Aktualności

[WYWIAD] Łukasz Fabiański: Każdego w tej lidze można „walnąć”

Reprezentacja13.02.2018 
W minioną sobotę po raz ósmy w tym sezonie zachował w bramce Swansea czyste konto. Jego zespół pokonał Burnley, podtrzymując tym samym imponującą serię meczów bez porażki. Co więcej, od ostatnich dni grudnia „Łabędzie” zdobyły w Premier League więcej punktów niż przez poprzednie… 4,5 miesiąca. – Nowy trener zostawił nam więcej wolności w grze do przodu. Nie blokuje nikogo z nas – podkreśla Łukasz Fabiański, opowiadając nam o przyczynach tak wielkiej metamorfozy jego drużyny. W rozmowie nie brakuje też nawiązań do zbliżających się wielkimi krokami wiosennych meczów reprezentacji Polski.

Gdy między świętami a Nowym Rokiem zespół Swansea przejmował Carlos Carvahal, chyba nawet najbardziej niepoprawni optymiści nie wierzyli, że odmiana nadejdzie tak szybko i będzie aż tak spektakularna. W Anglii jesteście niepokonani od dziewięciu spotkań, w tym od pięciu na szczeblu Premier League.
Zmiana trenera była naprawdę dużym impulsem. Choć od razu podkreślę raz jeszcze coś, co już mówiłem wielokrotnie – nasz poprzedni szkoleniowiec, Paul Clement, wykonywał przez cały 2017 rok naprawdę dobrą robotę. Doszło jednak do momentu, gdy – jako drużynie – czegoś nam wyraźnie brakowało.

W takich sytuacjach często słyszymy: „formuła się wyczerpała”.
Czuło się w szatni coś takiego. Niejednokrotnie, tuż przed meczami, nie było w zespole przekonania, że damy radę. Sędzia gwizdał po raz pierwszy, a nasze podejście zupełnie się nie zmieniało. Obraz gry był smutny, jednostajny – nie było w nas walki, czasami nawet brakowało charakteru.

Trener Carvahal na początku pracy z wami skoncentrował się właśnie na sferze mentalnej?
Myślę, że tak. On generalnie jest bardzo pozytywnym człowiekiem, nie raz bardzo zabawnym w swoich wypowiedziach. Ma w sobie mnóstwo energii, jest taki „do przodu” we wszystkich aspektach – w taktyce, w treningu, w przygotowaniu do meczu, w analizie rywala. Podchodzi oczywiście do przeciwników z respektem, ale jednocześnie kreuje w nas poczucie, że tak naprawdę każdego w tej lidze można „walnąć”.



Czyli w końcu wychodzicie na boisku z przeświadczeniem, że może się udać?
Mówi nam: „Panowie, spróbujmy, wprowadźmy takie rozwiązanie, to naprawdę może wystarczyć. I będzie dobrze”. Moim zdaniem jego wielkim plusem jest to, że bardzo dużo widzi podczas meczu i potrafi odpowiednio zareagować. Obserwuje, co się dzieje, dostrzega zarówno słabsze momenty naszego zespołu, jak i takie zachowania rywala, które my możemy wykorzystać. Kilka wskazówek w przerwie meczu i druga połowa nie raz wygląda zupełnie inaczej. Ma naprawdę bardzo dobre oko, potrafi szybko analizować. A i w nas piłkarzach pojawiło się przekonanie, że – odkąd nas przejął – omawiane z nim kwestie taktyczne faktycznie mają później odzwierciedlenie na boisku. I że dzięki temu jesteśmy w stanie jedną czy drugą okoliczność wykorzystać. To naprawdę duży plus.

Od razu uwierzyliście w jego pomysł? Czasem zdarza się tak, że mocno ekspresyjna osobowość może – przynajmniej na początku – wzbudzać w szatni pewne wątpliwości.
Reakcje są różne. Myślę, że chłopakom u trenera Carvahala od pierwszych spotkań spodobała się jedna rzecz. Paul Clement był taktycznie bardzo zachowawczy – graliśmy jakby z zaciągniętym hamulcem, na zasadzie: hola hola, spokojnie, trzymamy zero z tyłu, a w ofensywie zobaczymy – jak się coś uda, to dobrze, a jak nie, to nie ma tragedii. Carvahal dał drużynie dużo więcej swobody. Sam mam w głowie to, co wpajano mi w Polsce, co mówili inni trenerzy tu w Anglii – zawsze było tak, że jeśli jeden boczny obrońca włącza się do akcji ofensywnej, drugi musi zostać i asekurować. A u niego? Gdzie tam. Troszkę na zasadzie: a niech lecą we dwóch do przodu i niech się dzieje wola nieba.

Czyli po prostu spuścił zespół ze smyczy, budząc dzięki temu kreatywność?
Nie blokuje nikogo z nas. W głowach chłopaków nie ma myślenia: „A co jak się zapomnę i zapędzę do przodu?”. Nowy trener zostawił nam więcej wolności w grze do przodu. Trzech środkowych obrońców – bo u niego zwykle gramy trójką z tyłu – ma grać odpowiedzialnie. A boczni? Mogą sobie hasać w te i we wte. I to robi różnicę.

W sobotnim meczu z Burnley mało jednak obserwowaliśmy tego hasania. Spotkanie, aż do 81. minuty i zdobytej przez was bramki, było bardzo zamknięte.
Burnley to naprawdę trudny rywal. Poukładany zespół, pracujący na placu gry bardzo ciężko, tracący mało bramek. Ich sposób gry jest prosty, ale przyniósł im w tym sezonie naprawdę dużo korzyści. Raz jeszcze podkreślam pracę, jaką wykonują na całym boisku – w sobotę było to bardzo widoczne. Poza golem, który też nie był wynikiem jakiejś wykreowanej czystej okazji, nie stworzyliśmy przecież pod ich bramką praktycznie żadnego zagrożenia. Długo w tym meczu śmierdziało bezbramkowym remisem.

A był taki moment, gdy pomyślałeś, że 0:0 w konfrontacji z – jak by nie patrzeć – siódmą drużyną w tabeli, nie będzie w sumie takie złe?
Nie, tak się nigdy nie myśli. Tym bardziej patrząc na to, jak prezentowaliśmy się w meczach u siebie w pierwszej części sezonu. Cieniowaliśmy. Do momentu, gdy przyszedł nowy trener, zdobywaliśmy na własnym terenie bardzo mało punktów. Dlatego teraz takie mecze, jak z Burnley – z całym szacunkiem dla tego zespołu i ich obecnej pozycji w tabeli – po prostu trzeba wygrywać. A już tym bardziej w naszej sytuacji te trzy punkty są bardzo, bardzo ważne. Co warto podkreślić, ostatnio graliśmy głównie z zespołami z górnej połówki tabeli i nie przegrywaliśmy tych meczów. To duży pozytyw.

A jak sobotnie spotkanie wyglądało z twojej perspektywy? Pewna interwencja przy strzale Gudmundssona, sporo wyłapanych dośrodkowań, kilka niecelnych uderzeń rywali…
Taki mecz, w którym głównym zadaniem bramkarza pozostaje trzymanie koncentracji. To się udało.

Na to twoje opanowanie zwróciłem uwagę w 70. minucie, kiedy w polu bramkowym zostałeś ostro potraktowany przez dwóch rywali. Sędzia Andre Marriner, jak to w Anglii, nie zareagował.
Człowiek jest już na coś takiego przygotowany. W tłoku, gdy nie masz szans na złapanie piłki, najważniejsze jest dla ciebie to, by zbić ją w boczny sektor pola karnego. A że rywale na mnie wpadli? Sędziowie tutaj mają to gdzieś (śmiech). Nie byłem zaskoczony, że nie zagwizdał. Stykowa sytuacja. Ja miałem prawo iść do piłki, rywale też mieli do tego prawo. Byłem szybszy, rywal na mnie wpadł, no i tyle. Nic wielkiego się nie zdarzyło.


Zwycięską bramkę zdobył dla was Ki Sung-yueng – kapitan reprezentacji Korei Południowej, z którą w marcu mierzymy się na Stadionie Śląskim. Rozmawialiście już o tym?
Tak. Najwięcej pytał o loty – jak to zorganizować, skąd i dokąd lecieć, by po spotkaniu najszybciej wrócić do Walii. Interesował się też, czy będzie zimno, czy stadion fajny… Mówię: No fajny, historyczny, duży, pewnie będzie „full”, wszystkie bilety się wyprzedadzą. Dla Koreańczyków to też ciekawa konfrontacja i dobre przetarcie przed mundialem. Rozmawialiśmy też z Ki m.in. na temat samych mistrzostw – podejścia ich sztabu szkoleniowego, harmonogramu przygotowań…

I jak to u nich wygląda? Podobnie jak u nas?
Troszkę inaczej. Nie mają zaplanowanego zgrupowania regeneracyjnego, takiego jak nasze w Juracie. Chcą się zebrać praktycznie od razu po sezonie, tydzień wcześniej niż my, i od razu rozpocząć mocne, typowo sportowe przygotowania do turnieju. Ale taka jest ich kultura – praca, praca, praca. Niemal bez przerwy.



Nie inaczej jest pewnie u naszych grupowych rywali, Japończyków.
Ki nie miał wątpliwości: Japonia to najlepsza drużyna w Azji. Jego zdaniem są obecnie zdecydowanie lepsi od Korei Południowej. Podkreślał atuty Japończyków – piłkarsko mocni, poukładani taktycznie, zgrani, ale posiadający też w zespole kilka ciekawych indywidualności. No i najważniejsze: ciężko, naprawdę ciężko pracują na boisku. Ostrzegał, że trafił nam się w grupie bardzo trudny przeciwnik.

Zanim obaj rozjedziecie się na marcowe mecze reprezentacji, zagracie jeszcze trzy mecze w Premier League. Rywalami – kolejno – Brighton, West Ham i Huddersfield. Z jaką przewagą nad strefą spadkową chcesz przyjeżdżać do Polski na zgrupowanie? Dziś to nadal tylko jeden punkt.
Patrząc na ten terminarz myślę, że trzeba grać o „maksa”. Gramy z przeciwnikami, którzy zdecydowanie są w naszym zasięgu i każdy z tych meczów jest dla nas realną szansą na trzy punkty. Wszystkim w klubie zależy na tym, by jak najszybciej uspokoić naszą sytuację w tabeli – zwiększyć dystans nad ostatnią trójką i złapać trochę psychicznego komfortu, oddechu. To jest na tym etapie główny cel.

Rozmawiał w Swansea Filip Adamus

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu Regulamin portalu 25.05.2018 Regulamin sklepu Regulamin sklepu (2014) Polityka prywatności
Wzór odstąpienia od umowy sprzedaży