8 kwietnia 1950

Krzysztof Jaśniok,

/ FOT. PAP

Gdyby w historii polskiego futbolu nie było takiego piłkarza, trzeba by go wymyślić. Szybki jak wiatr, niesamowicie pracowity, diabelnie skuteczny pod bramką rywali, a do tego potrafiący poderwać zespół do walki w najtrudniejszych momentach. Na szczęście był i to jemu biało-czerwoni zawdzięczają swoje największe sukcesy. 8 kwietnia urodziny obchodził Grzegorz Lato. W tym roku stuknęło mu siedem dych!

Całą jego piłkarską filozofię streszcza wywiad, jakiego udzielił zaraz po mistrzostwach światach w RFN, podczas których jako pierwszy Polak zdobył miano króla strzelców mundialu. Zagraniczni dziennikarze zasypali go gradem pytań.

– Czy spodziewał się pan tego tytułu?

– Oczywiście nie. Zresztą wcale nie nastawiałem się na jakieś strzeleckie popisy. Moje bramki to przede wszystkim zasługa kolegów, całego zespołu.

– Który z bramkarzy był dla pana najtrudniejszą przeszkodą?

– Zdecydowanie dwóch: Szwed Hellström i Jugosłowianin Marić.

– Z olbrzymią łatwością potrafił pan się uwolnić spod opieki obrońców…

– Dużo biegałem, często zmieniałem pozycję. Poza tym byłem chyba od nich szybszy.

– Taki sposób gry wymaga kolosalnego wysiłku.

– Tak, teraz czuję się bardzo zmęczony. Chciałbym na trochę zapomnieć o piłce, nacieszyć się rodziną.

– Czy pragnie pan coś jeszcze poprawić w swojej grze?

– To jasne. Przecież zawsze można coś udoskonalić!

Lato miał wówczas 24 lata i tak naprawdę był dopiero u progu wielkiej kariery. A wszystko zaczęło się w niewielkim przemysłowym mieście na Podkarpaciu.

NAJWIERNIEJSZY KIBIC

Na świat przyszedł w Malborku, ale jego rodzice szybko przenieśli się do Mielca. Ojciec dostał tam pracę w zakładach lotniczych. Zmarł jednak, gdy przyszły piłkarz chodził jeszcze do podstawówki. To więc mama zaprowadziła go na pierwszy trening i to ona była jego pierwszym i najwierniejszym kibicem.

Zaczął trenować z trampkarzami Stali, mając 12 lat. Specjaliści zetknęli się z jego nazwiskiem po raz pierwszy w 1968 roku. Wychowanek trenera Konrada Jędryki bardzo dobrze spisywał się w finałach mistrzostw Polski juniorów. W drugoligowym teamie Stali zadebiutował rok później. Był to debiut udany, zdobył nawet bramkę, ale na stałe miejsce w zespole musiał jednak poczekać.

Cytat pochodzi z książki „Wielki finał”, red. zbior.; Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1974
WYCHOWANEK TRENERA JĘDRYKI

Miał niespełna 20 lat, gdy przeżył kolejną osobistą tragedię, stracił matkę. Z życiowych tarapatów wydobył go futbol i klubowi działacze, którzy wyciągnęli do niego pomocną dłoń. Stal właśnie awansowała do ekstraklasy, a Lato wkrótce miał stać się jej najjaśniejszą gwiazdą. W pierwszej lidze zadebiutował jesienią 1970 roku w meczu z krakowską Wisłą. Jego zespół wygrał 5:2, a on zdobył dwa gole.

ODKRYCIE SEZONU

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Uznano go za odkrycie sezonu i najpierw zadebiutował w młodzieżówce Andrzeja Strejlaua, a później już u samego Kazimierza Górskiego, który od razu rzucił go na głęboką wodę, wystawiając w pierwszym składzie na spotkanie eliminacji Euro 1972 z RFN-em (0:0). Pojechał na igrzyska do Monachium i wrócił z nich ze złotym medalem, choć rozegrał tam tylko pół meczu – z Danią (1:1). Selekcjonera przekonał do siebie dopiero na półmetku eliminacji mistrzostw świata 1974. Strzelił gola Walijczykom (3:0), zagrał na Wembley i wreszcie jako nikomu nieznany piłkarz z niewielkiego Mielca został królem strzelców mundialu. Na niemieckich boiskach zdobył siedem bramek. Ostatnią z nich – w meczu o trzecie miejsce z samą Brazylią.

Po zakończeniu mistrzostw w zachodnioniemieckiej prasie można było przeczytać: „Niech żyje nowy król – Grzegorz Lato”. Tytuły miłe, ale nie obyło się bez nieprzyjemnego zgrzytu. Otóż na oficjalnej uroczystości zamykającej finały ich najskuteczniejszy piłkarz na próżno czekał na jakikolwiek dowód uhonorowania jego niewątpliwego osiągnięcia. Jakoś tak dziwnie się złożyło, że po raz pierwszy w historii mistrzostw „zapomniano” o królu strzelców. Owo „przeoczenie” naprawili kilkanaście dni później kibice z Mielca. Na tamtejszym stadionie przed rozpoczęciem tradycyjnego lipcowego turnieju poproszono Latę na środek murawy, gdzie włożono mu na głowę kryształową koronę z napisem: „Dla króla strzelców X Mistrzostw Świata – dar mieszkańców miasta”. Otrzymał więc zasłużone trofeum z rąk najżyczliwszych.

„Sportowe asy”, red. zbior., tekst Macieja Polkowskiego, Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1987
KORONA Z KRYSZTAŁU

SPECJALISTA OD CANARINHOS

Ludzie go uwielbiali, a on jak na zawołanie zdobywał kolejne bramki. Przyczynił się do pamiętnego zwycięstwa nad Holendrami 4:1 (wówczas wicemistrzami świata!) w eliminacjach Euro 1976. Z igrzysk w Montrealu, gdzie trafił do siatki trzy razy, wrócił z kolejnym medalem, tym razem srebrnym. Na mundial do Argentyny pojechał już jako wielka gwiazda futbolu i zagrał we wszystkich sześciu meczach od pierwszej do ostatniej minuty. Z tego turnieju jak cała drużyna wrócił na tarczy. Gra Laty ciągle jednak zachwycała. I wreszcie znowu to on strzelił gola wielkiej Brazylii.

Grę mielczanina określa się jako prostą i szybką, dynamiczną i skuteczną. Absorbuje rywali, bo każdy moment pozostawienia bez opieki szybkiego napastnika i skutecznego strzelca grozi nieobliczalnymi konsekwencjami. Stąd stałe zagrożenie, nieustanny niepokój w szeregach defensywy rywali, nieustanna troska, aby do minimum ograniczyć pole działania. Wiadomo, że w polskim zespole stanowi jedno z najsilniejszych ogniw.

Andrzej Gowarzewski, Grzegorz Stański „Wielcy piłkarze, sławne kluby”; Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1979
KAŻDY MIAŁ GO NA OKU

KRÓL STRZELCÓW I ASYST

Swoją ostatnią bramkę na mistrzostwach świata zdobył cztery lata później. Drużynie wtedy nie szło. Po bezbramkowych remisach z Włochami i Kamerunem zespół Antoniego Piechniczka znalazł się w ogniu krytyki. W meczu ostatniej szansy z Peru do przerwy znów było 0:0 i nagle stał się cud. W ciągu 22 minut biało-czerwoni wbili rywalom pięć goli, a jednego z nich – w swoim stylu, po kapitalnym samotnym rajdzie – strzelił właśnie Grzegorz Lato.

Po raz drugi wybrany został do najlepszej jedenastki imprezy, ale tym razem już jako pomocnik. Był bowiem w Hiszpanii zupełnie innym piłkarzem. Określenie „szybkobiegacz” dawno utonęło w mrokach zapomnienia. Stał się zawodnikiem wszechstronnym, wytrwanym strategiem, umiejącym właściwie oceniać sytuację na boisku. Już nie tylko wykonawcą, ale zawodnikiem, który sam potrafi kolegom stworzyć znakomite sytuacje do strzelenia bramki.

Cytat pochodzi z książki „Strzał w dziesiątkę”, red. zbior., tekst Pawła Strzeleckiego, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986
NIE TYLKO SZYBKOBIEGACZ

Najlepiej pokazał to mecz z Belgią, w którym jego współpraca ze Zbigniewem Bońkiem i resztą drużyny przyniosła imponujące zwycięstwo 3:0. Lato zaliczył kapitalną asystę przy pierwszej bramce.

LATO, JESIEŃ, WIOSNA, ZIMA

Po mundialu w Hiszpanii zagrał w reprezentacji już tylko raz – w kwietniu 1984 roku towarzysko z Belgią (0:1). Zorganizowano mu benefis, aby wyśrubował liczbę występów w koszulce z orłem na piersi do równej setki. W tych stu meczach trafił do siatki aż 45 razy. Łatwo policzyć sobie średnią. Piłkę na profesjonalnym poziomie kopał do 34. roku życia. Potem próbował sił jako trener (prowadził m.in. Stal Mielec, Olimpię Poznań i Amikę Wronki) i działacz piłkarski. W 2001 roku został wybrany do Senatu RP, a od 2008 roku przez cztery lata pełnił funkcję prezesa PZPN. To za jego kadencji Polska współorganizowała pierwszy w swojej historii turniej rangi mistrzowskiej – Euro 2012.

Czego można winszować na siedemdziesiąte urodziny człowiekowi, który osiągnął prawie wszystko? Oczywiście, przede wszystkim zdrowia. Życzymy więc, by było jak za dawnych lat: Lato, jesień, wiosna, zima – Grzegorz ciągle formę trzyma!

► ZOBACZ WYWIAD Z GRZEGORZEM LATO NA PORTALU ŁĄCZY NAS PIŁKA