27 marca 2010

Krzysztof Jaśniok,

W reprezentacji rozegrał zaledwie jedenaście spotkań, ale to wystarczyło, aby sięgnął po olimpijskie złoto i pierwszy w historii polskiego futbolu medal mistrzostw świata. Był bocznym obrońcą zupełnie nowego typu. W czasach, gdy jego koledzy z defensywy karnie trzymali się własnego pola karnego, on chętnie zapuszczał się pod bramkę rywali. A trudno go było dogonić, bo setkę pokonywał w 11 sekund. 27 marca mija dokładnie dziesięć lat od śmierci Zbigniewa Guta.

Urodził się niedaleko granicy z Niemcami, we wsi Wymiarki. Gdy miał jedenaście lat, zaczął trenować grę w piłkę w miejscowym klubie Iskra, ale z początku bardziej zapowiadał się na lekkoatletę niż futbolistę. Nie tylko szybko biegał. Już jako uczeń niższych klas bił wszystkie szkolne rekordy w skoku wzwyż, w dal czy rzucie piłką lekarską lub palantową. Nauczyciele namawiali go, by porzucił futbol na rzecz królowej sportu. On jednak postawił na swoim.

Z NAPASTNIKA OBROŃCA

Jako siedemnastolatek Gut zadebiutował w trzecioligowym Promieniu Żary i szybko stał się podstawowym zawodnikiem drużyny. Grał wówczas jako napastnik i w tej roli trafił wkrótce do opolskiej Odry. W występującym w ekstraklasie klubie konkurencja w ataku była jednak zbyt duża, więc na dwa lata wylądował w drużynie rezerw. Z tych czasów pochodzi zresztą ciekawa anegdota.

Opolski klub miał w tym czasie również sekcję lekkoatletyczną, na której trening przypadkowo trafił niedoceniany futbolista. Tak od niechcenia, bardziej dla zabawy niż udowodnienia komukolwiek czegokolwiek, skoczył w dal 7,21 m. Swym wyczynem wprawił w wielkie zdumienie znanego trenera lekkoatletyki Stanisława Olczyka. Uzyskane bez specjalistycznych treningów doskonałe wyniki także w sprintach i w rzutach sprawiały, że był wymarzonym materiałem na dziesięcioboistę. Trener Olczyk uważał go za pewnego kandydata na złotego medalistę olimpijskiego w tej najtrudniejszej z lekkoatletycznych konkurencji.

Fragment artykułu Jana Rędziocha dla Sport.pl; 30 marca 2010 r.
MATERIAŁ NA DZIESIĘCIOBOISTĘ

W rezerwach Odry został przekwalifikowany z napastnika na obrońcę. I wtedy jego kariera ruszyła jak z kopyta. Szybko wrócił do pierwszej drużyny i w sezonie 1971/72 miał w niej już pewne miejsce. Co więcej, dynamicznie grający, szybki defensor wpadł w oko Kazimierzowi Górskiemu, który nieoczekiwanie tuż przed igrzyskami w Monachium wysłał mu powołanie do reprezentacji.

SPECJALISTA OD HUCZNYCH IMPREZ

Gut to chyba jedyny na świecie piłkarz, który swój pierwszy i ostatni mecz w kadrze narodowej rozegrał na wielkim turnieju. Zadebiutował w olimpijskiej potyczce z NRD w Norymberdze (2:1), a pożegnalny występ w koszulce z orłem na piersi zanotował dwa lata później na mistrzostwach świata w RFN.

W spotkaniu z NRD wypadł dobrze, ale trzeba dodać, że znalazł się w składzie głównie dlatego, że trener Górski postanowił przetestować nowe ustawienie z piątką obrońców. W kolejnej konfrontacji, z Danią, selekcjoner wrócił do starego schematu i Gut zaczął mecz na ławce (dostał szansę dopiero od 68. minuty). Z ZSRR wyszedł na murawę w podstawowej jedenastce, ale musiał opuścić boisko w dość szczególnych okolicznościach (o tym poniżej).

REZERWOWY NA MEDAL

Z Marokiem w ogóle nie zagrał. Za to wystąpił od pierwszej minuty w wielkim olimpijskim finale. Zastąpił bowiem kontuzjowanego w konfrontacji z drużyną z Maghrebu Antoniego Szymanowskiego. Po ostatnim gwizdku znalazł się wśród dwunastu zawodników, którym dane było odebrać medal.

Po igrzyskach a przed kolejnym turniejem zagrał w reprezentacji zaledwie w pięciu meczach: czterech towarzyskich i tylko raz o punkty, na wyjeździe z Walią (0:2) w eliminacjach mistrzostw świata. Mimo to pojechał do RFN, znów w roli rezerwowego.

ZAGRAŁ, BO… MUSIAŁ

Na niemieckich boiskach pojawił się dwa razy. Najpierw pod koniec meczu z Haiti (7:0) zastąpił Adama Musiała, a potem od pierwszego gwizdka zagrał w meczu drugiej rundy ze Szwecją (1:0).

Mecz z drużyną spod znaku Trzech Koron, ostatni w jego reprezentacyjnej karierze, też pewnie zacząłby na ławce, gdyby nie pewien wyskok Musiała. Po spotkaniu z Włochami piłkarze dostali wolne do 23. Część z nich wybrała się na piwo do Murrhardt, a Musiał był w gronie piłkarzy, którzy potem się spóźnili do hotelu. Tak o tym opowiadał po latach.

Trener Górski siedział przy barku w holu, chłopaki bokiem po schodkach, a ja zamiast iść z nimi wdałem się w dyskusję, aby usprawiedliwić nasz późny powrót.

Wypowiedź pochodzi z książki Karoliny Apiecionek „Mundial 74. Dogrywka”; Wyd. Firma Księgarska Olesiejuk; Ożarów Mazowiecki 2012
O JEDNO SŁOWO ZA DUŻO

Początkowo Górski chciał, by niesforny zawodnik od razu wracał do kraju, ale dał się przekonać piłkarzom i odsunął obrońcę tylko od meczu ze Szwecją. Gut wskoczył więc na jego miejsce.

AWANTURA ZA LINIĄ BOCZNĄ

Do zmian po małych aferach był zresztą przyzwyczajony. Dwa lata wcześniej na igrzyskach w Monachium podczas meczu z ZSRR trener chciał go zdjąć z boiska już po godzinie gry, by wprowadzić ofensywnego pomocnika, ale zmiana nastąpiła dopiero dziesięć minut później. Wszystko przez awanturę za linią boczną boiska. Andrzej Jarosik, który miał go zastąpić, odmówił wejścia na murawę (według różnych wersji albo nie czuł się na siłach, albo był obrażony rolą rezerwowego), i trzeba było trochę poczekać, aż rozgrzeje się kolejny kandydat do gry Zygfryd Szołtysik.

Na szczęście tego typu problemy nie przeszkodziły świętować biało-czerwonym sukcesu ani na olimpiadzie, ani na mistrzostwach świata.

Po powrocie z turnieju w RFN zmienił barwy klubowe i przeniósł się do poznańskiego Lecha. Pod koniec lat 70. wyjechał do Francji, gdzie grał w kilku paryskich klubach, najdłużej w Red Star. Karierę zakończył w 1987 roku w małym alpejskim klubie Saint-Jean de Maurienne. Potem zamieszkał pod Grenoble, gdzie pracował jako urzędnik merostwa. Zmarł w wieku 61 lat.