wielkim łukiem i tylko patrzy, w jakim jestem nastroju. Śledzi nawet wyniki naszej reprezentacji! Parę razy mnie zaskoczył, że wie, gdzie grałyśmy, z kim i jaki był wynik.

Nie ma problemu, kiedy wyjeżdżasz na dłużej na zgrupowania reprezentacji?

To było już wcześniej ustalone. Biorę urlop bezpłatny i przyjeżdżam. Powołanie do kadry to wyróżnienie i chwała.

Wyjazdy na zgrupowania są miłym oderwaniem od codzienności?

Tak. Czekam na nie. W Niemczech każdy tydzień wygląda niemal tak samo. Miło czasem wyjechać i pobyć z innymi ludźmi. To także inna filozofia piłki nożnej. Bardzo się cieszę, że mogę nadal grać w kadrze.

Rzuciłabyś pracę, jeśli ktoś zaproponowałby Ci profesjonalny kontrakt i mogłabyś skupić się tylko na piłce?

Nie wiem… Fajnie byłoby grać profesjonalnie, ale jestem już na takim etapie, że muszę skupić się na pracy. Nie zmienia to jednak faktu, że chciałabym jeszcze pograć w Bundeslidze. Nawet ostatniego lata miałam propozycje. Poważnie się nad tym zastanawiałam, ale mam straszny sentyment do mojego klubu. Dużo mu zawdzięczam. Ubłagali mnie. Powiedzieli, że beze mnie klub przestanie istnieć.

Wasza trenerka wypowiadała się, że Twoje pozostanie było najważniejszą wiadomością lata dla Cloppenburga.

Co chwilę ze mną rozmawiała. Wyjechałam na wakacje bez przedłużenia kontraktu. Raz wysłała mi sms o mniej więcej takiej treści: „Aga, czy nie masz może napastniczki, około 170 wzrostu?” I dokładny opis mnie i moich zalet. Odpowiedziałam, że niestety nie znam takiej, a ona „ale ja znam! Szukamy ciebie. Zastanów się”. Prosiła mnie, żeby była pierwszą osobą, z którą porozmawiam po powrocie z wakacji.

Czym Cię przekonała?

Na pewno nie pieniędzmi, bo tu ich nie ma (śmiech)! Podobnie jak w reprezentacji, mamy w Cloppenburgu rodzinną atmosferę. Widzę potencjał w tej drużynie. Ocieramy się o ten awans do Bundesligi. Chciałabym awansować właśnie z tym klubem i jest to realne. Spotkanie jedno, potem drugie. „Błagam Cię, Aga”, „czy możemy już podać do gazet, że zostajesz”, „nie, nie możecie jeszcze”. Dodatkowo trenerka powiedziała mi, że są w kropce, bo wiele dziewczyn powiedziało, że zostanie, jeśli ja zostanę. Miałam ogromny dylemat, bo myślałam o zmianie otoczenia, chcę jeszcze grać wyżej. Ostatecznie pewnego poranka zdecydowałam się napisać trenerce wiadomość, że zostaję. Zrobiłam to dokładnie o 5:10. Dosłownie minutę później napisała te informację na naszej drużynowej grupie. Od razu posypały się pełne radości wiadomości. Mam kontrakt do końca czerwca. Zobaczymy, jak to się potoczy. Ale nie zamykam się. Jeśli trafi się oferta i zdrowie nadal będzie dopisywać, to nie jest powiedziane, że nie pogram jeszcze gdzie indziej.

Opaska kapitańska była karta przetargową?

Nie. Trenerka powiedziała mi, że decyzja została podjęta jednogłośnie w sztabie szkoleniowym. Ja z początku opaski przyjąć nawet nie chciałam. To jest ogromne wyróżnienie, mogę pomagać wszystkim na każdym kroku, ale jednak wolałam, żeby otrzymała ją jakaś Niemka. Ale dziewczyny też poparły ten wybór i nie było dyskusji. Ale szczerze mówiąc, tak po cichu podejrzewałam, że może paść na mnie. Już jakiś czas temu wysłano mnie na otwarcie jakiegoś wielkiego sklepu w Cloppenburgu, jako że nie było wtedy naszej kapitan. A tam gazety, telewizja. Nie wyrywam się nigdy do takich rzeczy, ale jak trzeba, to idę.

Coś się zmieniło, odkąd jesteś kapitanem?

Wiele się zmieniło. Kiedy są jakiekolwiek rozmowy, dylematy, to zawsze pytają mnie o zdanie. Poza tym dużo młodych dziewczyn przychodzi do mnie i pyta o różne rzeczy. Chciałyby wiedzieć, jak powinny się zachować w konkretnych sytuacjach, jaka jest moja opinia itd. Nawet w czasie gierek na treningu pytają często „Aga, a tu gdzie się powinnam ustawić”, „a gdzie ja powinnam teraz podać”.

Dużo miałaś latem propozycji?

Sporo. Z Bundesligi, a nawet z ligi angielskiej. Ten klub rzucił na mnie chyba urok (śmiech). A tak poważnie, to naprawdę wiele mu zawdzięczam. Bardzo mi pomógł. Ciężko mi to wszystko rzucać. Dali mi dobry start, pracę, naukę języka. Nie każdy, wyjeżdżając zagranicę, trafiał na odpowiednich ludzi wokół siebie. Ja wiem, że cokolwiek się nie stanie, to otrzymam tu wsparcie.

Z Chin nie pojawiła się nowa oferta?

Nie, już nie (śmiech). Mama do dziś mi mówi „a trzeba było spróbować”. Otrzymałam ją w 2012 roku, rok po przejściu do Cloppenburga. I to już był konkret finansowy. Ale pojawił się strach. Bałam się wyjechać sama tak daleko. Wszystko inne, język inny, literki inne. Ciężko mi sobie to nawet wyobrazić. Nachodziły mnie wtedy myśli w stylu „a co, jak mi paszport zabiorą”. Ale nie żałuję mojej decyzji. Może i to byłaby fajna przygoda, ale nie rozpamiętuję tego. Cieszę się z tego, gdzie jestem teraz.

A do naszej Ekstraligi jeszcze byś wróciła?

Raczej nie. Gdybym miała kończyć, to zagranicą.

Namawiasz młodsze koleżanki z reprezentacji do wyjazdu?

Pewnie. Powinny wyjeżdżać, próbować. Paulina Dudek została rzucona na głęboką wodę i sobie poradziła w PSG. To samo Ewa Pajor. Potrzebowała roku czy dwóch, ale za to teraz jakie są efekty. Jeśli ktoś się boi, że nie będzie w ogóle grał, to niech pójdzie do mniejszego klubu czy nawet niższej ligi. To niekoniecznie musi być od razu nie wiadomo jaka drużyna. Jak się zacznie grać w lepszej lidze przeciwko lepszym zespołom, to szansa na to, że ktoś cię zauważy, rośnie. Ja trochę żałuję, że wyjechałam późno, bo w wieku 27 lat, ale to też były inne czasy. Mało dziewczyn wyjeżdżało. Chyba wtedy zagranicą grała tylko Dominika Wylężek. Ale nie wahałam się. Stwierdziłam, że co mi szkodzi. Mistrzostwo Polski wygrałam, Puchar Polski też, gram w reprezentacji, zaliczyłam z Unią Racibórz Ligę Mistrzów. O co więcej będę się tutaj biła? A zawsze można przecież wrócić, jak coś nie wyjdzie. Przyjechała trenerka z Cloppenburga i chciała mnie, Martę Stobbę i Anię Żelazko. Ania jednak propozycji nie przyjęła.

Duże wrażenie zrobiło na Tobie pierwsze zderzenie z zagranicznymi realiami?

Duże. Szczególnie jeśli chodzi o zaplecze. Jest siedem boisk treningowych, a to małe miasteczko. Przyzwyczajona byłam do życia w większym mieście, bo wtedy mieszkałam w Katowicach. Mało tego przez trzy lata dojeżdżałam po prawie sto kilometrów w jedną stronę na treningi do Raciborza. Grałam w Unii, a studiowałam w Katowicach. Jeździłyśmy we trzy, ale tylko ja miałam prawo jazdy, więc zima, nie zima trzeba było prowadzić. A w Cloppenburgu przesiadłam się na… rower. To była duża zmiana. Na samym początku przygody w Niemczech niesamowicie wypoczęłam. Całkowicie inny świat. 33 tysiące mieszkańców, każdy się zna, wszędzie blisko, inna mentalność ludzi, nauka języka. Klub zapewnił nam prywatną nauczycielkę. Było zabawnie, bo śpiewaliśmy jakieś piosenki niemieckie, były dyktanda, kartkówki - jak w podstawówce.

A sportowo przeskok z ligi polskiej do niemieckiej był dla Ciebie spory?

Nie był to bardzo duży przeskok, ale jednak jakiś był. Na treningach zupełnie na czym innym się skupia uwagę. Wiadomo - piłka niemiecka jest bardziej siłowa. Pamiętam, jak po pierwszym tygodniu usiadłam pod klubem na murku i stwierdziłam, że jeśli ktoś mnie nie zabierze samochodem, to ja nie wracam. Ostatecznie do domu jakoś wróciłam. Było około 21:00, a tu czekała jeszcze praca domowa i nauka do kartkówki. A na lekcjach same Polki i każda chciała być najlepsza!

Jesteś najbardziej doświadczoną czynną polską piłkarką. Twoim zdaniem na przestrzeni lat piłka nożna kobiet w Polsce poszła do przodu czy nie?

Są postępy. Chociażby pod tym kątem, że dziewczyny wyjeżdżają zagranicę. I to samo w drugą stronę - dużo piłkarek zagranicznych gra w Polsce. To poprawia jakość meczów i treningów. Ale kobieca piłka idzie w Polsce do przodu małymi kroczkami, podczas gdy zachód biegnie. Dlatego też ciężko nam walczyć z najlepszymi. Ważne, żeby w kraju nie bali się stawiać na kobiecy futbol, żeby odważyli się zainwestować, zainteresować. Poza tym dużo dają też mecze reprezentacji z lepszymi przeciwnikami. Więcej wyniesiemy z przegranej z taką Hiszpanią czy remisu ze Szwajcarią niż ze zwycięstwa z niżej notowanym rywalem. Uwielbiam grać z lepszymi od siebie. Po takich meczach człowiek czuje się podbudowany tym, że nawet przeciwko takim zespołom umiemy zagrać, a nie tylko się bronimy.

Dużo do reprezentacji wniósł selekcjoner Miłosz Stępiński?

Bardzo dużo. Przywrócił do kadry starsze zawodniczki. Wniósł powiew świeżości, pomysł, nowe ustawienie. Widzi w nas potencjał, nie przypisuje nas do jednej pozycji. Ja gram nie tylko w ataku, ale też czasem w środku pola. Poprzedni trenerzy kurczowo trzymali się jednej pozycji. A mamy w reprezentacji uniwersalne piłkarki. Zmieniło się wiele na lepsze i myślę, że to widać po jakości naszej gry.

Przywrócił do kadry m.in. Ciebie. Miałaś dwa lata przerwy od gry w biało-czerwonych barwach.

Było mi trochę smutno. Odsunięto mnie od reprezentacji przez kontuzję, która mi się przytrafiła w czasie zgrupowania. Zerwałam wszystkie więzadła w stawie skokowym i to była jedyna moja kontuzja, nie licząc złamania nosa. Męczyłam się z tym z dziewięć miesięcy. Później zostałam po prostu zapomniana. To był dla mnie bardzo trudny okres. Lekarze w Niemczech nie wiedzieli, czy powinni mnie operować. Ostatecznie obyło się bez zabiegu, co jednak nie okazało się do końca dobre. Cloppenburg grał wtedy w Bundeslidze, przez co ominęło mnie mnóstwo meczów z fajnymi drużynami. Masz kontuzję, nie grasz, kończy ci się kontrakt i co dalej? I właśnie w tym momencie klub wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Trenerka wstawiła się za mną u prezesa. Powiedziała mu „dam sobie uciąć rękę, że Aga wróci do nas jeszcze lepsza”.

Miała rację.

Tak, ale trochę to trwało. Prezes nie był przekonany, ale się zgodził. Czułam wtedy na sobie presję. Zbliżał się okres przygotowawczy przed nowym sezonem, a ja dalej nie byłam sprawna. Próbowałam wejść w trening na siłę. Po pięciu miesiącach od doznania kontuzji poszłam do lekarza, a on do mnie „tu się jeszcze nic nie zrosło, może operacja”. Dlaczego nie zrobili mi jej od razu? We wrześniu zmieniłam lekarza. Powiedział to samo. Czas mijał, jakoś to się pozrastało na tyle, że mogłam wrócić do treningu. Co rano jednak musiałam najpierw rozruszać nogę, żeby móc jakoś funkcjonować. Wszyscy się dziwili „Aga, jak ty tak wytrzymujesz”. Do bólu człowiek się przyzwyczaja. Po rozgrzewce już jednak go nie czułam. Po jakimś czasie całkiem przestało. I - wracając do tematu kadry - zaczęłam normalnie grać, a nikt nawet do mnie nie zadzwonił. Myślałam, że to rozdział zamknięty. Jeszcze pojawiły się plotki, że sama zrezygnowałam z gry w reprezentacji.

Pamiętasz pierwszy telefon od trenera Stępińskiego?

Oczywiście, że tak! Byłam wtedy w pracy. Nie spodziewałam się tego telefonu, bo pomyślałam, że skąd on mnie może znać. Nie grałam ostatnio w kadrze, a on przecież jest ze świata męskiej piłki. Ale wcześniej zadzwoniła do mnie Kasia Kiedrzynek i powiedziała „Winia, zadzwonił do mnie! Jakby ci się wyświetlał taki numer, to odbieraj!” Czekam więc dzień, drugi. Po czym patrzę, a tu coś wibruje na półce. W pracy w laboratorium nie mogę odbierać telefonów, ale zobaczyłam, że to właśnie ten numer! Wybiegłam na zewnątrz, żeby odebrać. Trener zapytał, czy przyjmę zaproszenie na zgrupowanie. Od razu zadzwoniłam do rodziców i do klubu. Fajne uczucie. Nawet teraz w klubie mówią, że widać u mnie taką radość, świeżość, kiedy wracam ze zgrupowań. Ostatnio po powrocie strzeliłam dwa gole, a koleżanka z drużyny po meczu powiedziała do mnie „widać, że wróciłaś z kadry”. Z kolei trenerka rywalek wypowiedziała się tak: „no my nie mamy niestety z przodu takiej Winczo”.

Rozmowa i zdjęcia: Paula Duda

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności