Aktualności

[50 historii] Leszek Zawadzki – przez Lecha Poznań i Grecję do fotela wójta Jasionówki

PIŁKA DLA WSZYSTKICH15.05.2020 
W ekstraklasie w barwach Lecha Poznań rozegrał 87 meczów i strzelił siedem goli, występował też w młodzieżowej reprezentacji Polski. Z powodu kontuzji głowy jego kariera gwałtownie wyhamowała. Ale Leszek Zawadzki jest dziś człowiekiem spełnionym. Poznajcie jego historię.

Jak z Wasilkowa trafia się do jednej szatni z Piotrem Reissem, Mirosławem Trzeciakiem i Pawłem Wojtalą? Jak przebyć drogę z boiska za biurko? Jak łączyć sprawne zarządzanie gminą z prowadzeniem klubu w IV lidze, grą w innym w okręgówce, pracą na roli i byciem głową rodziny z wymagającym szczególnej opieki dzieckiem? Odpowiedzi na te pytania zna chyba tylko Leszek Zawadzki, który mimo 44 lat na karku podkreśla, że ostatniego meczu w przygodzie z piłką jeszcze nie rozegrał.

 

Skoro założycielem klubu i jednym z piłkarzy Jasionu jest dzisiejszy wójt gminy Jasionówka, piłkarze muszą tu mieć jak u pana Boga za piecem.

Na miarę możliwości. Gmina dysponuje określonymi środkami i pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Co trzeba, to jest. Myślę, że chłopcy nie mogą narzekać. W tym, a właściwie już minionym sezonie nie zagrałem ani minuty, ale byłem zgłoszony do rozgrywek. W nowym sezonie spróbuję dograć kilka meczów. Cały czas można mnie nazywać czynnym zawodnikiem. Przez dwa ostatnie sezony, do czerwca 2019 roku byłem trenerem Warmii Grajewo. Dwa razy zajęliśmy drugie miejsce w IV lidze, graliśmy też w finale Regionalnego Pucharu Polski.


Warmia Grajewo w 2018 roku. Leszek Zawadzki trzeci od prawej w górnym rzędzie.

Jasion wrócił na piłkarską mapę Polski w 2010 roku po wielu latach przerwy. Czy był pan siłą sprawczą reaktywacji, a właściwie powstania klubu na nowo?

Tradycje są tu ponad 60-letnie. Jestem z Wasilkowa, 40 kilometrów od tej gminy, ale mam korzenie w okolicy, bo moja mama pochodzi z gminy Krypno, też w powiecie monieckim. Gdy trafiłem do gminy Jasionówka, z której pochodzi moja żona, zobaczyłem, że jest tu kawałek jakiegoś boiska. Oczywiście zainteresowałem się. Zaszedłem do pani wójt zapytać, czy mogę stworzyć tu drużynę. Odpowiedziała, że jak najbardziej, bardzo chętnie i że nawet może mnie zatrudnić w Gminnym Ośrodku Kultury, Sportu i Turystyki, żebym zajmował się sportem. I tak to powstało, takie były początki reaktywacji Jasionu. Założyliśmy drużynę poprzez stowarzyszenie i od 2010 roku gramy w lidze. Najpierw trzy lata w B-Klasie, potem sezon w A-Klasie, potem pięć lat w klasie okręgowej. W 2019 roku spadliśmy, ale teraz znów udało się awansować. Piłkarzem Jasionu jestem od 2013 roku. Gdy klub już istniał, grałem jeszcze w Promieniu Mońki.


Na boisku przed meczem Jasionu.

Jakie możliwości ma piłka w Jasionówce?

Luksusów nie ma. Dysponujemy jednym pełnowymiarowym boiskiem trawiastym. Możliwości są skromne, Jasionówka to mała, wiejska gmina. Ostatnie dwa lata były słabsze sportowo, wielu zawodników odeszło, wyjechało do pracy. Niemal wszyscy nasi zawodnicy to wychowankowie. Zeskakują z traktorów, wybiegają z gospodarstw i jadą na trening. Jasion był sławny z tego, że bardzo dużo ludzi uczestniczyło w treningach. Potem mieliśmy bardzo przykre zdarzenie. Grało u nas trzech braci Jaromińskich. Niestety, dwa lata temu jeden z nich zginął w wypadku, a drugi został w nim ranny. Wtedy wszystko trochę oklapło. Zastanawialiśmy się nawet, czy w ogóle ruszymy. Jakoś się jednak pozbieraliśmy. Dziewięć lat drużynę prowadził trener Piotr Pawłowski. To rzadkość pracować tyle czasu w jednym miejscu. Przed sezonem 2019/20 zmieniliśmy szkoleniowca. Trochę nam się to zaczyna odradzać. Jest efekt nowej miotły, napływ świeżej krwi, chłopcy znów zaczęli trenować, jest też dużo młodzieży.


Jasion cieszy się gola strzelonego Hetmanowi w Tykocinie. 2013 rok.

Wywalczyliście prawo gry w okręgówce w przyszłym sezonie. Skorzystacie?

To jest sport. Uważam, że jeśli się awansowało, to trzeba zrobić wszystko, żeby piłkarze, którzy ten awans wywalczyli, mieli możliwość sprawdzenia się w wyższej lidze. Byłoby nie po sportowemu, powiedzieć im teraz: „Słuchajcie, grajcie w A-Klasie, bo nas nie stać”.

Jaką drużyną jest Jasion?

Na pewno waleczną, zawsze dużo biegającą, składającą się w większości z wychowanków. Nie byli uczeni podstaw, brakuje wyszkolenia technicznego, które nadrabiają ambicją. Aczkolwiek gdy grałem i byłem trenerem Promienia Mońki w IV lidze, wziąłem od nas dwóch zawodników i też tam grali. Starałem się ich promować, pomagać im, żeby zagrali troszkę wyżej. Teraz już wrócili, ale przez kilka lat radzili sobie bardzo dobrze, jeden był nawet najlepszym strzelcem Promienia. Nie ukrywam, miałem z tego satysfakcję.


Jasion Jasionówka w 2014 roku. Leszek Zawadzki na środku w górnym rzędzie.

Jak 25 lat temu z podlaskiej prowincji trafił pan do Lecha Poznań?

Kiedyś w Poznaniu kolega z drużyny Marcin Drajer za mnie odpowiedział na to pytanie. Mówił: „To nie wiecie, jak on tu trafił? Trener Franiak (Zbigniew, ówczesny szkoleniowiec „Kolejorza” – przyp. red.) jechał na Białoruś, zobaczył, że jeden silny chłopak ciągnie furmankę z węglem i dawaj go do Lecha, silnych potrzebujemy”. A poważnie, to jako 17-latek grałem już w Wasilkowie w III lidze, wtedy to był trzeci poziom rozgrywek. Wypatrzono mnie, dostałem zaproszenie na testy. Pojechałem, spędziłem trzy dni i powiedziano mi, że się spodobałem. Podpisałem kontrakt.


KS Wasilków, pierwszy klub Leszka Zawadzkiego (stoi czwarty od prawej).

Duży przeskok. Zaczął pan grać w piłkę zawodowo.

To było moje marzenie od dziecka: został piłkarzem, grać w najwyższej lidze w Polsce i w reprezentacji Polski. Udało mi się to zrobić w młodzieżówce u trenera Edwarda Lorensa, więc też je zrealizowałem. Już w dzieciństwie chciałem w przyszłości zostać trenerem. Zawsze wierzyłem, że tak będzie i tak było. Wójtem nigdy nie marzyłem być. Samo wyszło.


Debiut w młodzieżowej reprezentacji Polski – mecz z Anglią w Wolverhampton. Z przodu Sławomir Paluch.

W szatni Lecha żartowano z pana pochodzenia?

Pewnie. Na początku wyśmiewano się z tego mojego zaciągania, śledzikowania. Przedrzeźniano mnie, pytano, jak tam w Polsce C. Ale w pozytywnym tonie, nie dokuczano mi. Atmosfera była wtedy bardzo dobra.

Kto grał w tej szatni pierwsze skrzypce?

Piotrek Reiss, Paweł Wojtala, Mirek Trzeciak, Jacek Dembiński i wielu innych. Cała śmietanka. Było od kogo się uczyć.


Leszek Zawadzki w koszulce Lecha Poznań.

Jak pan się w tym gronie odnalazł? Próbował pan przebojem wedrzeć się w łaski liderów czy raczej siedział cicho z boku?

Była hierarchia. Nowi korzystali z szatni na górze. Dopiero gdy się awansowało do podstawowej jedenastki, szykowano miejsce w szatni głównej. Każdy przechodził taką drogę, chyba że do zespołu trafiała gwiazda.

Ma pan ponad 190 centymetrów wzrostu. Pewnie dzięki posturze miał pan w szatni łatwiej. Nie było chętnych, by wejść w drogę chłopu na schwał, co ciągnie furmankę z węglem.

Mam spokojny charakter. Musi mi ktoś naprawdę zajść za skórę, żeby coś się stało. Nie było problemów. Szanowaliśmy się, z niektórymi piłkarzami Lecha z tamtych czasów mam kontakt do dziś. Wszystkich wspominam bardzo dobrze.


Z Pawłem Wojtalą, dziś prezesem Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej, na obchodach 90-lecia Podlaskiego Związku Piłki Nożnej w 2019 roku.

Wiosną 1998 roku, w wieku 22 lat, w 14 meczach w I lidze, czyli obecnej ekstraklasie, strzelił pan sześć goli.

Przestawili mnie na prawą pomoc i strzelałem te gole. Przyjemnie się grało.


Pierwszy gol strzelony przez Leszka Zawadzkiego w I lidze.

Nie zawsze jednak w Lechu układało się różowo. Po sezonie 1999/2000, w którym rozegrał pan tylko 12 meczów, spadliście do II ligi.

Dla Lecha ten spadek okazał się zbawienny. Wypaliło się stare. Klub odbił się od dna, odbudował się. Zaczęła się nowa jakość, za chwilę powstał nowy stadion. Wcześniej na mecze przychodziło trzy, cztery, może pięć tysięcy kibiców, poza Legią oczywiście, na której zawsze był komplet. Jeszcze krótko przed spadkiem coś ruszyło. W II lidze drużyna grała świetnie, kibice wrócili na stadion i tak już zostało. Żaden klub nie powinien panicznie bać się spadku. Czasami tak wychodzi i trzeba się odbudować.

Dla pana też to był trudny czas. Leczył pan bardzo poważny uraz głowy i nie było chętnych z I ligi, żeby pana zatrudnić.

Ale też ożeniłem się i raczej szukałem stabilizacji niż przygód.

Na najwyższym szczeblu w Polsce już pan nie zagrał. Pana dorobek w I lidze to 87 występów i siedem goli. Jest pan z niego zadowolony?

Można było więcej. Ta kontuzja mnie zatrzymała. Byłem w życiowej formie. Mogłem biegać, walczyć, miałem warunki fizyczne. Nagle musiałem wyhamować.


W czasach gry w Lechu Poznań.

Z Lecha odszedł pan w przerwie między rundami w sezonie 2002/03.

W Poznaniu nie było już dla mnie miejsca. Na szybko znalazł się Stomil Olsztyn. II liga, po spadku z I. Chciałem się odbudować. Klub leciał jednak na łeb, na szyję. Spędziłem tam tylko pół roku, po czym odszedłem do Mazura Ełk, do IV ligi, jako grający trener.

Był pan w sile piłkarskiego wieku. Miał pan 27 lat.

Próbowałem się odbudować po tej kontuzji. W Ełku były plany powstania potężnego klubu, które – mówiąc delikatnie – spełzły na niczym.

Stamtąd po dwóch latach trafił pan do Grecji, do III ligi.

Zadzwonił menedżer, zaprosił na testy. Po dwóch dniach podpisaliśmy umowę. W pierwszym sezonie jako defensywny pomocnik strzeliłem siedem goli. Po nim miałem bardzo dużo propozycji, także z II ligi. Zmieniłem jednak klub na tym samym poziomie, podobnie zresztą jak rok później. Spędziłem w III lidze greckiej trzy lata. Ktoś powie, że tylko w III, ale to była bardzo ciekawa liga, i finansowo, i sportowo. Oprócz tego wiodłem bardzo przyjemne życie. Mieszkałem nad samym morzem, z balkonu prawie go dotykałem. Byłem tam z żoną i wówczas dwójką dzieci. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Samą Grecję, Greków i kolegów, z którymi grałem. Z częścią wciąż się kontaktujemy.


Z córkami w czasach występów w Grecji.

Wraca pan do Grecji na wakacje?

Jeszcze nie byliśmy. Mówimy z żoną, że pojedziemy jak tylko dzieci podrosną. Tylko że jak jedno podrasta, to pojawia się następne. Mamy czworo.

Z Grecji wrócił pan na Podlasie. Poznań nie kusił?

Nie. Żeby gdzieś osiąść, trzeba tam coś robić. Tu były możliwości. Mogłem w Grecji zostać dłużej, ale żona powiedziała do mnie w ten sposób: „Słuchaj, kochanie. Ja za tobą jeździłam tyle lat, teraz chcę, żebyś ty się trochę poświęcił. Chcę popracować”. Żona jest pielęgniarką, taką z krwi i kości, z powołania. Musiałem wszystko przemyśleć i poszedłem za rodziną. Absolutnie nie żałuję.

Co pan robił zanim został wójtem?

Byłem piłkarzem i trenerem w Promieniu oraz pracowałem w Gminnym Ośrodku Kultury, Sportu i Turystyki w Jasionówce. Doprowadzałem do porządku boisko i budowałem klub. Dziś z moim teściem, który jest rolnikiem, śmiejemy się, jak czasem siądziemy przy butelce, z naszych rozmów w tamtych czasach. Gdy powiedziałem, że chcę założyć drużynę, teść odparł: „A pies z kulawą nogą będzie ci na ten trening chodził!”. Po jakimś czasie z kolei ja mówię do teścia: „Wiesz, ile kulawych psów było dzisiaj na treningu? 80!”. Mieliśmy wtedy dwie drużyny młodzieżowe, do tego seniorzy. Było bardzo duże zainteresowanie. Boom na piłkę nożną, wszyscy w Jasionówce chcieli grać. Niestety, z czasem dzieci jest coraz mniej, wioski się wyludniają. W ostatnim półroczu nie mieliśmy już żadnej drużyny młodzieżowej. Jest u nas jedna szkoła, w klasie mamy średnio po 20 dzieci, z czego 10 chłopaków. Trudno, żeby oni wszyscy grali w piłkę. Ciężko posklejać roczniki.

Jak pan budował swoją pozycję społeczno-polityczną w Jasionówce?

Zacząłem pracować w gminnej instytucji. Obserwowałem, co się dzieje. Miałem dobry kontakt z młodzieżą. Myślę, że byłem szanowanym chłopakiem z zewnątrz, który przyszedł, angażował się i coś zrobił. Potem przyszło mi do głowy i do serca, że może bym się sprawdził w roli przywódcy czy lidera.


Podczas służbowych obowiązków w roli wójta gminy Jasionówka z kierownikiem USC Dorotą Kucharską.

Wystartował pan w wyborach w 2014 roku i je wygrał.

Ludzie mi zaufali, widocznie chcieli zmian. Kogoś innego, kogoś z zewnątrz. Było to zaufanie na kredyt, bo krótko mnie znali, nie wiedzieli do końca, czego się spodziewać. Chyba jednak ten kredyt spłaciłem, bo w 2018 roku miałem w trzech konkurentów, ale zostałem wybrany w pierwszej turze. To ogromna satysfakcja, ale i zobowiązanie. Praca z ludźmi i dla ludzi nie jest łatwa, a nawet bardzo trudna. Jednemu się pomoże, to w tym czasie drugi uzna, że odwróciłeś się do niego plecami. Tu zrobiona droga, a u nas niezrobiona i jesteśmy źli na wójta.


Wójt Leszek Zawadzki otwiera jedną z gminnych inwestycji.

Piłkarskie doświadczenia panu pomagają?

Zdecydowanie. Dlatego zachęcam młodych ludzi do uprawiania sportu. Żeby pracowali nad sobą. Systematyczne ćwiczenia, codzienne pójście na trening mimo braku chęci – to się potem w życiu przydaje. Po grze przy kilkunastu tysiącach kibiców na trybunach człowiek sobie inaczej radzi ze stresem, a dzięki funkcjonowaniu w drużynie łatwiej mu pracować w zespole. Praca w gminie nie polega na tym, że wójt sam o wszystkim decyduje. Wiele rzeczy trzeba konsultować, poukładać, podporządkować się. Sport jest wspaniałą szkołą życia.

Całe życie był pan typem lidera?

Rozwinęło się to we mnie z czasem. Zawsze byłem skrytym, spokojnym, małomównym człowiekiem. Do tej pory takim jestem, ale też przez to wójtowanie skóra trochę się zmieniła. Już nie jestem takim wrażliwym, czułym chłopakiem, jakim byłem. Bardziej praktycznie podchodzę do pewnych spraw. Życie do tego zmusza. Szczególnie to polityczne, choć to może za duże słowo. Chodzi o pracę z ludźmi.

Co z doświadczeń z działalności społeczno-politycznej może pan przełożyć na aktywność w sporcie? Wciąż jest pan częścią tego środowiska.

To wszystko jest ze sobą powiązane. Wiem, o co chodzi w sporcie z każdej strony. Zawodnicy, trenerzy, działacze, kibice, wójt – wszyscy powinni grać do jednej bramki. Jak w rodzinie.

Czym się trudniej zarządza – gminą z budżetem liczonym w milionach złotych, czy drużyną, którą tworzy 20 piłkarzy i każdy uważa, że jest najlepszy i powinien grać?

Jest wspólny mianownik. W urzędzie też każdy pracownik chce być doceniony, a każdy mieszkaniec gminy jest według siebie najważniejszy i jego sprawa powinna mieć priorytet. Od załatania dziury po wyasfaltowanie całej drogi. Jest więc jak w drużynie – pracuję dla ogółu, ale trzeba zaspokajać indywidualne potrzeby. Zawodnicy trenują, biegają, walczą dla kibiców. Są ich pracownikami. Urzędnicy są z kolei pracownikami mieszkańców i muszą się dla nich starać.


Bieg Niepodległości, 2018 rok.

Od pół roku nie pracuje pan jako trener. Czeka pan na telefony od klubów?

Na razie nie. W czerwcu odszedłem z Warmii, pracowałem tam dwa lata. Po pracy w urzędzie, o godzinie 15.30 trzeba było jechał do Grajewa, czyli 60 kilometrów w jedną stronę. Wracało się do domu o 21. Rola wójta wymaga, żeby zostać po godzinach, czas pracy jest nienormowany, zdarzają się różne sytuacje. Teraz muszę wyluzować. Trzeba też pamiętać o rodzinie. Jak wspomniałem, mamy czwórkę dzieci. Najmłodsze, 3,5-letni syn Adaś, ma Zespół Downa. Musimy poświęcić z żoną sporo czasu na wychowywanie tego łobuza. Pozostałe dzieci też chcą czuć, że mają ojca. W dodatku mamy w dzierżawie gospodarstwo rolne.

Zdarza się panu wsiąść na ciągnik?

Koszenie zboża, sianowanie, żniwa. Pracujemy. Nauczyłem się obsługiwać kombajn, zdobyłem uprawnienia, mam prawo jazdy na ciągnik. Na wiosce trzeba umieć prawie wszystko.

Gmina, rodzina, gospodarstwo. Czasu na sport faktycznie coraz mniej.

Kiedyś pytałem byłego zawodnika i trenera Jagiellonii, a przede wszystkim mojego przyjaciela i sportowego guru Lucjana Trudnosa: „Lucek, kiedy się przestaje grać w piłkę? Kiedy wiadomo, że to koniec?”. Odpowiedział: „Zobaczysz, to przyjdzie samo z siebie. Jak już nie będzie ci to sprawiać przyjemności, to znaczy, że już jest blisko”. I coś takiego już zauważam. Strzelanie goli wciąż cieszy, ale już nie tak jak kiedyś. Na boisku można było spędzać pół dnia. Teraz to już bardziej rutyna. Daje też o sobie znać różnica pokoleniowa, także w szatni. Czasami pytam przeciwnika: „Który rocznik jesteś?”, a on mówi, że 2000. Ponad 20 lat mniej. Ale łatwo przegonić się nie daję.

Planuje pan oficjalne pożegnanie z boiskiem?

Nie myślałem o tym. To chyba dla takich, którzy naprawdę porobili kariery. Lewandowski, Błaszczykowski. Nie dla tych, co mieli przygody piłkarskie, jak ja czy większość chłopaków, którzy grają.

Co uznaje pan za największy sukces w roli wójta?

Gdy obejmowałem gminę w 2014 roku, była w planie naprawczym, nie miała płynności finansowej. Na dziś sytuacja wygląda tak, że udało się to wyprostować i robimy dość duże inwestycje. Wyszliśmy na prostą.

A w roli sportowca?

Występy w najwyższej lidze i reprezentacji Polski. Za sukces uznaję też grę zagranicą, mimo że była to tylko III liga grecka. Życzę każdemu kandydatowi na piłkarza, żeby przeszedł taką drogę, bo była bardzo ciekawa. No i ukształtowała mnie jako człowieka, męża, ojca, wójta, społecznika. Ponad wszystkim jednak największym sukcesem jest rodzina.


Rodzina Zawadzkich w komplecie.

Szymon Tomasik

Bohaterami cyklu „50 historii” byli wcześniej:

Jacek Paszulewicz – tekst POD TYM LINKIEM
Kamil Walczak – tekst POD TYM LINKIEM
Jerzy Rejdych – tekst POD TYM LINKIEM
Mateusz Cieśliński – tekst POD TYM LINKIEM

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności